Składacz | Typografia po polsku

Oznaczone tagiem „składacz”

Dawno temu w Ameryce

7 września 2011  [Instapaper Text] [Readability]

Za­in­spi­ro­wany krótkim wpisem Yvesa Pe­tersa na blogu Font­Feed, po­sta­no­wiłem z grubsza opisać in­te­re­su­jący proces pro­dukcji książki obo­wią­zu­jący dawno temu w Ame­ryce, w dużej dru­karni ty­po­gra­ficznej, a po­ka­zany w filmie „Ma­king Books”, wy­danym przez En­cyc­lo­pa­edia Bri­tan­nica Films Inc. w 1947 roku (w tek­ście Yvesa po­lecam uwadze prośbę o wsparcie dzieła pt. „Li­no­type. The Film”). Zanim jednak tra­fimy do dru­karni, zo­ba­czymy pi­sarza. Pi­sarz w ówcze­snych cza­sach pisał, jak to pi­sarz — prawda?

This man is an au­thor. He writes stories.

Jest jakaś nie­zwykła magia w ory­gi­nalnej nar­racji. Prze­cież w kon­tek­ście au­tor­skim «pi­sanie» oznacza przede wszystkim «wy­my­ślanie». W XXI wieku rola pi­sarza się nie zmie­niła i, za­sad­niczo, określa się tym mianem twórców wy­my­śla­ją­cych hi­storie prze­zna­czone do pre­zen­tacji w formie tekstu. Ten tekst musi zo­stać w jakiś sposób utrwa­lony. Jak widać w pierw­szej scenie, nasz autor ko­rzysta z ma­szyny do pi­sania.
 Otóż prze­mysł wy­daw­niczy do­magał się od au­tora nie­gdyś rę­ko­pisu lub ma­szy­no­pisu. Wy­nikła z tego taka im­pli­kacja, że pisarz-​autor mu­siał być rów­no­cze­śnie zwy­kłym pi­sa­rzem biu­rowym (może nie za­wsze, ale naj­czę­ściej). Na­to­miast dziś, autor jest kimś jeszcze więcej — pisarzem-​składaczem — ocze­kuje się od niego pliku kom­pu­te­ro­wego z tek­stem. Zawód ‹skła­dacza› prak­tycznie wy­marł. Mam na myśli nie tylko ‹ze­cera›, ale i ‹skła­dacza kom­pu­te­ro­wego›. Jego obo­wiązki prze­jęli au­torzy tek­stów, re­dak­torzy, ‹łamacze› lub ma­szyny (jak np. sys­temy ‹optical cha­racter re­co­gni­tion›, ‹audio cha­racter re­co­gni­tion› itp.).

Na filmie Bri­tan­niki, ma­szy­nopis od pi­sarza wę­druje do ‹li­no­ty­pisty› — skła­dacza pra­cu­ją­cego na li­no­typie. ‹Li­notyp› jest wy­po­sa­żony w kla­wia­turę, jednak nie po­siada żadnej elek­tro­niki (skon­stru­owano go prze­cież w 1885 roku). W czasie skła­dania, z ma­ga­zynu uwal­niane są ko­lejne ma­tryce (mie­dziane) i kliny (sta­lowe). Ufor­mo­wane w wiersze, stają się formą od­lew­niczą, w której zo­staje od­lany ‹wiersz li­no­ty­powy›. Na­tych­miast po od­laniu, ma­tryce zo­stają roz­mon­to­wane i prze­ka­zane z po­wrotem do ma­ga­zynu — cał­ko­wicie au­to­ma­tycznie. Odlew na­to­miast zo­staje wy­pchnięty na ‹szuflę›, gdzie razem z in­nymi wier­szami tworzy ‹szpaltę›.
 Cie­ka­wostką są kliny wsta­wiane w miejscu spacji — w skła­dzie li­no­ty­powym służą do au­to­ma­tycz­nego, me­cha­nicz­nego ju­sto­wania tekstu. Przed od­la­niem wiersza, zo­stają do­pchnięte do oporu, rów­no­miernie po­więk­szając ‹od­stępy mię­dzy­wy­ra­zowe›.
 Szpalty tra­fiają do in­nego działu ‹ze­cerni›, gdzie zo­staną ‹po­ła­mane› w ‹łamy› i ‹ko­lumny› przez ‹me­tram­paża›. Na filmie widać ko­lumny skła­da­jące się z jed­nego łamu, jednak ko­lumny mogą być, oczy­wi­ście, też wie­lo­ła­mowe (jak w ga­zecie). Wi­dzimy, jak nasz me­trampaż wstawia (wła­muje) ilu­strację, od­dzie­lając ją od tekstu dolną i górną in­ter­linią. No­śni­kiem tej ilu­stracji jest ‹klisza› cyn­kowa, wy­ko­nana me­todą che­mi­gra­ficzną w ‹tra­wialni› na blasze kil­ku­mi­li­me­trowej gru­bości. Aby uzy­skać tę samą wy­so­kość ‹ma­te­riału ze­cer­skiego›, kliszę na­kleja się na pod­kła­dzie drew­nianym lub me­ta­lowym.
 W kilku na­stęp­nych eta­pach Bri­tan­nica po­ka­zuje proces przy­go­to­wania ‹elek­tro­typów› (‹gal­wa­no­typów›). Cztery ko­lumny ‹składu› zo­stają za­mknięte w ramie two­rząc ‹formę pier­wotną›, która służy do wy­ko­nania ‹formy po­śred­niej› — od­cisku na sztywnej płycie po­krytej wo­skiem. Z niej uzy­skuje się mie­dziane ‹formy wtórne› me­todą elek­tro­lizy. Proces opra­co­wano w pierw­szej po­łowie XVIII wieku.
 W Polsce czę­ściej sto­so­wano po­krewny, ale o ok. 100 lat starszy proces przy­go­to­wania tzw. ‹ste­reo­typów›. Formę po­średnią sta­nowił od­cisk w spe­cjalnie spre­pa­ro­wanym kar­tonie lub odlew gip­sowy. Jako formę wtórną, wy­ko­ny­wano odlew sta­lowy, żeliwny etc. Formy ste­reo­ty­powe można przy­go­to­wywać w prze­kroju okrą­głym, a więc tech­no­logia miała za­sto­so­wanie głównie w ‹druku ro­ta­cyjnym›.
 Cie­ka­wostka: oba słowa — «ste­reotyp» i «klisza» — po­chodzą wła­śnie ze slangu po­li­gra­ficz­nego, przy czym jako kliszę na­leży ro­zu­mieć formę dru­kową bądź jej frag­ment, wy­ko­nany w jed­no­litym ka­wałku me­talu. Tak więc można po­wie­dzieć, że elek­trotyp jest szcze­gólną po­stacią ste­reo­typu, a oba można też bar­dziej ogólnie na­zwać «kliszą» (choć w Polsce utarło się od­nosić to po­jęcie przede wszystkim do klisz cyn­ko­wych). Stąd też na­zy­wanie czegoś, co wy­chodzi z ‹na­świe­tlarki› kliszą jest nie­po­ro­zu­mie­niem — chodzi o ‹film› (może być ‹dia­po­zy­tywem› lub ‹ne­ga­tywem›)! Tech­no­logia ste­reo­typów uła­twiała i zmniej­szała koszty druku wy­so­kich na­kładów oraz do­druków. Przy do­dru­kach do­dat­kowo przy­spie­szając re­ali­zację za­mó­wienia (po­mi­nięty etap po­now­nego składu).
 Wra­camy do filmu. W ko­lejnej scenie elek­tro­ty­powe ko­lumny zo­stają roz­cięte i prze­ka­zane ma­szy­ni­ście, który przy­go­to­wuje z nich wła­ściwą formę dru­kową — umieszcza każdą z nich w ka­retce for­mowej zgodnie z ‹roz­kładem›. Wi­dzimy tu ma­szynę ‹peł­no­for­ma­tową›, zdolną dru­kować 64 ko­lumny na raz — li­cząc obie strony ar­kusza: 128 — co jest równe ośmiu ‹ar­ku­szom dru­kar­skim›!
 Ko­lejną ma­szyną w pro­cesie po­wsta­wania książki jest ‹fal­cerka›, a wła­ściwie linia do ‹fal­co­wania›. Jej pro­duktem są ‹legi›, na­zy­wane też ‹skład­kami›, prze­ka­zane na­stępnie do ‹zbie­rania›. Tu rów­nież wi­dzimy nie tyle zwykłą ‹zbie­raczkę›, co ra­czej dużą linię zbie­ra­jącą. Ko­lejne etapy: ‹szycie› i cięcie ‹bloków›, po kilka na raz, na nie­ty­powym ‹trój­nożu›. W na­stęp­nych sce­nach wi­dzimy pro­dukcję okładki: przy­cięcie tek­tury, po­łą­czenie jej z ‹oklejką› (okleiną), tło­czenie folią me­ta­liczną i — w ostat­niej — ‹za­wie­szanie› bloków (wkładów) — ‹okład­ko­wanie›.
 Zna­ko­mita więk­szość pol­skich dru­karń ‹dzie­ło­wych› nigdy nie osią­gnęła tak wy­so­kiego uprze­my­sło­wienia, jak ten, pre­zen­to­wany przez Ame­ry­kanów w 1947 roku, choć były i takie, którym tech­no­logii za­zdro­ścił cały blok ko­mu­ni­styczny. Dziś, nie­stety, w pro­dukcji dzie­łowej je­steśmy wciąż (albo wtórnie) ra­czej zacofani.

Will Powers

21 grudnia 2009  [Instapaper Text] [Readability]

Miało być zu­pełnie o czym innym, ale po­szu­kując e-​maila do Willa Po­wersa, który kiedyś pisał mi na jednej z list dys­ku­syj­nych o swoich mło­dzień­czych, ty­po­gra­ficz­nych do­świad­cze­niach, tra­fiłem na in­for­mację, że wła­śnie w sierpniu zmarł.

Will Powers
Will Po­wers w Co­lo­rado, na po­czątku sierpnia 2009 r.

Wy­obraźcie sobie — piszę do niego, nie mam pod ręką tylko ad­resu, który od­naj­duję razem z tą smutną wia­do­mo­ścią. Jeszcze w lipcu Will pisał:

Latem 1973 roku u­czest­ni­czy­łem w czymś bar­dzo po­dob­nym do Type Camp. Ray Nash, który wiele lat uczył pro­jek­towa­nia i ty­po­gra­fii w Dart­mo­uth Col­le­ge, or­ga­ni­zował let­nie warsz­taty na swo­jej far­mie w Roy­al­ton, w sta­nie Ver­mont. • Było nas około ośmiu u­czest­ni­ków, wszy­scy po­ni­żej trzy­dziest­ki, wszy­scy za­in­te­reso­wani ty­po­gra­fią. W sta­rej sto­dole stały ta­stry i od­le­war­ki mo­noty­powe. Było też tam sta­no­wi­sko ła­mania i ręcz­na prasa dru­kar­ska. Skła­dali­śmy, dru­ko­wa­li­śmy i o­ce­nia­liśmy. Duże i małe ak­cy­den­sy. • Jako świe­żo u­pie­czo­ny cze­lad­nik ze­cer­ski, mia­łem nieco pod­sta­wowych u­mie­jęt­no­ści, ale naj­waż­niej­sze, że dzień w dzień, stale my­śle­li­śmy i ga­dali­śmy o typo. • Wszy­scy, oprócz mnie, miesz­ka­li przez czte­ry ty­go­dnie w zruj­no­wa­nym bu­dyn­ku na far­mie. Ja z żo­ną spę­dzi­łem lato kilka go­spodarstw dalej, a więc stra­ci­łem wiele noc­nych ko­le­żeń­skich po­ga­wę­dek. • To było cu­dow­ne lato. My­śla­łem, pa­trzy­łem i do­ty­ka­łem czcio­nek co­dzien­nie, jak w cza­sie prak­tyk, ale nie go­ni­ły mnie żadne ter­mi­ny, ani nie po­ga­niał maj­ster. • Ch­ciał­bym, by wszy­scy mło­dzi ty­po­gra­fowie mogli do­świad­czyć cze­goś takiego.

Wil­liam Po­wers, to jeden z nie­licz­nych dziś di­zaj­nerów, którzy za­czy­nali swoją drogę od pracy w ołowiu. Zdobył zawód ze­cera i zanim za­czął pro­jek­tować parał się dru­kar­stwem. Póź­niej pra­cował rów­nież w wy­daw­nic­twach i agen­cjach re­kla­mo­wych jako de­si­gner, type di­rector i re­daktor. Wy­kładał pro­jek­to­wanie książek i ty­po­grafię na uczel­niach.
 W 1998 roku wstąpił do Min­ne­sota Hi­sto­rical So­ciety, na rzecz któ­rego pra­cował przez ostatnią de­kadę w dziale wy­daw­nictw. Był rów­nież człon­kiem pre­sti­żo­wych or­ga­ni­zacji ame­ry­kań­skich i mię­dzy­na­ro­do­wych, jak ATypI czy Type Di­rec­tors Club.
 Dał się po­znać, jako za­pa­lony or­ni­tolog, czynnie upra­wiał sport ro­we­rowy i pły­wanie. Jako wielki mi­ło­śnik jazzu, często i z wielką przy­jem­no­ścią prze­bywał w klu­bach Twin City, ser­wu­ją­cych wła­śnie tę mu­zykę.
 Wy­warł wielki wpływ na pro­jek­tantów i ty­po­grafów w Ame­ryce i na świecie. Uwiel­biał dialog z ludźmi. W upo­wszech­nianiu wiedzy — ty­po­gra­ficznej kul­tury — po­słu­giwał się nie tylko for­mułą wy­kładu. Jego wy­po­wiedzi można zna­leźć na li­stach dys­ku­syj­nych i fo­rach.
 Zmarł 25 sierpnia na zawał serca, pod­czas wa­kacji u ro­dziny w Ka­na­dzie. Miał sześć­dzie­siąt trzy lata.
 Chciałem po­kazać jego kilka pro­jektów książek, ale oka­zały się nie­do­stępne, za­cy­tuję więc jego ar­tykuł, do­ty­czący hi­storii dru­kar­stwa i ty­po­grafii — bardzo in­te­re­su­ją­cego i mało u nas zna­nego sys­temu składu go­rą­cego lu­dlow (nazwa urzą­dzenia po­chodzi od jednej z ame­ry­kań­skich miejscowości).


Co to jest lu­dlow? Will Po­wers
[w:] Let­ter­Space wiosna/​lato 06, s. 4, Type Di­rec­tors Club, 2006, New York

Szybko! Co to jest lu­dlow? i dla­czego ty­po­grafów po­winno to ob­cho­dzić?
 Rza­dziej uży­wany niż mo­notyp czy li­notyp, przez wiele lat system lu­dlow był „trzecią drogą” składu go­rą­cego. W naj­lep­szych pra­cow­niach — jak w man­ha­tań­skim Car­dinal Type Se­rvice — i ma­ło­mia­stecz­ko­wych ga­ze­tach nie­zli­czoną ilość ogło­szeń i na­główków, w la­tach 19201970, skła­dano na lu­dlo­wach. Trochę tych ma­szyn używa się jeszcze w wielu za­kła­dach przy pro­dukcji ma­tryc do tło­czeń lub pie­czątek.
 Dzi­siejsi ty­po­gra­fowie prze­ważnie wiedzą o od­lew­niach czcionek, li­no­ty­pach i mo­no­ty­pach, ale nie o lu­dlo­wach. Sui ge­neris, lu­dlow był in­te­re­su­jącą hy­brydą. Nie miał kla­wia­tury. Zecer składał mo­siężne ma­tryce ręcznie do spe­cjal­nego wier­szow­nika, trochę jak w skła­dzie ręcznym, jednak ma­szyna od­le­wała wiersz, po­dobny do li­no­ty­po­wego. Skła­dacz miał luksus pre­cy­zyj­nego ju­sto­wania, jak w uko­chanym skła­dzie ręcznym, po­nadto łatwo było za­mykać wiersze [w wier­szow­niku]. Mógł wy­twa­rzać setki róż­nych lub ta­kich sa­mych wierszy dziennie.
 To był praw­dziwy koń po­cią­gowy: łatwy do na­uczenia, prosty w ob­słudze, o ni­skiej awa­ryj­ności i łatwy do na­pra­wienia. Istny wół ro­boczy, choć po­wolny. Tempo pracy sta­no­wiło po­ważną wadę: po od­laniu wiersza, ma­tryce na­le­żało roz­mon­tować i przed przy­stą­pie­niem do skła­dania i od­le­wania ko­lej­nego, włożyć z po­wrotem do kaszty. Z tego po­wodu lu­dlow nie był przy­sto­so­wany do składu in­nych, niż krótkie teksty w nie­ju­sto­wa­nych ko­lum­nach.
 Naj­czę­ściej uży­wano lu­dlowa do pro­za­icz­nych rzeczy, jednak można było na nim uzy­skać skład równie ele­gancki, jak przy użyciu li­no­typów czy mo­no­typów. Ale poza co­dzienną pracą, system składu jest na tyle dobry, na ile do­sko­nałe są znaki, które od­twarza i tu tkwi ta­jem­nica złej re­pu­tacji lu­dlowa. Fa­bryka Lu­dlow wy­twa­rzała mniej krojów i ro­dzin, niż po­zo­stali pro­du­cenci, mimo, że część z nich zy­skała równie wielkie uznanie, jak inne, kla­syczne kroje składu go­rą­cego.
 A więc Lu­dlow zo­stał ze­pchnięty na ty­po­gra­ficzny mar­gines. Czy na to za­służył? Nie cał­kiem. Garść krojów Lu­dlowa była równie dobra, jak kroje kon­ku­rencji i za­słu­gi­wała na taką samą uwagę. Za­po­zna­wałem się z pi­smami Lu­dlowa od pierw­szego dnia pracy w skła­dzie go­rącym, od kiedy zo­ba­czyłem ma­szynę i usły­szałem, że mam się na­uczyć jej ob­sługi. Przez osiem­na­ście mie­sięcy stałem co­dziennie przed tym lu­dlowem, skła­dałem i od­le­wałem mnó­stwo wierszy, do­sko­naląc swój fach. Stop­niowo przy­swa­jałem sobie ja­kieś zro­zu­mienie pism i różnic między nimi, po­woli wy­ra­białem sobie opinię o ich za­le­tach. Głównie dzięki temu, że po­znając i pra­cując z po­szcze­gól­nymi kro­jami Lu­dlow, ob­ser­wo­wałem je każ­dego ty­go­dnia w wielu róż­nych ze­sta­wie­niach.
 Naj­waż­niej­szymi z pism Lu­dlowa były: Ga­ra­mond, Stellar, Del­phian, Eu­se­bius, Ra­diant i Tempo, wszystkie za­pro­jek­to­wane przez na­czel­nego ty­po­grafa w Lu­dlow, Ro­berta Hun­tera Mid­dle­tona — pro­jek­tanta, któ­rego kunszt za­słu­guje na uważne prze­stu­dio­wanie. Za­zwy­czaj wy­mienia się jego na­zwisko obok ta­kich, jak: Goudy, Dwig­gins i Zapf. Po­dobnie, jak każdy z nich, mu­siał po­konać tech­niczne ogra­ni­czenia sys­temu składu, by przy­go­tować ele­ganckie, uży­teczne kroje. Jednym z naj­bar­dziej do­kucz­li­wych pro­blemów było opra­co­wanie ład­nego ker­ningu w kur­sywie, tak oczy­wi­stego w pi­smach wiel­kich domów ty­po­gra­ficz­nych i w tak wielu kro­jach Mo­no­type. W Lu­dlow, Mid­dleton pró­bował to obejść, przy po­mocy uko­śnych ma­tryc dla kur­sywy i spe­cjal­nych wier­szow­ników. Po­dobnie, jak w kur­sy­wach li­no­ty­po­wych, efekty były naj­czę­ściej mniej wdzięczne, niż w kur­sy­wach mo­no­ty­po­wych, nie­mniej Lu­dlow Ga­ra­mond za­licza się do naj­ład­niej­szych kursyw wśród Ga­ra­mondów.
 Dwa inne kroje Lu­dlow, za­pro­jek­to­wanie przez Mid­dle­tona, rów­nież za­słu­gują na opi­sanie. Eu­se­bius nie jest tak bardzo znany, jak Cen­taur Bruce’a Ro­gersa, lecz nad­zwy­czaj do­brze wy­cięty i so­lid­niejszy, niż Cen­taur w skła­dzie go­rącym. Ro­gers sam się wy­raził, że Eu­ze­bius „jest wier­niejszą re­pro­dukcją liter Jenson, niż Cen­taur”.
 Nie­którzy twierdzą, że Optima Her­manna Zapfa była in­spi­ro­wana, za­pro­jek­to­wanym przez Mid­dle­tona w dwóch od­mia­nach, pi­smem Stellar, star­szym o trzy­dzieści lat. Stellar jest upo­śle­dzony przez brak kur­sywy i wy­raźnie wy­czuwa się w nim lata trzy­dzieste, ale jego od­miana z sze­ry­fami skry­tymi [ang. flare-​serif] z pew­no­ścią mogła sta­nowić wzór dla Optimy.
 Ale nie wszystko z Lu­dlow było ele­ganckie i ory­gi­nalne. Jak wszę­dzie w tamtym okresie, w Lu­dlow ko­pio­wano, ina­czej tylko na­zy­wając, prace in­nych od­lewni. I tak Goudy Old­style pod­ro­biono, jako Lu­dlow 11, a Co­oper Black prze­mia­no­wano na Lu­dlow Black.
 Lu­dlowy zo­stały wy­parte przez ist­nie­jące sys­temy składu go­rą­cego, a więk­szość krojów wy­szła z użycia. Nie­które z nich zo­stały wskrze­szone, jak Ga­ra­mond, Eu­se­bius, Stellar, Ra­diant czy Ze­phyr — chyba ostatni krój wy­dany przez Lu­dlow w 1964 r. Nie­dawno Mi­chael Ha­rvey roz­bu­dował i po­nownie wydał pismo Ze­phyr.
 Po­rzu­ciłem skład czcion­kowy dla kom­pu­te­ro­wego prawie dwa­dzie­ścia lat temu. Nie żałuję tego. Ale po przej­ściu na eme­ry­turę — gdybym zna­lazł lu­dlowa w do­brym stanie, z do­brym ze­stawem ma­tryc na sprzedaż — z po­wrotem za­kładam far­tuch i po­nownie za­czynam pa­rzyć palce go­rą­cymi, świeżo od­la­nymi wier­szami.
 Ta ma­szyna zaj­muje spe­cjalne miejsce w hi­storii ame­ry­kań­skiej ty­po­grafii. Cieszę się, że była rów­nież czę­ścią mojej praktyki.

Analfabetyzm, jakież to dizajnerskie!

4 września 2009  [Instapaper Text] [Readability]

Coraz czę­ściej na­po­tykam, w in­ter­ne­to­wych wy­po­wie­dziach osób zaj­mu­ją­cych się pro­jek­to­wa­niem, różne ję­zy­kowe śmieci. Ostatnio zwa­liły mnie z nóg słówka: owystyli. Wy­daje się że owy, to próba po­łą­czenia ro­syj­skiej wersji оный [onyj] z żeńską formą owa. Pra­wi­dłowo po­winno być ów. Jeśli chodzi o drugie — do­peł­niacz liczby mno­giej słowa styl przy­biera formę stylów.
 Za­chodzę w głowę, skąd w dzi­siej­szych cza­sach biorą się takie błędy? Prze­cież każde opro­gra­mo­wanie, wy­ko­rzy­sty­wane do pracy z tek­stem jest wy­po­sa­żone w słownik do spraw­dzania pi­sowni — skoro nawet w tej chwili oba błędne słówka mam pod­kre­ślone na czer­wono, to ich upar­tego sto­so­wania nie da się uspra­wie­dliwić nie­wiedzą. Lek­ce­wa­żenie swoich czy­tel­ników, nie­dbal­stwo czy głu­pota?
 Od ja­kiegoś czasu leży mi na wą­trobie słownik ję­zyka pol­skiego, który do­łą­czany do pro­gramów łamią­cych, spraw­dzałby pi­sownię (le­piej, niż po­wszechnie uży­wane) oraz dzie­lenie wy­razów. Dzie­lenie wy­razów to bo­lączka więk­szości współ­cze­snych pu­bli­kacji, rów­nież ni­niej­szego blogu. Za­zwy­czaj re­ali­zuje się wy­łącznie fo­ne­tyczne — zgodnie z sy­la­bami — za­miast przede wszystkim mor­fo­lo­giczne — we­dług po­działów zna­cze­nio­wych.
 Jan Tschi­chold w swoich za­le­ce­niach do­pusz­czał zlek­ce­wa­żenie zasad dzie­lenia, aby utrzymać sza­rość ko­lumny — w wą­skim łamie można do­pu­ścić dzie­lenie fo­ne­tyczne lub nawet złamać to kry­te­rium i dzielić nie­pra­wi­dłowo — jednak w więk­szości książ­ko­wych aka­pitów nie za­chodzi taka po­trzeba. Ze smut­kiem ob­ser­wuję, że wiedza na temat dzie­lenia wy­razów jest dzi­siaj trochę przy­ku­rzona. Czy rze­czy­wi­ście jej po­trze­bu­jemy i chcemy z niej ko­rzy­stać? Gdy ob­ser­wuję mno­gość błędów or­to­gra­ficz­nych, flek­syj­nych czy pol­skie teksty bez znaków dia­kry­tycz­nych, to drżę. Nie wiem, czy warto po­dej­mować wy­siłek stwo­rzenia ko­lej­nego słow­nika, który nawet gdy okaże się dobry, za­pewne po­zo­stanie taki sam dla siebie.
 Wielu łamaczy, skła­daczy, pro­jek­tantów jest za­prawdę nie­omyl­nych. Ich nie­pod­wa­żalna wiedza wy­starcza, po co słownik? Nie­stety, gdy ujawnia się ich anal­fa­be­tyzm, nie wszyscy wiedzą kiedy się za­śmiać — ja­kież to dizajnerskie!