Projektant | Typografia po polsku

Oznaczone tagiem „projektant”

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie trzecie, ostatnie

14 czerwca 2010  [Instapaper Text] [Readability]

Trzecie spo­tkanie kończy cykl. Czy ty­po­grafia jest czę­ścią na­szego życia? Czy jest ważna? Na czym po­lega jej zna­czenie? Sty­kamy się z nią na co dzień, ale czy ją do­ce­niamy lub choćby do­strze­gamy? Mam na­dzieję, że wszystko, o czym z An­drzejem To­ma­szew­skim mó­wi­liśmy, sta­nowi jakąś pomoc dla pro­jek­tantów, a przy­naj­mniej inspirację.

Andrzej Tomaszewski
Fot. An­drzej Odyniec

Czy ist­nieje etyka za­wo­dowa ty­po­grafa?

Oczy­wi­ście, po­dobnie jak w każdej pro­fesji. Je­żeli okre­ślimy ty­po­grafa, jako osobę zaj­mu­jącą się pro­jek­to­wa­niem i przy­go­to­wa­niem do druku (lub in­nego upo­wszech­nienia) pu­bli­kacji, to jego za­cho­wania etyczne do­tyczą głównie trzech re­lacji mię­dzy­ludz­kich:
1) pomiędzy ty­po­grafem a autorem-​nadawcą opra­co­wy­wa­nego ko­mu­ni­katu (treści tek­stowej lub iko­no­gra­ficznej);
2) typografem a od­biorcą ko­mu­ni­katu, czyli czy­tel­ni­kiem treści;
3) wreszcie re­lacji z dru­ka­rzem jako wy­twórcą pu­bli­kacji na pod­stawie pracy ty­po­grafa.
 Świa­domie po­mijam tu wszelkie kwe­stie zwią­zane z re­lacją zleceniodawca–zleceniobiorca, po­nieważ re­gu­lo­wane są od­po­wied­nimi prze­pi­sami praw­nymi oraz umo­wami o dzieło. Rów­nież pro­ble­ma­tyka prawa au­tor­skiego lub pa­ten­to­wego jest sze­roko opi­sana w li­te­ra­turze prawno-​zawodowej. Skupmy się więc na wyżej wy­mie­nio­nych trzech punk­tach.
 Ad 1) Imperatyw mo­ralny spro­wadza się do tego, że po­dej­mując się opra­co­wania ko­mu­ni­katu (ulotki re­kla­mowej, ar­ty­kułu na­uko­wego, ar­kusza po­etyc­kiego, książki te­le­fo­nicznej, pro­gramu te­atral­nego, bi­letu na mecz, le­gi­ty­macji par­tyjnej czy in­nego druku) mamy obo­wiązek do­głębnie po­znać in­tencje au­tora i jego ocze­ki­wania. Prze­ko­ny­wanie autora-​nadawcy ko­mu­ni­katu do wła­snych kon­cepcji es­te­tycz­nych i wi­zu­al­nych ma swoje gra­nice. Nie można przy­go­to­wywać pu­bli­kacji wbrew woli nadawcy. Zbyt często bywa, że po­wstaje pro­dukt, w którym prze­staje on być au­torem prze­ka­zy­wanej treści lub to, co chciał prze­kazać, ulega de­for­macji.
 Ad 2) Końcowy od­biorca treści, a więc jej czy­telnik, nigdy nie po­wi­nien umknąć uwadze pro­jek­tanta. Naj­prostsza i w miarę jasna jest tu kwe­stia nie­utrud­niania per­cepcji ko­mu­ni­katu, a więc za­cho­wania wa­lorów czy­tel­ności, roz­po­zna­wal­ności i rze­mieśl­ni­czej ja­kości pu­bli­kacji. Na­to­miast są sprawy, które mu­simy roz­ważać we wła­snym su­mieniu. Na­leżą do nich np.: opra­co­wy­wanie treści fał­szy­wych lub wąt­pli­wych mo­ralnie, uczest­nictwo w oszu­stwach po­li­tycz­nych lub mar­ke­tin­go­wych, an­ty­edu­kacja es­te­tyczna i pro­pa­go­wanie kiczu — z ta­kich de­cyzji żaden pro­jek­tant nie może czuć się zwol­niony. Sam wy­biera: do­chód czy re­zy­gnacja z so­cjo­tech­nicznej blagi, pie­niądze na ubranie dla dziecka czy od­rzu­cenie pro­po­zycji łamania por­nosa, fajne wa­kacje czy od­mowa pro­dukcji ulotek pi­ra­midy fi­nan­sowej. Ale po­dobne de­cyzje są, rzecz jasna, udziałem ludzi wielu za­wodów.
 Ad 3) Do nie­dawna sprawa była jasna — całe przy­go­to­wanie pro­dukcji od­by­wało się w dru­karni i po­li­graf… jak sobie po­ścielił, tak się wy­spał. Dzi­siaj pracą w dru­karni „rządzą” przy­go­to­wane przez nas pliki post­scrip­towe, pe­deefy, in­strukcje szcze­gó­łowe i wszelkie wy­ma­gania po­cho­dzące spoza dru­karni. Jest rzeczą bardzo ważną, aby za­chować od­po­wiednie sto­sunki in­ter­per­so­nalne z tech­no­lo­gami dru­karń i in­nymi pra­cow­ni­kami po­li­grafii, kon­sul­tować sprawy trudne, wspólnie po­dej­mować kło­po­tliwe tech­no­lo­gicznie de­cyzje itp. Oczy­wi­ście nie znaczy to, aby re­zy­gnować z wy­magań ja­ko­ścio­wych lub prób wpro­wa­dzenia ja­kiejś in­no­wacji. Niby zro­zu­miała, ludzka sprawa, a jednak po­wszechne są z jednej i dru­giej strony za­cho­wania pełne pre­tensji, zło­śli­wości i ir­ra­cjo­nal­nych po­staw w ro­dzaju: na złość mamie od­mrożę sobie uszy.
 Za­sta­na­wiam się, czy można mówić o etosie śro­do­wiska ty­po­grafów. Myślę, że jest on ściśle zwią­zany z wie­lo­wie­kowym zna­cze­niem dru­kar­skiej pro­fesji. W dru­kar­skich spra­wach ist­nieje etos za­wodu, w in­ter­ne­to­wych jeszcze się nie wykształcił.

Etos. Wielu pro­jek­tantów — ba, wielu dru­karzy — nie ma o nim po­jęcia. Kiedyś prawo na­zy­wania się to­wa­rzy­szem sztuki dru­kar­skiej było wy­razem dumy i od­po­wie­dzial­ności. Drukarz-​typograf był zo­bo­wią­zany… No wła­śnie, czy etos upada? Mo­żesz go jeszcze bar­dziej przybliżyć?

Jest ars między in­szymi taka, iż nie tylko ple­beium,
ale vere ipsum no­bilem nie szkaradzi.

Bar­tosz Pa­procki: Herby ry­cer­stwa pol­skiego, Kraków 1584

O kim tak pięknie mówił zna­ko­mity szes­na­sto­wieczny polsko-​czeski he­raldyk? O nas! O dru­ka­rzach mia­no­wicie (w pierw­szych wie­kach dru­kar­stwa łac. ty­po­gra­phus = dru­karz). Pisał to już ponad sto lat po uru­cho­mieniu ofi­cyny mo­gunc­kiego miesz­cza­nina Jo­han­nesa Gu­ten­berga.
 Szla­chetnie uro­dzonym honor nie po­zwalał parać się rze­mio­słem. Po­dobne za­jęcie gro­ziło wręcz utratą szla­chectwa. No­biles byli człon­kami ry­cer­skiego stanu i mogli tru­dzić się tylko w mi­li­tarnej po­trzebie albo za­rzą­dzać ma­jąt­kiem. Tym­czasem w XVI stu­leciu — złotym wieku pol­skiego dru­kar­stwa — znaj­du­jemy przy­kłady wy­nie­sienia ple­be­juszy do stanu szla­chec­kiego, wła­śnie spo­śród grona dru­karzy.
 Naj­bar­dziej spek­ta­ku­larnym przy­kładem jest no­bi­li­tacja Jana Łazarzowica-​Januszowskiego, by­łego se­kre­tarza kró­lew­skiego Zyg­munta Au­gusta, hu­ma­nisty i twórcy ory­gi­nal­nego kroju czcionek — No­wego ka­rak­teru pol­skiego. Syn dru­karza Łazarza An­dry­so­wica zo­stał dzie­dzicem słynnej kra­kow­skiej Ofi­cyny Łaza­rzowej — kon­ty­nu­ującej tra­dycje warsz­tatu re­ne­san­so­wego ty­po­grafa Hie­ro­nima Wie­tora. Na sejmie w 1588 roku Ja­nu­szowski uzy­skał in­dy­genat szla­checki wraz z herbem Kło­śnik (Rola), a dwa lata póź­niej od Zyg­munta III Wazy tytuł Ar­chi­ty­po­grafa wraz z przy­wi­le­jami.
 Mamy też inne przy­padki. Uszlach­cono Wa­len­tego Łapkę-​Łapczyńskiego, który tło­czył w dru­karni wę­drownej (tzw. la­ta­jącej), to­wa­rzy­szącej wy­prawom wo­jennym Ste­fana Ba­to­rego. Łapka w po­trzebie po­rzucał swoje czcionki i chwytał za oręż. Na­wiasem mó­wiąc, na jego prasie w War­szawie wy­dru­ko­wano po raz pierwszy „Od­prawę po­słów grec­kich” Jana Ko­cha­now­skiego. Przy­pu­ścił go do herbu Je­lita wielki kanc­lerz i hetman ko­ronny Jan Za­moyski.
 No­bi­lami zo­stali po­tom­kowie kra­kow­skich Szar­fen­bergów, szlach­cicem był Rafał Skrzetuski-​Hoffhalter — dru­karz w Au­strii i na Wę­grzech, także Cy­prian Ba­zylik — kom­po­zytor [rów­nież poeta; przyp. red.] i wła­ści­ciel dru­karni, Sta­ni­sław Koc­my­rzowski no­bi­li­to­wany przez ce­sarza Le­opolda I w Wiedniu oraz kilku in­nych przed­sta­wi­cieli na­szej pro­fesji.
 Stąd wła­śnie nazwa — to­wa­rzysz. Na po­do­bień­stwo np. to­wa­rzyszy pan­cer­nych w hu­sarii, albo też grona osób szla­chet­nych, którzy dru­karzy alias ty­po­grafów do­pusz­czali chętnie do swego to­wa­rzy­stwa.
 God­ność to­wa­rzysza sztuki dru­kar­skiej zdo­by­wało się ciężką, dłu­go­letnią pracą uwień­czoną aktem rze­mieśl­ni­czych „wy­zwolin” spod władzy drukarza-​pryncypała. Myślę że warto o tym przy­po­mnieć, bo po­dobne im­pon­de­ra­bilia zwią­zane z za­wo­dową dumą mieszczą się w sze­roko po­jętym etosie drukarstwa.

A więc upra­wiamy szla­chetny zawód. Ale czy dru­karski (ty­po­gra­ficzny) etos — po­dobnie, jak słowo „to­wa­rzysz” — nie zo­stał zbru­kany?

Etos może nie tyle zo­stał zbru­kany, co za­po­mniany. Zawód dru­karza, ty­po­grafa, od po­czątku swego ist­nienia od­bie­rany był jako swego ro­dzaju kul­tu­rowa misja. Dru­kar­stwo stało się spo­sobem re­je­stro­wania i prze­ka­zy­wania zdo­byczy cy­wi­li­zacji. Za­pew­niło mię­dzy­po­ko­le­niowy kon­takt in­te­lek­tu­alny. Druk dał lu­dziom no­wo­czesny sposób po­rząd­ko­wania myśli. Tempo pracy drukarsko-​wydawniczej po­zwala na bie­żąco re­agować w spra­wach po­li­tycz­nych, na­uko­wych, ar­ty­stycz­nych czy edu­ka­cyj­nych, a każda dzie­dzina wy­kształ­ciła sobie wła­ściwe formy pu­bli­kacji. Nie jest przy­pad­kiem, że np. Cen­tralny Ośrodek Badawczo-​Rozwojowy Prze­mysłu Po­li­gra­ficz­nego, w którym pra­cuję, pod­lega Mi­ni­ster­stwu Kul­tury i Dzie­dzictwa Na­ro­do­wego.
 Nawet jeśli po­pa­trzymy na po­li­grafię zwią­zaną z mar­ke­tin­gowym ob­szarem dzia­łania: dru­ko­wa­niem opa­kowań, ety­kiet, pro­spektów, fol­derów re­kla­mo­wych itp., mo­żemy do­strzec w niej na­rzę­dzie kre­owania gu­stów spo­łecz­nych, pre­fe­rencji es­te­tycz­nych, czy wręcz za­chowań mo­ral­nych.
 Pa­trzę jednak opty­mi­styczne w przy­szłość, bo chyba pięk­no­duchy nie dały się do końca po­konać wszech­ogar­nia­jącej ko­mercji. Dzia­łania wielu osób lub in­sty­tucji kra­jo­wych i za­gra­nicz­nych po­zwa­lają na taki optymizm.

Ale nie da się wrę­czyć etosu przy­szłym dru­ka­rzom czy ty­po­grafom razem ze świa­dec­twem ukoń­czenia szkół. To jest prze­cież zbiór za­chowań i wła­ściwy tylko dla członków śro­do­wiska sposób my­ślenia, któ­rego się czło­wiek uczy od swoich men­torów.

Myślę, że można po­kusić się o „wrę­czanie” etosu w szko­łach. Wszystko za­leży od na­uczy­cieli. Młody czło­wiek jest szcze­gólnie po­datny na su­ge­stie do­ty­czące za­chowań i życio­wych po­staw. Jego oso­bo­wość jest jeszcze czystą, nie­za­pi­saną kartą. Po­zba­wiony wzorców chłonie jak gąbka np. wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury. Jeśli jednak na­uczy­ciele nie będą po­tra­fili wy­zwolić sa­tys­fakcji z wy­ko­ny­wanej pracy i dumy z za­wodu, to oczy­wi­ście nic z tego nie bę­dzie.
 Zwróć uwagę, że obaj od­czu­wamy po­trzebę do­war­to­ścio­wania ty­po­grafii. Twoje py­tania i moje od­po­wiedzi są tego naj­lep­szym do­wodem. Prze­cież po­win­niśmy ra­czej roz­ma­wiać o li­ter­kach, ty­tu­la­riach i pa­gi­nach. A my co?

Wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury, a słowo na­uczy­ciela… An­drzeju, sam prze­cież cho­dziłeś na wa­gary. Co było bar­dziej in­te­re­su­jące — teoria (szkoła), czy prak­tyka (dru­karnia)? Gdzie z tym etosem się można było za­po­znać? Starzy maj­strowie nie wy­kła­dali go prze­cież zza biurka, a ra­czej sami go kul­ty­wo­wali. A nie by­wało też tak, że etos w dru­karzu się wy­czer­pywał i trzeba było go uzu­pełnić, po­pi­jając szkla­neczką?

Masz rację. Ja miałem w ro­zumie „na­uczy­ciela” w sensie ogól­niej­szym, ale w szkolnym kon­tek­ście wy­szło, jak wy­szło. Nie­mniej w moim tech­nikum było dwóch, trzech na­uczy­cieli, którzy wręcz za­ra­żali sza­cun­kiem i sym­patią dla za­wodu. Inż. Jan Barszcz, przed­wo­jenny ma­szy­nista ty­po­gra­ficzny, uczył ma­szy­no­znaw­stwa, a opo­wiadał nam o spo­tka­niach z nie­zwy­kłymi oso­bami w dru­karni (nawet o wie­wiórce bie­gnącej po pasie trans­mi­syjnym po­śpiesznej ma­szyny). Po­lo­nistka Zofia Cie­cha­nowska pod­po­wia­dała, gdzie są wy­stawy książek, im­prezy wy­daw­nicze, spo­tkania z au­to­rami. My­ślisz, że nie cho­dzi­liśmy? W ni­czym nam to nie prze­szka­dzało iść potem na mecz, na randkę albo na pry­watkę. Jan Jużda, na­uczy­ciel z ze­cerni, ho­łubił czcio­neczki i uczył wi­dzieć w nich coś więcej, niż ka­wałek brud­nego me­talu. Na fi­zyce, gdy była mowa o świetle i bar­wach, po­szliśmy do Za­chęty na film o cza­ro­waniu ko­lo­rami przez ma­larzy im­pre­sjo­nizmu. Itd., itd.
 Od na­uczy­cieli wiele za­leży. Nie twierdzę, że z mojej klasy wy­szli sami ar­tyści i mi­ło­śnicy czarnej sztuki. Jednak kilka du­szy­czek zo­stało zło­wio­nych na całe życie. Przy naj­bar­dziej brudnej ze­cer­skiej ro­bocie, albo przy mie­szaniu farby, przy myciu walców ma­szyny dru­kar­skiej, na­prawdę czu­liśmy się pra­cow­ni­kami kul­tury. Być może brzmi to gór­no­lotnie, ale tak bywa, gdy chce się wy­po­wie­dzieć, co się czuje.
 Mi­strzowie, starzy wy­ja­dacze w dru­kar­niach, to jeszcze inna sprawa. Wów­czas nie­którzy pa­mię­tali jeszcze przed­wo­jenne czasy, gdy Pan Zecer wy­cho­dził po wy­płacie z dru­karni ga­ze­towej i za­ma­wiał dwie do­rożki. W pierw­szej je­chała laska i me­lonik, a w dru­giej Pan Zecer. Oczy­wi­ście nie je­chał prosto do domu, ale do ulu­bio­nego lo­kalu, aby z ko­leż­kami po­krzepić się ja­kimś we­sołym na­pojem. Pa­no­wało bo­wiem ni­czym nie uza­sad­nione, a jednak po­wszechne mnie­manie, że al­kohol jest świetną od­trutką na tlenki ołowiu wdy­chane w znacz­nych daw­kach w dru­kar­niach. Znaczne dawki ołowiu wy­ma­gały znacz­nych dawek trunku.

Ręka rękę myje, a wszyscy je­dziemy na tym samym wózku. Być może ja­kieś po­czucie za­wo­dowej jed­ności jest nam po­trzebne. Tylko po co?

Nie lubię po­rze­kadła „ręka rękę myje”, bo ko­jarzy się z sitwą albo kliką. Na­to­miast wspól­nota in­te­resów pro­jek­tantów, dru­karzy, re­dak­torów czy mar­ke­tin­gowców jest faktem i wy­nika ze wspólnej pracy nad fi­nalnym pro­duktem.
 Dru­karz dru­karza czy pro­jek­tant pro­jek­tanta może trak­tować jako kon­ku­rencję za­gra­ża­jącą wła­snym in­te­resom. Za­wsze tak było i bę­dzie. Hi­storia walki o przy­wi­leje dru­kar­skie XVI-​wiecznych kra­kow­skich ty­po­grafów prze­ciwko he­ge­monii Hal­lera jest tego naj­lep­szym do­wodem. Jed­no­cze­śnie nie brak przy­kładów współ­pracy dru­karzy w tamtym okresie: wspól­nego ko­rzy­stania z za­sobów ty­po­gra­ficz­nych, mię­dzy­dru­kar­nia­nego współ­dzia­łania fa­chowców i ich pryn­cy­pałów.
 Nie ma zresztą po­trzeby sięgać do przy­kładów z tak od­le­głych czasów. Wiemy prze­cież, że dzi­siaj pra­cu­jemy tutaj, a jutro gdzie in­dziej, że za­kłady po­dej­mują ko­ope­rację, że ist­nieje sze­roka wy­miana do­świad­czeń po­przez kon­fe­rencje, se­mi­naria, targi, in­ternet, spo­tkania to­wa­rzy­skie. Nie ma więc sensu walka z in­nymi oraz kwasy i nie­chęć do osób dzia­ła­ją­cych w na­szej pro­fesji. Wcze­śniej czy póź­niej od­bija się to czkawką lub śro­do­wi­skowym ostracyzmem.

Przy­kłady do­brego i złego pro­jek­to­wana ty­po­gra­ficz­nego znaj­du­jemy niemal w każdym me­dium. Wszę­dzie, gdzie po­jawia się ja­ki­kol­wiek przekaz, za­zwy­czaj po­jawia się rów­nież tekst, a jeśli jest to tekst pi­sany (dru­ko­wany, wy­świe­tlany etc.) już mamy do czy­nienia z ty­po­grafią. Wy­daje się, że jest ona wszech­obecna, ale bardzo często igno­ro­wana. Wielu pro­jek­tantów we­szło do za­wodu przez ukoń­czenie szkoły wyż­szej, ale chyba większa część jest sa­mo­ukami. Dziś można zdo­bywać wiedzę o pro­jek­to­waniu np. w cza­so­pi­smach dla gra­fików czy róż­nych in­ter­ne­to­wych po­rad­ni­kach. Od czasu do czasu or­ga­ni­zo­wane są kon­fe­rencje albo warsz­taty pro­jek­towe, w któ­rych udział bywa bardzo kosz­towny. Jak i gdzie naj­le­piej zdo­bywać wiedzę na temat pro­jek­to­wania w ogóle? jak i gdzie na temat ty­po­grafii?

Ilość in­for­macji, jaka do­ciera do nas w dzi­siej­szych cza­sach osią­gnęła masę kry­tyczną. Coraz czę­ściej łapiemy się na omi­janiu wzro­kiem re­klam, wy­rzu­caniu nie­czy­ta­nych druków, „wy­łą­czaniu” swoich re­cep­torów w na­dziei na nieco spo­koju oraz aby ze­brać i usły­szeć własne myśli. Ale nic z tego! Oto przy­słali znowu SMS, mu­sisz spraw­dzić maile, do kibla i do łazienki bie­rzesz te­lefon, z te­le­wi­zora wrzeszczy gło­śniej emi­to­wana re­klama, itd., itd. Jeszcze pró­buję się z tym bo­rykać. Mam jednak ko­legów, którzy już się pod­dali i tylko od czasu do czasu, jak bły­ska­wica prze­la­tuje im myśl: Boże, jeszcze kilka lat temu czy­tałem Kon­wic­kiego i Hegla, a teraz we łbie noszę błoto.
 Pi­szesz o złej i do­brej ty­po­grafii wokół nas. Tak jest. Za­wsze było po­dobnie i naj­pew­niej długo bę­dzie. Bę­dzie zły ty­po­graf i dobry. Bę­dzie zły i dobry mu­rarz, zły le­karz i ko­nował. Ale ja sobie zro­biłem z ja­kości ty­po­grafii własną, pry­watną ma­szy­nerię se­lek­cyjną. Mia­no­wicie na­uczyłem się nie czytać nie­chluj­nych tek­stów i od­rzucać je, jak od­rzuca się pod­gniłe tru­skawki. Nadawca tek­sto­wego ko­mu­ni­katu, dla któ­rego wszystko jedno, że cu­dzy­słów w pol­skim tek­ście jest an­gielski, albo nie roz­różnia myśl­nika i łącznika, czy też pisze słowa po­spo­lite wielką li­terą a imiona własne małą, jest przeze mnie na wstępie „zwol­niony”. On nie pisze do mnie, ale do ja­kiegoś bez­ro­zum­nego plebsu. Do ludz­kiej tłuszczy, która po­dobnie jak on za­po­mniała już, czego uczono w pod­sta­wówce. Od­bieram to jako wci­skanie kitu lub czę­sto­wanie tek­stem nie­przy­go­to­wanym, a więc — naj­praw­do­po­dob­niej nie­wia­ry­godnym.
 Sza­cunek dla pisma tworzy ty­po­grafa. Trzeba zro­zu­mieć jego fe­nomen, do­strzegać piękno, znać i sto­sować za­sady pi­sowni, czuć ducha hi­storii pisma i no­wo­cze­sności. Bez użycia pisma, klu­czo­wego wy­na­lazku ziem­skiej cy­wi­li­zacji, nie sposób utrwalić żadnej głęb­szej myśli. Ob­raz­kami nie za­pi­szemy ani „Lo­ko­mo­tywy” Tu­wima, ani sta­ty­styki Bosego-​Einsteina, choćby nawet i Ca­ra­vaggio pi­nxit. Za­miast prze­czytać „ogary po­szły w las”, mo­żemy zo­ba­czyć w te­le­wi­zorze jak psy po­biegły do lasu. Nie sądzę więc, aby wszyscy twórcy książek i prasy dali się ze­pchnąć w pry­mi­ty­wizm po­pkul­tury. Albo le­piej: jedni dadzą się, inni nie.
 Ja już tego nie zo­baczę, ale Ty Ra­fale wraz z za­wo­do­wymi przy­ja­ciółmi (i ry­wa­lami) bę­dziesz two­rzył eli­tarną grupę osób czy­ta­ją­cych, upra­wia­ją­cych dobrą ty­po­grafię, czu­ją­cych tekst, szu­ka­ją­cych au­torów, którzy mają coś do po­wie­dzenia. Owa elita bę­dzie dość szczupła, ale bardzo zna­cząca. Nie­którzy z członków ota­cza­jącej Was ludz­kiej magmy ga­dże­ciarzy, czci­cieli ob­razka oraz po­spo­litej de­mo­kracji, w której więk­szo­ścią głosów ustala się, kto ma rację, będą usilnie sta­rali do­stać się do Wa­szej elity. Wów­czas jednak będą mu­sieli „wkupić się” płodem wła­snego ro­zumu za­pi­sanym na karcie pa­pieru. Spo­łecz­ność rodem z Ga­lak­tyki Gu­ten­berga zde­cy­do­wanie się skurczy i naj­praw­do­po­dob­niej książka, ga­zeta czy in­te­lek­tu­alne cza­so­pismo, będą eks­klu­zywnym to­warem sprze­da­wanym w czymś na kształt ga­lerii albo gaju Aka­de­mosa. Bę­dzie tam przy­jemnie, a w swoim gronie znaj­dziecie roz­rywkę i szczę­ście.
 A gdzie się uczyć? Jeśli komuś nie wy­star­czają kra­jowe szkoły, im­prezy warsz­ta­towe i se­mi­na­ryjne oraz do­stępna li­te­ra­tura, nie ma pro­blemu. Zür­cher Hoch­schule der Künste albo Créa­tion Ty­po­gra­phique w pa­ry­skiej École Es­tienne pra­cują nie bojąc się mod­nego hasła „No fu­ture book”. Trzeba po­znać język i je­chać po naukę. Wszystko jedno który: an­gielski, nie­miecki, fran­cuski, włoski czy czeski, bo szkół w Eu­ropie dostatek.

Skolar

13 grudnia 2009  [Instapaper Text] [Readability]

Skolar. Pismo za­pro­jek­to­wane przez Da­vida Bře­zinę z Czech. David pre­zen­tował je pod­czas KRAK­Typo i trzeba przy­znać — mimo że po an­gielsku — był to bardzo cie­kawy pokaz.

Skolar

Jak widać — po­my­ślany prze­cież, jako pismo dzie­łowe — do­sko­nale pre­zen­tuje się rów­nież na pla­ka­tach. Po­siada nie­wielki kon­trast, a rów­no­cze­śnie bardzo cie­kawy krój. Nieco bar­dziej skon­tra­sto­wany Surat — osobny krój z ję­zy­kiem gu­dża­rati (jednym z wielu ję­zyków urzę­do­wych w In­diach), który rów­nież wpi­suje się w ro­dzinę — można trak­tować jako su­ple­ment do Sko­lara. Cy­ry­lica w pełni od­po­wiada cha­rak­terem wersji łaciń­skiej. Jakże wy­mowne, że to wła­śnie ją na­gro­dzono w dwóch te­go­rocz­nych kon­kur­sach: ro­syj­skim Mo­dern Cy­rillic i ar­meń­skim Gran­shan.

Skolar, prosty
Skolar, kursywa
Skolar, strzałki
Skolar, cyrylica
Skolar, Surat
Skolar, diakrytyki

Autor bez wąt­pienia do­sko­nale się zna na ty­po­grafii mul­ti­ję­zycznej. Dia­kry­tykom przez niego za­pro­jek­to­wanym nie można nic za­rzucić. Świetna cy­ry­lica! W przy­szłości pismo zo­stanie po­sze­rzone rów­nież o al­fabet grecki.
 Kim jest David Bře­zina? Ukoń­czył in­for­ma­tykę w Ma­sa­ry­kova Uni­we­rzita (Brno, Czechy) oraz pro­jek­to­wanie pism w Uni­ver­sity of Re­ading (Re­ading, Wielka Bry­tania). Ty­po­graf, członek ATypI.
 Obecnie pra­cuje, jako nie­za­leżny pro­jek­tant i kon­sul­tant. Jest ak­tywny w ta­kich dzie­dzi­nach, jak: pro­jek­to­wanie wie­lo­ję­zycz­nych pism (rów­nież dla ję­zyków nie­ła­ciń­skich), pro­gra­mo­wanie fontów Open­Type, pro­jek­to­wanie gra­ficzne i ty­po­gra­ficzne, kon­sul­tacje zwią­zane z pi­smami dru­kar­skimi i fon­tami. Oka­zjo­nalnie wy­kłada oraz pu­bli­kuje na te­maty zwią­zane z ty­po­grafią.
 Skolar/​Surat, to pro­jekt jego życia, ciągle udo­sko­na­lany i roz­wi­jany, ale mam na­dzieję, że nie ostatni. To bardzo dobry pro­jekt. Za­ło­że­niem było stwo­rzenie kroju zop­ty­ma­li­zo­wa­nego do dłu­gich, struk­tu­ral­nych tek­stów, bardzo czy­tel­nego w ma­łych stop­niach za­równo w od­mianie pro­stej, jak i kur­sywie czy ka­pi­ta­li­kach, do­brze spra­wu­ją­cego się w pu­bli­ka­cjach za­wie­ra­ją­cych duże ilości cią­głego tekstu, przy­pisów, in­deksów gór­nych i dol­nych, tabel, skom­pli­ko­wa­nych strzałek, jednym słowem — naukowego.

Studium pisma Ehrhardt_MT

David za­czynał pracę od stu­dio­wania ta­kich krojów, jak Ehr­hardt MT, Times New Roman czy Aca­de­mica, przy­glądał się pu­bli­ka­cjom na­ukowym róż­nych wy­daw­nictw, dys­ku­tował i za­sta­na­wiał się: Jak po­wi­nien wy­glądać taki krój? Czego ocze­kują na­ukowcy? Do­szedł do na­stę­pu­ją­cych wnio­sków:
— po­żą­dany sto­pień pisma to 1011 pkt. o wy­so­kości x 1,5 mm;
— krój po­wi­nien do­brze się za­cho­wywać w przy­pi­sach w stopniu 78 pkt. i 1 mm wy­so­kości x;
— po­wi­nien rzucać się w oczy w są­siedz­twie ilu­stracji;
— od­miana gruba musi do­brze działać za­równo w skró­tach, jak i dłu­gich tek­stach — być może po­trzeba dwóch gru­bych od­mian, zróż­ni­co­wa­nych wagą;
— kur­sywa po­winna wy­róż­niać się w skró­tach, a rów­no­cze­śnie być czy­telna w dłu­gich tek­stach;
— krój po­wi­nien za­wierać wy­ra­ziste znaki in­ter­punk­cyjne i na­wiasy, które będą współ­grać i z tek­stem, i cy­frami;
— ko­nieczna jest ob­sługa wszyst­kich łaciń­skich ję­zyków eu­ro­pej­skich oraz trans­li­te­racji naj­waż­niej­szych ję­zyków nie­ła­ciń­skich (np. chiński/​pinyin, san­skryt etc.);
— punk­tory (bu­lety), in­deksy górne i dolne muszą być spójne we wszyst­kich wariantach.

Skolar, elementy stylistyczne
Skolar, szkice
 Uwzględ­niając po­wyższe po­stu­laty, wy­pra­cował in­te­re­su­jący krój sze­ry­fowy, o trochę nie­jed­no­znacznej dwu­ele­men­to­wości i — jak po­ka­zują przy­kłady — do­sko­nale speł­nia­jący po­wzięte za­ło­żenia. Rzućmy okiem na ar­kusze testowe.

Skolar, próbkaSkolar, próbkaSkolar, próbka
Skolar, próbkaSkolar, próbkaSkolar, próbka
Skolar, próbkaSkolar, próbka

Sprzedaż pro­wadzi wy­łącznie Type To­ge­ther. Obecnie można nabyć tylko od­mianę prostą i kur­sywę oraz ich wa­rianty po­gru­bione — semi-​bold, bold — w sumie sześć od­mian (bez Su­rata, cy­ry­licy, ani trans­li­te­racji). Pa­kiet kosz­tuje 199 do­larów.
 Cena, dla osób zaj­mu­ją­cych się edy­tor­stwem na­ukowym, jest roz­sądna. Pu­bli­kacje na­ukowe naj­czę­ściej za­wie­rają grekę — nawet jeśli tylko po­je­dyncze glify, to wy­pa­da­łoby ją mieć całą w tym samym foncie — a więc może proszę się wstrzymać z za­kupem do czasu opu­bli­ko­wania wersji pro, co na­stąpi w pierw­szym kwar­tale 2010 roku.
 Skolar Pro bę­dzie za­wierał cy­ry­licę we wszyst­kich wa­rian­tach na­ro­do­wych, grekę w wa­riancie po­li­to­nicznym i mo­no­to­nicznym oraz (praw­do­po­dobnie) ze­staw znaków do trans­li­te­racji. Na­leży jednak się spo­dziewać, że zo­stanie obar­czony wyższą ceną.

In­for­macje
David Bře­zina Strona do­mowa
Type To­ge­ther Dys­try­bucja Sko­lara
Kon­kursy pro­jek­to­wania pism Mo­dern Cy­rillic | Gran­shan

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie drugie

3 listopada 2009  [Instapaper Text] [Readability]

Po­niżej dalszy ciąg roz­mowy z An­drzejem To­ma­szew­skim. Pro­wa­dzimy ją przy po­mocy do­stęp­nych środków ko­mu­ni­kacji elek­tro­nicznej, acz­kol­wiek bez zbęd­nego po­śpiechu. Za­pra­szam na ko­lejne spo­tkanie z mi­strzem — drugie, ale jeszcze nie ostatnie. Jeśli ktoś chciałby po­znać go oso­bi­ście, bę­dzie okazja pod­czas KRAK­Typo.

Andrzej Tomaszewski
Fot. Ga­briela Grusza

Wielu współ­cze­snych pro­jek­tan­tów pra­cu­je wy­łącz­nie w naj­now­szym o­progra­mowaniu, a wielu nie przy­kła­da do tego wagi. Można pro­jek­tować przy u­ży­ciu do­wol­ne­go na­rzę­dzia, nie­ko­niecz­nie pro­gra­mu kom­pu­te­rowego. A twój warsz­tat, to wier­szow­nik czy mo­ty­ka?

Pro­jek­to­wanie gra­fiki użyt­kowej bez po­mocy od­po­wiednio opro­gra­mo­wa­nego kom­pu­tera jest już w dzi­siej­szych cza­sach nie­moż­liwe, głównie z po­wodu po­trzeby uzy­skania efektu koń­co­wego (pliku prze­zna­czo­nego do re­ali­zacji). Znik­nęli już fa­chowcy, który w dru­karni przy­go­to­wali pu­bli­kację wg od­ręcz­nych ry­sunków, ma­kiet czy też ad­iu­sto­wa­nych ma­szy­no­pisów lub ilu­stracji.
 Jeśli zaś chodzi o naj­nowsze opro­gra­mo­wanie, to od­po­wiedź musi być zło­żona, bo taki wła­śnie jest pro­blem zmie­nia­ją­cego się opro­gra­mo­wania. Pa­trząc na to z punktu wi­dzenia pro­gresji moż­li­wości i ogól­nego po­stępu, jest wszystko w po­rządku. Nie chciałbym więc, żeby to, co można prze­czytać po­niżej, brzmiało jak skarga nie­po­praw­nego kon­ser­wa­tysty.
 Zmiany, z punktu wi­dzenia kon­kretnej ro­boty, nie wy­glą­dają już tak ró­żowo. Między in­nymi dla­tego, że często są wy­ni­kiem działań mar­ke­tin­go­wych i ol­brzy­miej pa­zer­ności na kasę pro­du­centów opro­gra­mo­wania. Ty­po­graf co chwila jest za­ska­ki­wany zmia­nami — od ta­kich, niby drob­nych, jak prze­sta­wienia w miej­scach menu pro­gramu na­rzę­dzio­wego lub w okienku dia­lo­gowym, do grub­szych, jak np. nowe wy­ma­gania do­ty­czące pliku wy­ni­ko­wego. Nie mamy więc ta­kiego kom­fortu, jaki mieli nasi po­przed­nicy jeszcze 30 lat temu, który raz na­uczywszy się pew­nych tech­no­lo­gicz­nych pro­cedur, uży­wali ich przez lata. Tak prawdę mó­wiąc, ty­po­graf po­wi­nien pod­czas pracy my­śleć o swojej ro­bocie, a więc o me­ry­to­rycznej i tech­nicznej ja­kości przy­go­to­wy­wanej pu­bli­kacji. Nie po­wi­nien co chwila za­przątać sobie głowy kwe­stiami pro­gra­mi­stycznej na­tury, cią­głymi zmia­nami uży­wa­nego na­rzę­dzia, pro­ble­mami z wy­mianą plików po­między uczest­ni­kami tech­no­lo­gicz­nego pro­cesu itp. Czło­wiek ostrzy tę swoją sie­kierkę, ostrzy, a na rą­banie nie ma czasu.
 Dla­tego też mam u siebie w domu trzy kom­pu­tery, dwa starsze ze sta­rymi pro­gra­mami i jeden naj­nowszy z no­wymi. Jeśli muszę coś szybko zrobić, po­wiedzmy skom­pli­ko­waną ro­botę „na wczoraj”, otwieram eMaca z sys­temem 9 i w Qu­arku Pas­sport 4.11 bły­ska­wicznie wy­ko­nuję pracę, bo mogę w nim działać „na ślepo” i je­stem pe­wien po­praw­ności tech­nicznej koń­co­wego pliku.
 Po­dobnie jak z opro­gra­mo­wa­niem, jest z tempem pracy na no­wych kom­pu­te­rach. Szybsze pro­ce­sory, wzra­sta­jąca wiel­kość RAM-​u i inne rzeczy de­cy­du­jące o sile kom­pu­tera, często wcale nie służą za­wo­dowej ro­bocie, ale są prze­jawem dą­żenia do kom­pu­tera uni­wer­sal­nego i ko­niecz­ności ob­słu­gi­wania pro­gramów w na­szym za­jęciu nie­po­trzeb­nych. A po­nieważ wszystko w no­wych sys­te­mach jest wza­jemnie po­wią­zane, czło­wiek musi uczyć się rzeczy, które go wcale nie ob­chodzą.
 Myślę, że po­dobne pro­blemy mają inni za­wo­dowcy, np. ar­chi­tekci, mu­zycy, le­karze, urzęd­nicy, którzy za­miast skupić się na swoich obo­wiąz­kach, na po­trze­bach klienta, pe­tenta czy pa­cjenta, muszą stale my­śleć o tym cho­lernym komputerze.

Wszyst­kie­mu wi­nien jest ten fo­toskład… Wy­obraź sobie, że są jesz­cze małe za­kłady po­li­gra­ficz­ne z ze­cer­nią ręcz­ną lub li­no­ty­pem czy mo­noty­pem — cza­sami ko­rzy­stam z ich usług. A ty? masz gdzieś jesz­cze stare, ze­cer­skie na­rzę­dzia?

Mam świa­do­mość, że zo­stało jeszcze nieco ta­kich miejsc. Jednak o skan­senie z czynnym mo­no­typem nie sły­szałem. To skom­pli­ko­wany tech­no­lo­gicznie sposób skła­dania, wy­ma­ga­jący po­moc­ni­czego oprzy­rzą­do­wania, mnó­stwa su­per­i­stot­nych ele­mentów wy­mien­nych w ta­strach i od­le­war­kach. Je­dyne miejsce które znam, to Mu­zeum Książki Ar­ty­stycznej u Try­znów w Łodzi. Stoją tam od­le­warki mo­no­ty­powe, które nie ko­rzy­stają z taśmy per­fo­ro­wanej na ta­strach, ale z pro­gramu kom­pu­te­ro­wego ste­ru­ją­cego ramką od­lew­niczą. Wła­śnie w Łodzi przy ulicy Ty­mie­niec­kiego, w ze­cerni Ja­dwigi i Ja­nusza Pawła Try­znów znaj­duje się mój mo­siężny, wy­słu­żony wier­szownik, któ­rego używam pod­czas wizyt w tym ma­gicznym miejscu.

Po­wiedz — jak do­brze za­pro­jek­tować książ­kę? Czym się kie­ro­wać? Kiedy ty sta­jesz przed takim za­daniem, od czego za­czy­nasz? Od­pa­lasz Qu­ar­ka 4.11 czy i­dziesz na spa­cer? Się­gasz po prób­ni­ki czy może po kor­kociąg?

Jak do­brze za­pro­jek­tować książkę? Toż to do­sko­nały tytuł dla pod­ręcz­nika, czy po­rad­nika, któ­rego nikt jeszcze w Polsce nie na­pisał. Prawdę mó­wiąc, nie po­trafię od­po­wie­dzieć bez próby upo­rząd­ko­wania wła­snej i cu­dzej wiedzy. Jak prze­kazać me­lanż wia­do­mości, po­nad­czter­dzie­sto­let­niego do­świad­czenia, es­te­tycz­nego wy­cho­wania oraz in­tu­icji?
 Można jednak sto­sun­kowo prosto po­wie­dzieć od czego za­czynam ro­botę. Szybko się okaże, że choć po­czątek za­leży od ro­dzaju za­dania, to wa­run­kiem po­wo­dzenia jest zgro­ma­dzenie mak­simum in­for­macji o pu­bli­kacji. Przed­stawię to na przy­kła­dzie wy­daw­ni­czej serii.
 Dość często mam zrobić książkę do serii już ist­nie­jącej. Wów­czas sprawa jest łatwa, bo ist­nieją wcze­śniej za­ak­cep­to­wane re­guły bu­do­wania pu­bli­kacji w danej serii. Trud­niej jest, gdy trzeba taką serię za­pro­jek­tować od po­czątku. Często wy­dawca ma jedną zre­da­go­waną książkę i po­mysł, że bę­dzie robił serię. Wtedy trzeba zgro­ma­dzić wia­do­mości o tym, co może nas w ta­kiej serii czekać. Jacy będą au­torzy: czy jedna osoba, czy kilka, czy mogą być też prace zbio­rowe. Czy książki będą miały długie, czy krótkie ty­tuły. Czy seria bę­dzie miała swój znak. Czy pu­bli­ko­wane prace będą w miarę po­dobnej ob­ję­tości. Czy po­jawią się ilu­stracje. Czarno-​białe czy ko­lo­rowe. Itd., itd., itd.
 Prze­wi­dując różne sy­tu­acje re­dak­cyjne i ty­po­gra­ficzne można zrobić pro­jekt na tyle ela­styczny, aby był póź­niej przy­datny i nie spra­wiał kło­potu. Zwykle jest tak, że po kilku książ­kach pro­jekt trzeba nieco mo­dy­fi­kować „w praniu”. Do­tyczy to naj­czę­ściej ty­po­grafii środka książki, bo­wiem dość trudno jest prze­wi­dzieć wszystkie struk­tury tekstu, jakie mogą się w przy­szłości po­jawić.
 Naj­waż­niejsze są jednak in­for­macje o treści pu­bli­kacji. Bez nich nie sposób za­pro­jek­tować żadnej książki me­ry­to­rycznie i gra­ficznie spójnej. Seria wy­daw­nicza zwykle po­świę­cona jest kon­kretnym za­gad­nie­niom i wtedy ist­nieje pe­wien kompas dla po­szu­ki­wacza zgod­ności formy i treści. Ist­nieją jednak rów­nież serie, które po­wstają ze względów for­mal­nych, np. seria dra­matu wy­daw­nictwa XYZ. Wów­czas mamy do czy­nienia z róż­no­rodną ma­terią — z jednej strony an­tyczną tra­gedią Aischy­losa, a z dru­giej no­wo­czesną ko­medią Mrożka. Wtedy trzeba szukać ta­kich form gra­ficz­nych, które po­mieszczą es­te­tyczną róż­no­rod­ność, nie po­wo­dując wi­zu­al­nego bałaganu.

In­for­ma­cje o tre­ści książ­ki chyba naj­łatwiej gro­ma­dzić, czy­ta­jąc ją. Czy­tasz wszyst­kie książ­ki, które masz za­pro­jek­tować?

Więk­szość książek czytam. By­wają jednak po­świę­cone takim za­gad­nie­niom, że za­do­walam się tylko spisem treści i wstępem, np. Rynki fi­nan­sowe a nadzór nad kor­po­racją w Ja­ponii albo Polska wobec za­gro­żenia ter­ro­ry­zmem mor­skim. Często pra­cuję nad książ­kami do­ty­czą­cymi hi­storii, bi­blio­logii, kul­tu­ro­znaw­stwa. Takie czytam z ochotą au­ten­tycznie za­in­te­re­so­wany tre­ścią.
 Obok treści jest jeszcze trochę in­for­macji, które trzeba uzy­skać. A to, gdzie wy­dawca za­mierza na­świe­tlać i dru­kować (znając re­alia da­nego za­kładu mo­żesz prze­wi­dzieć, że pewne rzeczy po­chrzanią). Albo czy można za­szaleć z pa­pierem wy­so­kiej ja­kości, twardą oprawą, szla­chet­nymi ma­te­ria­łami in­tro­li­ga­tor­skimi. Albo czy mar­ke­tin­go­wiec wy­daw­nictwa nie podjął ja­kichś zo­bo­wiązań, z któ­rych wy­nika, że bę­dziesz mu­siał upstrzyć dzieło lo­gami spon­sorów czy też gwiazd­kami z na­pisem „No­wość!”.
 Jeśli masz prze­czucie, że z otrzy­ma­nego ma­te­riału można zrobić uro­dziwą książkę, to naj­pierw na­leży za­dzwonić do au­tora. Są bo­wiem tacy, którzy nie mają za grosz za­ufania do wy­dawcy i gra­fika, nie mają zie­lo­nego po­jęcia, na czym nasza praca po­lega, na­dęci, sztywni, prze­mą­drzali. W roz­mowie wy­czuwa się to od razu i od razu też wia­domo, że do ni­czego się go nie prze­kona, i że książka bę­dzie jak „ko­tlet raz”, w naj­lep­szym przy­padku — szkolnie po­prawna.
 Różnie bywa. Czasem wszystko idzie jak po maśle i praca jest czystą przyjemnością.

Jaka więc jest me­to­da? Od czego u­za­leż­niasz dobór pa­pie­ru? Dla­cze­go wy­bie­rasz wąski lub sze­ro­ki for­mat? Jego barwa, jakie ma po­wią­za­nie z tre­ścią książ­ki? Czy rze­czy­wi­ście to po­win­no wy­ni­kać z tre­ści, czy tylko cho­dzi o funk­cjo­nal­ność? Czy to wła­ści­we kry­te­ria? A może nie one są i­stot­ne, tylko bu­dżet?

Dobór pa­pieru wy­znacza kilka czyn­ników. Na­leżą do nich oczy­wi­ście koszty pro­dukcji, do­stęp­ność na rynku, albo prze­zna­czenie do kon­kret­nego spo­sobu dru­ko­wania. Spró­bujmy jednak trzy z nich na­zwać i dla pod­kre­ślenia ich zna­czenia przy­wołać przy­kłady ne­ga­tywne, bo takie prze­ma­wiają naj­su­ge­styw­niej.
 Na po­czątek zwrócę uwagę na związek ma­te­riału z tre­ścią pu­bli­kacji. Nie­którzy w pierw­szym od­ruchu uwa­żają ten aspekt za wy­du­many albo dzi­waczny, jednak po za­sta­no­wieniu do­ce­niają jego rolę. Otóż wiele książek o miał­kiej treści, ba­nalnym po­myśle edy­tor­skim lub wręcz zbęd­nych z czy­tel­ni­czego punktu wi­dzenia, jest wy­da­wa­nych na kosz­tow­nych pa­pie­rach po­wle­ka­nych, sta­rannie apre­tu­ro­wa­nych, o szla­chetnej fak­turze i barwie. Z ta­kiego po­łą­czenia po­wstaje pu­bli­kacja ra­żąca sztucz­no­ścią, pre­ten­sjo­nalna, a gdy jeszcze do­damy do tego ja­kieś la­kierki, zło­cenia, or­na­men­ciki, mamy do czy­nienia z es­te­tyczną ka­ta­strofą — ki­czem w stanie czy­stym.
 Ko­lejne kry­te­rium wy­boru uwzględnia związek pa­pieru i ma­te­riału gra­ficz­nego pu­bli­kacji. Wy­obraźmy sobie np. książkę zło­żoną de­li­katnym Ba­ske­rvillem, z re­pro­duk­cjami mie­dzio­rytów o sub­telnym szra­funku, którą za­miast na sto­sownym pa­pierze ilu­stra­cyjnym wy­dru­ko­wano na chro­pawym of­fsecie, w do­datku z do­danym wy­bie­la­czem za­bi­ja­jącym ele­gancję i na­tu­ralne ciepło tego typu ilu­stracji. Albo dla kon­trastu: czarno-​białe zdjęcia ar­ty­styczne o wy­ra­fi­no­wanej grze pół­tonów, bie­lach i sza­ro­ściach wy­ma­ga­ją­cych drob­nego dru­kar­skiego ra­stra, które za­miast na białym gła­dzonym pa­pierze wy­dru­ko­wano na zgrzebnym cha­mois.
 Wreszcie trzecie, to związek pa­pieru i funkcji pu­bli­kacji. Wy­obraźmy sobie siebie sa­mego wie­czorem w fo­telu, w kręgu świe­cącej z boku lampy, z kie­li­szecz­kiem ko­niaku i to­mi­kiem po­ezji w ręce. Za­miast cie­płej w do­tyku i dla oka ksią­żeczki mamy błysz­czącą la­kierem okładkę, a w niej na szkli­stym kre­do­wanym pa­pierze wy­dru­ko­wane wiersze, po któ­rych śli­zgają się w du­ecie: wzrok i bliki od­bi­tego światła.
 Na czym innym bę­dziemy więc dru­ko­wali album ma­lar­stwa, książkę te­le­fo­niczną, pod­ręcznik szkolny, czy też po­cket­bo­okową powieść.

Ga­ze­ty na pa­pie­rze ga­ze­to­wym, a książ­ki na książ­ko­wym — kry­te­rium funk­cjo­nal­ne gó­ru­je. Czy po­dob­nie się dzie­je przy u­sta­laniu for­ma­tu książ­ki i wy­mia­rach ko­lum­ny? Dla­cze­go ko­lum­na jest za­zwy­czaj jed­no­ła­mowa?

Format jest pod­sta­wowym pa­ra­me­trem książki. Ma wpływ es­te­tykę, funk­cjo­nal­ność i nie­które tech­niczne wa­runki jej pro­dukcji. Wy­dawcy, w zna­ko­mitej więk­szości, nie po­trafią wy­zwolić się ze sche­ma­tycz­nego my­ślenia o for­ma­tach znor­ma­li­zo­wa­nych (sze­regi A i B). Przy­po­mnijmy więc, jaka idea przy­świe­cała twórcom nor­ma­li­zacji.
 Sto­sunek boków ar­kuszy tych sze­regów (A, B i C) wy­raża się pro­porcją a : √2, czyli boku kwa­dratu do jego prze­kątnej. Taki kształt ar­kusza ma tę za­letę, że przy skła­daniu za­cho­wuje za każdym razem iden­tyczne pro­porcje boków (A0, A1, A2, itd.). Cecha za­cho­wania pro­porcji boków ar­kusza ma ka­pi­talne zna­czenie tech­no­lo­giczne w róż­nych usta­le­niach poligraficzno-​wydawniczych, przy pro­dukcji wy­robów pa­pier­ni­czych, bu­dowie ma­szyn dru­kar­skich, czy też pod­czas wszel­kich kal­ku­lacji ce­no­wych, ob­ję­to­ścio­wych, ma­te­ria­ło­wych.
 To wszystko nie znaczy jednak, że wszystkie książki mają mieć iden­tyczne kształty! Nie miejsce tu na roz­trzą­sanie kwe­stii „for­ma­to­lo­gicz­nych”, bo skła­dają się na sporą porcję wiedzy teo­re­tycznej i prak­tycznej, z którą trzeba się za­po­znać. Za­in­te­re­so­wa­nych od­syłam do świeżo wy­danej w Kra­kowie książki Ro­berta Brin­ghursta Ele­men­tarz stylu w ty­po­grafii, albo, przy­kła­dowo, do roz­ważań Jana Tschi­cholda na temat for­matów książek i usy­tu­owania ko­lumny na stronicy.

Tschi­chold w ję­zy­ku pol­skim jest nie­do­stęp­ny. Bar­dzo cie­ka­wy jest jego po­stu­lat cia­sne­go skła­du. Mówi, że dla u­trzy­ma­nia jed­no­li­tej sza­ro­ści ko­lum­ny, można dzie­lić wy­ra­zy nie­zgod­nie z za­sadami, zwięk­szać ilość ko­lej­nych prze­niesień, po­zosta­wiać bę­kar­ty — wszyst­ko po to, by za­cho­wać jed­no­li­te od­stę­py mię­dzy­wyra­zo­we. To dość kon­tro­wer­syj­ne po­dej­ście. Zga­dzasz się z nim?

Jed­no­lita sza­rość optyczna ko­lumny tekstu jest ważna dla hi­gieny czy­tania. Mówię teraz o bitym tek­ście cią­głym, tzw. dzie­łowym. Pod­czas dłu­go­trwa­łego czy­tania, np. be­le­try­styki albo tek­stów na­uko­wych, nasz wzrok (oko sprzę­gnięte z ro­zumem) wy­ko­nuje trudną ro­botę. Fik­sacje gałki ocznej, czyli sko­kowe i ryt­miczne ruchy oka, są szybkie i pre­cy­zyjne, jeśli od­by­wają się we wła­ści­wych wa­run­kach czy­tania, przy do­brym oświe­tleniu kart i do­brej roz­po­zna­wal­ności słów. Jednym z naj­waż­niej­szych czyn­ników jest wła­śnie struk­tura czy­ta­nego tekstu. Ko­lumna w której słowa „za­to­pione” są w jed­no­litej sza­rości (nie­zbyt duże światła mię­dzy­wy­ra­zowe, ryt­miczne światła mię­dzy­li­te­rowe i in­ter­linia rów­no­wa­żąca za­czer­nienie wiersza) po­zwa­lają, aby oczy czy­tel­nika „wpadły w trans”, w nie­prze­ry­wane za­kłó­ce­niami śle­dzenie tekstu z szyb­ko­ścią do­sto­so­waną do in­dy­wi­du­al­nych pre­dys­po­zycji.
 Ba­dacze czy­tel­ności układów ty­po­gra­ficz­nych stwier­dzili, że np. skład w cho­rą­giewkę (stały od­stęp mię­dzy­wy­ra­zowy i nie­ju­sto­wana prawa kra­wędź tekstu) jest przy­jazny dla czy­ta­ją­cego wła­śnie dzięki stałym od­stępom, naj­le­piej zbli­żonym do tzw. trze­cianki (⅓ fi­reta), a jed­no­cze­śnie oka­zało się, że wy­rów­nanie lub nie­wy­rów­nanie prawej kra­wędzi wiersza zu­pełnie nie wpływa na czy­tel­ność.
 Wróćmy teraz do Tschi­cholda. Być może głosił tak ra­dy­kalne po­glądy w mło­dzień­czym, kon­struk­ty­wi­stycznym okresie swojej twór­czości zwią­zanej ze śro­do­wi­skiem Bau­hausu. Po la­tach Tschi­chold wrócił do kla­sycznej ty­po­grafii. Zresztą jedną i drugą (fu­tu­ry­styczną i kla­syczną) upra­wiał z jed­nakim mi­strzo­stwem. Myślę, że jego zdanie, które przy­to­czyłeś, mogło być wy­rwane z szer­szego kon­tekstu. Ja to ro­zu­miem tak:
— jeśli masz do wy­boru dodać jedno prze­nie­sienie więcej, albo zo­stawić w tek­ście „dziury”, dodaj prze­nie­sienie;
— jeśli masz do wy­boru zo­stawić nie­na­tu­ralnie roz­bity wiersz tekstu, albo nie­zbyt po­prawnie po­dzielić wyraz, po­dziel wyraz;
— jeśli masz do wy­boru zo­stawić szewca lub bę­karta, albo zmienić rytm in­ter­linii, zo­staw nie­zręczny wiersz.
 Takie wy­bory, bę­dące w kon­flikcie z za­sa­dami skła­dania, zda­rzają się w prak­tyce. Czasem są wy­borem gor­szego zła, a czasem przy­jęcia pewnej kon­wencji sto­so­wanej potem kon­se­kwentnie w całej książce. Odej­ścia od zasad nie po­winny jednak wy­nikać z ich ne­gacji, ale ze zro­zu­mienia ich sensu i oceny ty­po­gra­ficznej sy­tu­acji. Jest sporo zasad wy­pra­co­wa­nych przez lata prak­tyki, a nie­które z nich na­leżą do tzw. do­brego tonu. Zo­sta­wiać bę­kartów nie wy­pada tak, jak nie wy­pada „pusz­czać bąka”. Czy jednak z obawy przed ewen­tu­alnym bą­kiem mam zre­zy­gnować z je­dzenia pysznej gro­chówki (na wędzonce)?

Rze­czy­wi­ście, po­stu­lat cia­sne­go skła­du jest pro­pozy­cją wy­bo­ru mniej­szego zła. Gro­chów­ka za­zwy­czaj jest pysz­na, ale trze­ba się tro­chę na­tru­dzić, żeby ją przy­go­tować. Naj­pierw, przez kil­ka­na­ście go­dzin mo­czy­my groch, potem go­tu­je­my, do­da­je­my wę­dzon­kę… a jak wę­dzon­ki brak? to trze­ba wziąć mięso i u­wę­dzić. W swo­ich pro­jek­tach ksią­żek wy­ko­rzystywa­łeś rów­nież fonty wła­sno­ręcz­nie pod­wę­dza­ne — dla­cze­go cza­sem trze­ba po­pra­wiać cudze kroje? Jak do­konać wła­ści­we­go wy­bo­ru pisma?

Nie tyle cho­dziło o po­pra­wianie cu­dzych krojów, co o po­pra­wianie fontów lub in­ge­rencję w ich pro­gra­mi­styczną struk­turę. To dwie różne sprawy. Krój pisma, dzieło li­ter­nika, jest utworem gra­ficznym, przy którym bez wiedzy au­tora grzebać nie wy­pada. Czasem trzeba po­prawić coś, co w pol­skim tek­ście szwan­kuje, np. zrobić zwykłe „z” za­miast dłu­giego fran­cu­skiego, fa­talnie wy­glą­da­ją­cego w dy­fton­gach „cz” i „sz”. Jednak niemal za­wsze cho­dziło o sztuczne i złe ak­centy do­ra­biane ta­śmowo przez pro­gra­mi­stów z wy­twórni fontów, naj­czę­ściej nie ma­ją­cych gra­ficz­nego wy­czucia, Ame­ry­ka­nina lub An­glika nie uży­wa­ją­cych w swoim ję­zyku liter ze zna­kami dia­kry­tycz­nymi.
 Fran­cuzi po­pra­wiali swoje li­terki, Czesi swoje, Po­lacy swoje. Dzi­siaj jest już nieco le­piej, bo uni­ko­dowe fonty roz­wią­zują wiele spraw. Wcze­śniej pro­blem do­ty­czył głównie fontów Type1 ma­ją­cych 255 miejsc ko­do­wych. W fon­tach ap­plow­skich po­wstał u nas w la­tach 90. ubie­głego wieku nie­for­malny stan­dard PL-​Euro. Adobe wy­my­śliła ta­blicę ko­dową zwaną CE, gdzie pol­skie li­tery były wraz z ru­muń­skimi, li­tew­skimi, sło­wac­kimi, cze­skimi, wę­gier­skimi itd., a nie było liter ję­zyków za­chod­nio­eu­ro­pej­skich. Nasi wy­dawcy i dru­karze nie chcieli tego, bo do swo­bod­nego skła­dania trzeba było używać dwóch fontów: pry­mar­nego oraz CE. Spe­cy­fika pol­skiej kul­tury skie­ro­wanej cy­wi­li­za­cyjnie na za­chód Eu­ropy wy­ma­gała fontów z pol­skimi i za­chod­nimi li­te­rami. Jak to! — obu­rzali się nie­którzy — nie można jednym fontem składać mic­kie­wi­czow­skiego Pana Ta­de­usza, bo hrabia ra­czył coś po­wie­dzieć po fran­cusku? No więc trzeba było te PL-​Euro robić.
 Inną trud­ność spra­wiały znaki, któ­rych nie było w stan­dar­do­wych ze­sta­wach. Przy­kła­dowo w książce była łacińska trans­krypcja z arab­skiego lub ja­poń­skiego i ko­nieczne były sa­mo­głoski z po­ziomą kre­seczką u góry. Trzeba było w foncie do­robić. Pro­gram Fon­to­gra­pher cie­szył się wów­czas dużą po­pu­lar­no­ścią, bo po­zwalał grzebać w ory­gi­nal­nych fon­tach i na ich pod­stawie ge­ne­rować nowe. Takie nowe znaki, jak np. z kre­secz­kami, umiesz­czało się w fon­tach w dość przy­pad­ko­wych miej­scach, pod­mie­niając rza­dziej uży­wane znaki (jeny, krzy­żyki, funty itp.). Po­wsta­wały fonty do jed­nego przed­się­wzięcia wy­daw­ni­czego. Sam ro­biłem po­dobne, pro­jek­tując i wsta­wiając znaki trans­krypcji fo­ne­tycznej do kon­kret­nego kroju pisma, innym razem do­ra­biając wy­brane greckie ma­ju­skuły po­trzebne w tek­ście, za­mie­niając cyfry ta­be­la­ryczne na na­utyczne albo do­ra­biając śre­dnio­wieczne abre­wiacje do jednej je­dynej książki. Takie fonty, rzecz jasna, nie da­wały się kon­wer­tować i nie mogły być uży­wane poza swoim prze­zna­cze­niem.
 Na­stępne twoje py­tanie: Jak do­konać wła­ści­wego wy­boru pisma? to temat-​rzeka; więc może innym razem po­ru­szymy ja­kieś jego elementy.

Może spró­buj­my na przy­kła­dzie. Zgła­sza się do nas pro­fe­sor hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry z pro­pozy­cją wy­da­nia sie­dem­na­sto­wiecz­nej sylwy…

Gdyby na mnie tra­fiło, przy­jąłbym tę ro­botę z po­ca­ło­wa­niem ręki. Rę­ko­pi­śmienna księga jest dla ty­po­grafa wy­zwa­niem. Tym bar­dziej, że silva rerum jest zbiorem tek­stów z róż­nych dzie­dzin za­pi­sy­wa­nych naj­czę­ściej przez pro­win­cjo­nal­nego szlachcica-​grykosieja. No­tatki w stanie chaosu, pi­sane pod wra­że­niem chwili dnia co­dzien­nego, ale bez sys­te­ma­tycz­ności i czasem po kie­lichu. Mo­żemy spo­dziewać się li­te­rac­kiej ma­terii: fra­szek, anegdot, zło­tych myśli, czę­sto­chow­skich rymów. Obok tego będą pewnie prze­pisy ku­chenne, ko­men­tarze po­li­tyczne, re­cepty le­kar­skie, go­spo­darska bu­chal­teria albo no­tatki z lek­tury książki, którą trzeba oddać wła­ści­cie­lowi. Znajdą się re­fleksje po ka­zaniu księdza-​dobrodzieja, od­wie­dzi­nach znacz­nego po­se­sjo­nata i spis gości na we­selu pa­sier­bicy.
 Pod względem struk­tury tekstu dzieło bo­gate i do ty­po­gra­ficz­nego rzeź­bienia zna­ko­mite. Jeśli zaś hi­sto­rycznym tek­stom bę­dzie to­wa­rzy­szył ko­men­tarz owego pro­fe­sora, to do­dat­kowo mamy cały aparat na­ukowy, ze spi­sami, in­dek­sami, przy­pi­sami, od­nie­sie­niami itp.
 Na po­czątek więc ko­niecznie trzeba za­po­znać się z for­mami tekstu wy­stę­pu­ją­cymi w dziele i ewen­tu­al­nymi pu­łap­kami pod­czas skła­dania. Wy­bie­rając krój pisma zwró­ciłbym uwagę, jak ma się ilo­ściowo tekst hi­sto­ryczny do współ­cze­snego. Jeśli współ­cze­snego jest nie­wiele i wy­raźnie „na do­czepkę”, naj­pew­niej ja­kimś krojem pisma o XVII-​wiecznej pro­we­niencji zło­żyłbym całą książkę. Na­to­miast jeśli pro­porcje tek­stów są mniej więcej fifty-​fifty, roz­wa­żałbym moż­li­wość zło­żenia sylwy krojem hi­sto­rycznym, a ko­men­tarza współ­cze­snym, przy czym okładkę i strony ty­tu­łowe zwią­załbym wi­zu­alnie z czę­ścią współ­czesną.
 W po­dob­nych dzie­łach można spo­dziewać się ty­po­gra­ficz­nych nie­spo­dzianek. A to ja­kieś słówko wpadnie na­pi­sane al­fa­betem sta­ro­cer­kiew­no­sło­wiań­skim, a to gdzieś ja­kieś greckie li­tery, to znowu znaki dla nas dzi­siaj dziwne, a wów­czas uży­wane. Trzeba więc prosić re­dak­tora książki o wykaz ta­kich „nie­ty­po­wych” znaków i liter. Kiedyś, gdy ma­szy­no­pisy od­da­wano do skła­dania w ze­cer­niach dru­karń, ist­niał oby­czaj wy­pi­sy­wania na pierw­szej stronie ma­szy­no­pisu wszyst­kich znaków spe­cjal­nych i ak­cen­to­wa­nych liter. Oby­czaj ten byłby ze wszech miar po­ży­teczny i dzi­siaj, bo można celnie wy­brać font ma­jący w re­per­tu­arze znaki nam potrzebne.

A jakie hi­sto­rycz­ne pismo byś pro­ponował? Na­su­wa mi się na myśl Nowy ka­rak­ter pol­ski, pismo końca XVI wieku, które chyba nie we­szło do szer­szego u­ży­cia. Czy można by wy­ko­rzystać je dziś? poza tym rap­tu­larz (łac. silva rerum) był pi­sa­ny ręcz­nie, za­zwy­czaj ja­kimś pi­smem ka­li­graficz­nym, albo róż­ny­mi pi­sma­mi ka­li­graficz­nymi: kilku au­to­rów — kilka cha­rak­terów pisma lub cha­rak­ter pisma zmie­nia­ny w za­leż­no­ści od te­ma­ty­ki wpisu. Jak roz­wią­zał­byś te pro­ble­my?

Silva rerum jest zja­wi­skiem na­le­żącym do epoki ba­roku, wy­bie­rałbym więc po­śród krojów o ta­kiej wła­śnie pro­we­niencji. Na­tych­miast przy­chodzą na myśl trzy naj­po­pu­lar­niejsze an­tykwy ba­ro­kowe: Janson, Ba­ske­rville i Ca­slon. Trzeba jednak pa­miętać, że przez trzysta lat sto­so­wania po­wstały roz­maite ich wa­rianty.
 Po­wiedzmy, że wy­bieram Ba­ske­rville. Wiele od­lewni w Eu­ropie i Ame­ryce pro­du­ko­wało czcionki tego kroju. Pismo przy­sto­so­wy­wano do róż­nych technik skła­dania: ręcz­nego, li­no­ty­po­wego, mo­no­ty­po­wego czy fo­to­składu. Sporo wa­riantów Baskerville’a zna­lazło się na kom­pu­te­ro­wych fon­tach obok przy­go­to­wy­wa­nych na nowo re­plik sta­rych pism. Są wśród nich takie, które za­tra­ciły cha­rakter pier­wo­wzoru, pre­zen­tują bardzo da­lekie po­do­bień­stwo i tylko mamią na­zwi­skiem ich hi­sto­rycz­nego twórcy. Przy­kładem ta­kich mo­dy­fi­kacji może być ITC New Ba­ske­rville, któ­remu znisz­czono pro­porcje wiel­kości ma­ju­skuły i mi­nu­skuły.
 Naj­chęt­niej sięgam do ko­lekcji fontów Li­no­type Li­brary, bo uważam je za do­brze przy­go­to­wane pod względem tech­nicznym i jeszcze nigdy mnie nie za­wiodły, ani w róż­nych pro­gra­mach gra­ficz­nych, ani na RIP-​ach. Wśród fontów Li­no­type jest jeden bardzo cie­kawy, przy­go­to­wany przez pra­cownię El­sner & Flake na pod­stawie XVIII-​wiecznego ory­gi­nału z ang. gi­serni Isaaca Moore’a. Nie­stety ma tylko od­mianę zwykłą — bez pół­gru­bego i kur­sywy.
 Wy­bieram więc fonty Ba­ske­rville Clas­sico za­pro­jek­to­wane przez Franko Luina w 1995 roku na pod­stawie wzorów Johna Baskerville’a. Fonty mają na­utyczne cyfry, któ­rych chcę używać w skła­dzie. Mają też ka­pi­ta­liki. Co prawda, na mój gust, zbyt drobne, ale mogę ka­pi­ta­li­kami od biedy składać ciut więk­szym stop­niem pisma. Mam też, w razie czego, ba­ske­rvil­lową grekę i cy­ry­licę tej samej firmy — choć pro­jekty po­chodzą z in­nych ate­lier, to obo­wią­zu­jące w Li­no­type za­sady będą za­cho­wane.
 Po za­po­znaniu się z tre­ścią sylwy wiem już, że bę­dzie można wy­brać pe­wien ro­dzaj tek­stów prze­wi­ja­ją­cych się przez całą księgę, który na­daje się do wy­róż­nienia w jakiś sposób. Np. przy­słowia, sen­tencje czy złote myśli na­szego szlach­ciury. Do­brze by było, żeby ja­kieś mo­tywy ty­po­grafii na­wią­zy­wały do od­ręcz­ności ory­gi­nalnej księgi. Wy­biorę więc jakąś ba­ro­kową pi­sankę lub szla­chetną kur­sywę od któ­rejś z an­tykw, z ini­cjal­nymi ma­ju­sku­łami, dość ciasną i być może z al­ter­na­tyw­nymi li­te­rami.
 W tym mo­mencie można roz­ważyć Twoją pro­po­zycję, Ra­fale, użycia No­wego ka­rak­teru, któ­rego font za­pro­jek­tował Artur Fran­kowski (FA Ka­rakter). Wy­brałbym go gdyby nie to, że mamy tylko od­mianę prostą, a nie „ukośną” (jak ma­wiał Jan Ja­nu­szowski, twórca pisma), i że jest zro­biony ce­lowo zgrzebnie i nie­równo, aby udawać od­bitkę na czer­panym, nie­równym pa­pierze. Ja w tym dziele nie chcę ni­czego udawać. Gdyby font miał li­tery oczysz­czone z nie­rów­ności, od­wzo­ro­wu­jące czyste cięcie gra­wera pun­conów, z pew­no­ścią bym go wy­brał. Nie po to jednak szu­kałem Baskerville’a o dużym kon­tra­ście kresek cien­kich i gru­bych, o wy­raźnym i ostrym świa­tło­cieniu cha­rak­te­ry­stycznym dla ba­roku, żeby teraz wy­brać krój za­prze­cza­jący tej kon­cepcji.
 W po­przed­niej od­po­wiedzi za­kła­dałem moż­li­wość zło­żenia tekstu ko­men­tu­ją­cego sylwę cał­ko­wicie od­miennym krojem pisma. Zro­biłbym skład pi­smem jed­no­ele­men­towym, ale nie su­chym, geo­me­trycznym czy sche­ma­tycznym w swej formie. Szu­kałbym po­między li­ne­ar­nymi an­ty­kwami ce­lowo „hu­ma­ni­zo­wa­nymi”, ta­kimi jak Gill Sans czy Syntax.

Wy­bra­łeś już od­powied­nie kroje, a na jakim pa­pie­rze chciał­byś je u­mie­ścić? A może za­sto­sował­byś kilka ro­dza­jów pa­pie­ru? Na­rzu­ca się myśl o twar­dej o­pra­wie, ale czy to rze­czy­wi­ście naj­lep­szy wybór? No i — za­kładając, że pro­fe­sor-​zle­cenio­daw­ca nie jest o­gra­ni­czony kon­wen­cja­mi — jaki for­mat tej książ­ce nadasz?

Wy­brałbym pa­pier cha­mois, np. stu­gra­mowy Munken Pure 13. Format B5, ucho­dzący za aka­de­micki byłby wzorem wiel­kości. Znor­ma­li­zo­wany format zmo­dy­fi­ko­wałbym jednak ob­ci­nając z boku, aby uczynić książkę wy­smukłą. Na wy­so­kość mo­głoby to być nawet 240 mm, bo spadów w tym wy­miarze nie prze­wi­duję, a na sze­ro­kość 160 mm. Twarda oprawa ca­ło­pa­pie­rowa, do­brze opor­ko­wana, z wy­raźnym i głę­bokim żłob­kiem i ładnie wy­oką­glonym grzbietem. Blok książki ciasno zszyty. Wszystko, co na­pi­sałem o in­tro­li­ga­tor­skiej ro­bocie, nie jest ja­kimś szcze­gólnym życze­niem. Tak za­wsze być po­winno. Jest to jednak zwykle naj­trud­niejsze do zro­bienia w na­szych dru­kar­niach i trzeba sta­rannie wy­brać za­kład, który ma do­brych fa­chowców w introligatorni.

Każdy rap­tu­larz ma swój nie­po­wta­rzal­ny cha­rak­ter, cza­sami znacz­nie róż­nią­cy się od in­nych rap­tu­larzy, pi­sa­nych w tym samym cza­sie. Czy my­ślisz, że przy tak da­le­ko i­dą­cym u­po­rząd­kowa­niu, jakie pro­ponu­jesz, u­da­ło­by się oddać tę o­ry­gi­nal­ność?

Pa­miętaj, że nie mamy na­śla­dować tych rę­ko­pisów, tylko je współ­cze­śnie wydać. Miałem już po­dobną sprawę z rę­ko­pisem Stryj­kow­skiego (XVI w.), jeszcze w cza­sach przed­kom­pu­te­ro­wych w PIW-​ie. Udawać i na­śla­dować się nie da, choć­byśmy się skichali.