Naświetlarnia | Typografia po polsku

Oznaczone tagiem „naświetlarnia”

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie pierwsze

1 czerwca 2009  [Instapaper Text] [Readability]

Można dys­ku­tować, wy­mą­drzać się, za­snąć lub bez­wiednie roz­dziawić gębę. Po prostu można się przy nim czuć swo­bodnie, nie na­ra­żając na żadne kon­se­kwencje. Spo­tkanie z An­drzejem To­ma­szew­skim prze­biega miło. Nie pa­miętam, aby było ina­czej. Za­pra­szam na pierwsze z dwóch, a może trzech czy dzie­sięciu — szczerze nie wiem. Ale chyba bę­dzie ciekawie.

Andrzej Tomaszewski
Fot. Marek Ryćko

Po­znałem cię w 2005 roku pod­czas Aka­de­mic­kiego Kursu Ty­po­grafii. Wsze­dłem spóź­niony na twój wy­kład o hi­storii pisma. Poza tym, że po­ka­zy­wałeś slajdy, prawie nic nie mó­wiłeś. Póź­niej, pod­czas wspól­nych, gru­po­wych spo­tkań poza wy­kła­dami, było więcej okazji do swo­bod­niej­szej wy­miany myśli. Roz­ma­wiało się o ty­po­grafii i o życiu. Pa­miętam, jak po­ka­załeś kiedyś pewną kłódkę na war­szaw­skim Pod­walu…

Kłódka, o którą py­tasz, ma ponad czter­dzie­sto­letnią hi­storię. Z moim ko­legą Krzysz­tofem Mar­cin­kie­wi­czem za­wie­si­liśmy ją ok. 1967 roku, a klu­czyk wrzu­ci­liśmy do ka­nału. By­liśmy wów­czas uczniami war­szaw­skiego Tech­nikum Po­li­gra­ficz­nego. Kłódka wi­siała spo­kojnie na ba­rierce mostku do lat 90., aż za­częto re­mon­tować mury Sta­rego Miasta. Za­dzwonił do mnie Krzy­siek, który mieszkał na Sta­rówce: „An­drzeju! Ja­kieś Blade Twarze zdjęły naszą kłódkę!” Na­tych­miast ku­piłem nową na ulicy od ro­syj­sko­ję­zycz­nego han­dlarza. Dobrą, nie­rdzewną. Po­je­chałem do Krzyśka i razem po­wie­si­liśmy na wy­re­mon­to­wanej ba­rierce. Klucz — oczy­wi­ście — wy­lą­dował w ka­nale. Kłódka jest czasem na­zy­wana Kłódką Wuja An­drzeja (to już za­sługa Romka, mo­jego sio­strzeńca miesz­ka­ją­cego od lat w Pa­ryżu).


Tech­nikum po­li­gra­ficzne, to chyba nie­ty­powy wstęp do za­wodu di­zaj­nera? Spo­śród ko­le­żanek i ko­legów, z któ­rymi dwa­dzie­ścia kilka lat póź­niej koń­czyłem po­dobne tech­nikum we Wro­cławiu, w branży po­zo­stała le­dwie garstka. Więk­szość zna­lazła się w szkole z przy­padku, tylko kilka osób było zwią­za­nych z po­li­grafią ro­dzinną tra­dycją. A jak to było z tobą?

Tech­nikum w la­tach 60. było do­sko­nałym wstępem do za­wodu. Wów­czas wła­śnie w dru­kar­niach od­by­wały się wszystkie pro­cesy przy­go­to­wawcze do druku. Wszystko, co dzi­siaj ro­bimy w Pho­to­sho­pach, Qu­ar­kach czy Il­lu­stra­to­rach, w RIP-​ach, sys­te­mach im­po­zy­cyj­nych oraz na­świe­tlar­niach, wy­ko­ny­wało się w dzia­łach reprodukcyjno-​fotograficznych, w ze­cer­niach, re­tu­szer­niach, kre­ślar­niach, chemi­grafiach, ko­piach of­f­se­to­wych i w wielu in­nych dzia­łach dru­karń, za­leżnie od sto­so­wa­nych tam tech­no­logii.
 Je­stem fa­cetem, który w doj­rzałym wieku sia­dając przed kom­pu­terem, już od razu wie­dział, co chce uzy­skać no­wymi na­rzę­dziami. Nikt nie mu­siał mi tłu­ma­czyć, czym jest ra­ster, za­lewka, triada, żywa pa­gina albo szewc lub bę­kart, czy też ga­tunki pa­pieru. To nie był, rzecz jasna, ko­niec mojej ty­po­gra­ficznej edu­kacji, ale po­czątek da­jący so­lidne pod­stawy za­wodu.


A skąd po­mysł na naukę w Tech­nikum Po­li­gra­ficznym? Wy­brałeś szkołę wła­śnie dla tych „so­lid­nych pod­staw”?

Jako go­łowąs nie my­ślałem o pro­jek­to­waniu ty­po­gra­ficznym. Chciałem być dru­ka­rzem. Chętka cał­kiem na­tu­ralna, bo mój oj­ciec był szefem tech­nicznym po­tężnej Spół­dzielni Wy­daw­ni­czej Czy­telnik i re­dak­torem mie­sięcz­nika Po­li­gra­fika, a mama pra­co­wała w wy­daw­nic­twie Wiedza Po­wszechna.
 Tak więc miałem dom pełen książek, a w per­spek­tywie kon­ty­nu­ację ro­dzinnej tra­dycji poligraficzno-​wydawniczej oraz pomoc w wielu fa­cho­wych pro­ble­mach. Sio­stra wy­lą­do­wała w Li­ceum Księ­gar­skim. Tata mo­jego przy­ja­ciela z po­dwórka był ko­le­ja­rzem i on po­szedł do Tech­nikum Ko­le­jo­wego. Tak wtedy często by­wało.


A więc jednak tra­dycja… Byłeś pilnym uczniem? Na pewno nie cho­dziłeś na wa­gary? I zo­stałeś w końcu dru­ka­rzem?

Oczy­wi­ście, że cho­dziłem na wa­gary. Pa­trząc na wa­gary z per­spek­tywy czasu, do­chodzę do wniosku, że są je­dyną sen­sowną formą buntu na­sto­latka, na­bur­mu­szo­nego prze­ciwko do­ro­słym, wtła­cza­jącym go w nisz­czące swo­bodę ramy co­dziennej, ru­ty­nowej i zor­ga­ni­zo­wanej nauki. Te­le­pały się we mnie jednak resztki roz­sądku i wa­ga­ro­wałem na przed­mio­tach, z któ­rych byłem dobry. Cho­dziłem zaś na lekcje, na któ­rych byłem słabszy, aby nie pro­du­kować do­dat­ko­wych kło­potów.
 Dru­ka­rzem zo­sta­wało się chcąc nie chcąc. W sze­ścio­dniowym ty­go­dniu pię­cio­let­niej nauki mie­liśmy trzy dni do­brze zor­ga­ni­zo­wa­nych warsz­tatów na sprzęcie uży­wanym po­wszechnie w dru­kar­niach. Były też wa­ka­cyjne prak­tyki w naj­praw­dziw­szych za­kła­dach, np. w Dru­karni im. Re­wo­lucji Paź­dzier­ni­kowej na­uczyłem się składać wzory ma­te­ma­tyczne (oło­wia­nymi czcion­kami oczy­wi­ście), a w Do­świad­czalnej Ofi­cynie Gra­ficznej PSP po­znałem ty­po­gra­ficz­nego guru, Leona Urbań­skiego, który trząsł całą dru­karnią. Ma­tura tego tech­nikum była war­to­ściowa. Z mojej klasy kilka osób bez pro­blemów zdało na dzienne studia i to na różne wy­działy: handlu za­gra­nicz­nego, ger­ma­ni­styki, hi­storii czy po­li­gra­ficznej in­ży­nierii.


Nie tylko dru­kować, ale też składać — czego jeszcze na­uczyłeś sie w tech­nikum? Czy był to tylko druk ty­po­gra­ficzny i skład ręczny?

Klasy były po­dzie­lone wg spe­cjal­ności — ja byłem w ze­cer­skiej. Jednak na lek­cjach tech­no­logii i ma­szy­no­znaw­stwa uczy­liśmy się o wszystkim. Tak więc wie­działem co trzeba o in­tro­li­ga­tor­stwie lub of­fsecie, ale za­jęcia prak­tyczne do­ty­czyły wy­branej spe­cjal­ności. Istotne były lekcje chemii i ma­te­ria­ło­znaw­stwa, które da­wały wiedzę na przy­szłość. Rzecz jasna, jak w każdym innym fachu, trzeba póź­niej stale śle­dzić no­wości tech­niczne i tech­no­lo­giczne, jeśli pra­cuje się w branży.
 Czy­tałem póź­niej m.in. cza­so­pisma za­wo­dowe, w któ­rych była rze­czy­wista wiedza prak­tyczna. Dzi­siaj są one głównie zbiorem marketingowo-​reklamowych ma­te­riałów i kro­niką in­sta­lacji urzą­dzeń w po­szcze­gól­nych dru­kar­niach, o co bardzo dbają pro­du­cenci sprzętu. Dzien­ni­karz za­wo­dowy nie może na­pisać, że np. farbą firmy X źle się dru­kuje na pa­pierze firmy Y, albo że ma­szyna Z nie sprawdza się pod­czas dru­ko­wania tego lub owego. Taki ar­tykuł nie prze­chodzi, bo mie­sięcznik nie do­stanie re­klam od firm za­in­te­re­so­wa­nych, a więc straci pod­stawy bytu. Zu­pełna pa­ra­noja.


To chyba uwaga głównie do Po­li­gra­fiki? W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych za­czy­ty­wałem się w niej. Potem za­czął z nią kon­ku­rować Świat Druku i kilka in­nych. Wszystkie dość szybko za­mie­niły się w cza­so­pisma re­kla­mowe aż… prze­stałem je ku­pować. Cza­sami na ho­ry­zoncie po­ja­wiło się ja­kieś war­to­ściowe pismo, które szybko zni­kało… Oprócz Czy­tel­nika, wła­śnie w Po­li­gra­fice pra­cował twój oj­ciec, Roman. Miał ogromny ty­po­gra­ficzny do­robek. Uczył pro­jek­to­wania pism na paru uczel­niach, wy­dawał Li­terę, za­łożył Ośrodek Pism Dru­kar­skich i przez wiele lat był ak­tywnym człon­kiem ATypI. Wy­gląda na to, że więk­szość za­wo­do­wych za­in­te­re­sowań prze­jąłeś wła­śnie od niego.

Rola i przy­kład ojca były nie do prze­ce­nienia w mojej drodze za­wo­dowej. Szcze­gólnie na jej po­czątku. Primo, za­szczepił mi au­ten­tyczną mi­łość do książek i pasję książ­ko­roba. Se­cundo, był nie­zgłę­bionym źró­dłem in­for­macji i wreszcie tertio, zna­ko­micie uła­twił mi start za­wo­dowy i zna­jo­mość śro­do­wiska drukarsko-​wydawniczego.
 Róż­nica między nami jest i po­zo­stanie, a z ojcem nie za­mie­rzam się „ścigać”. On był bar­dziej or­ga­ni­za­torem i kry­ty­kiem ty­po­grafii. Jego do­robek pu­bli­cy­styczny liczy ok. 440 po­zycji bi­blio­gra­ficz­nych. Był do­sko­nałym ju­rorem w mię­dzy­na­ro­dowym wy­miarze. Miał pre­cy­zyjne oko do roz­ma­itych gra­ficz­nych ko­rekt, wy­ko­rzy­sty­wane przez liczne grono gra­fików. Swoje prace pro­wa­dził sys­te­ma­tycznie — two­rzył ideę i ją re­ali­zował. Takim przy­kładem jest wy­cho­wanie grona pro­jek­tantów pism na war­szaw­skiej ASP i w Ośrodku Pism Dru­kar­skich. Ja działam ina­czej. Je­stem przede wszystkim pro­jek­tantem książek i re­dak­torem. Jednak moją żyłkę pu­bli­cy­styczną z pew­no­ścią ge­ne­tycznie mam po ojcu.
 Jest jeszcze jedna, fun­da­men­talna róż­nica. Kiedy ja, w wieku naj­bar­dziej na naukę od­po­wiednim stu­dio­wałem bi­blio­logię na uni­wer­sy­te­tach, prak­ty­ko­wałem w wy­daw­nic­twach i dru­kar­niach, ro­biłem kursy fo­to­składu i tech­no­logii, on działał w kon­spi­ra­cyjnej dru­karni, sie­dział na Ge­stapo w po­znań­skiej cy­ta­deli, w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych w Żabi­kowie i Mau­thausen, a potem z gruzów Szcze­cina i Wroc­ławia wy­do­bywał części ma­szyn dru­kar­skich.


Tech­nikum, studia, kursy, praca w drukarniach/​wydawnictwach, pu­bli­cy­styka… chyba nie ro­biłeś wszyst­kiego naraz? Kiedy do­stałeś pierwszą praw­dziwą pracę?

Zaraz po tech­nikum zda­wałem na dzienne studia hi­storii sztuki, na uni­wer­sytet. To była stra­ceńcza szarża (16 osób na jedno miejsce). Nie do­stałem się i z miejsca po­sze­dłem pra­cować do War­szaw­skiej Dru­karni Ak­cy­den­sowej. Miała dwa za­kłady: ty­po­gra­ficzny i of­f­se­towy. Po­sze­dłem do ze­cerni w ty­po­gra­ficznym. Mu­siałem wkom­po­nować się w ze­spół ru­ty­niarzy, bo tra­fiłem do do­brze zgranej grupy ro­biącej duże ta­bele i łamiącej wie­lo­stro­ni­cowe fol­dery dla cen­tral handlu za­gra­nicz­nego. Cała ze­cernia skła­dała się z trzech współ­pra­cu­ją­cych ze sobą części: ręcznej, li­no­ty­powej i mo­no­ty­powej — łącznie ok. 35 osób. Praca na dwie zmiany.


Za­li­czyłeś każdą? Dziś skład ko­jarzy się lu­dziom przede wszystkim z kom­pu­terem. Ale ty miałeś do czy­nienia z wier­szow­ni­kiem, ju­stun­kiem, czcion­kami, kla­wia­turą li­no­typu czy ta­strem… Czy mo­żesz opo­wie­dzieć jak się pra­cuje w ołowiu?

Nie, nie skła­dałem na kla­wia­turze li­no­typu i ta­stra mo­no­ty­po­wego. Było to tylko od­skła­dy­wanie wierszy tekstu wg reguł (które zresztą do­brze znałem) — po­wiedzmy — mi­kro­ty­po­grafia. Mnie na­to­miast bar­dziej po­cią­gało two­rzenie całej pu­bli­kacji. Wo­lałem więc pra­cować jako łamacz (me­trampaż). Wśród in­strukcji tech­nicz­nych, po­wy­le­pia­nych ma­kiet po­szcze­gól­nych stronic, ko­rekt, bu­do­wania oło­wia­nych ko­lumn z od­skła­da­nych już tek­stów, che­mi­gra­ficz­nych cyn­ko­wych ilu­stracji oraz ma­te­riału ju­stun­ko­wego, czułem się jak ryba w wo­dzie.
 Dzi­siejsze skła­danie w kom­pu­te­ro­wych pro­gra­mach jest dużo łatwiejsze i nie­po­rów­ny­walnie szybsze. Po­niżej za­sad­nicze róż­nice:
— brak ogra­ni­czeń wy­ni­ka­ją­cych ze sztywnej „pro­sto­kąt­ności” ka­wałków me­talu. Nie mo­głeś nic przy­sunąć bez cięcia, pi­ło­wania, lub szli­fo­wania;
— au­to­ma­tyczne na­rzę­dzia pro­gramów wy­ko­nują ju­sto­wanie. Wy­liczą za ciebie sze­ro­kości ele­mentów ko­lumny, ta­beli, ma­te­ma­tycznej for­muły itp. Ko­niecz­ność ze­sta­wienia ide­alnie wy­li­czo­nych pro­sto­kąt­nych ko­lumn była w ze­cer­stwie naj­waż­niejszą umie­jęt­no­ścią. Nie­równe, nie­do­li­czone ko­lumny i ich frag­menty sy­pały się pod­czas ma­ni­pu­lacji oraz dru­ko­wania na ma­szynie;
— nie trzeba prze­rzucać setek kil­ko­gramów ołowiu, np. po­pra­wiając ko­rektę;
— nie trzeba roz­bierać ko­lumn po wy­dru­ko­waniu w celu od­zy­skania cen­nego ma­te­riału ze­cer­skiego i złomu do prze­to­pienia;
— nie mu­sisz wdy­chać pyłów i oparów ołowiu.
A reszta, to wła­ściwie to samo.


A fo­to­skład? Hi­storia Do­nalda Knutha i jego kom­pu­te­ro­wego sys­temu składu — który opra­cował po­dobno pod wpływem nie­za­do­wo­lenia z pracy fo­to­skła­daczy nad jego książką — su­ge­ruje, że była to ciemna era ty­po­grafii. Czy to prawda?

Wręcz prze­ciwnie, to snop czy­stego światła! Re­wo­lucja, która spo­wo­do­wała gwał­towny rozwój tech­niczny w po­li­grafii, ze­rwanie z me­talem, cię­żarem oraz ogra­ni­cze­niami ma­terii. Dzi­siaj tech­niki dru­ko­wania wy­pu­kłego, z wy­jąt­kiem flek­so­grafii, znaj­dują się już w skan­senie dru­kar­stwa, a sprawił to fo­to­skład. Bez tej fazy tech­no­lo­gicznej nie by­łoby pro­gramów edy­tor­skich, fontów kom­pu­te­ro­wych, na­świe­tlarek i wy­daj­nych ska­nerów.
 Oczy­wi­ście fo­to­skład to tylko hasło. Nie można urzą­dzeń optycz­nych, skła­da­ją­cych pry­mi­tyw­nymi fo­to­ma­try­cami, po­rów­nywać z elek­tro­nicz­nymi urzą­dze­niami na­świe­tla­ją­cymi film li­ter­kami z lampy elektrono-​promiennej CRT. Tech­niki na­świe­tlania, spo­soby mon­tażu, przy­go­to­wanie blach of­f­se­to­wych — wszystko zmie­niało się jak w ka­lej­do­skopie.
 Pro­fesor Knuth miał nie­fart, jako autor pu­bli­kacji. Był ma­te­ma­ty­kiem i in­for­ma­ty­kiem, któ­rego prace wy­ma­gały umie­jęt­ności skła­dania no­wymi na­rzę­dziami, nie­przy­sto­so­wa­nymi jeszcze do ar­cy­trud­nych tek­stów. Tech­no­lo­gowie fo­to­składu pra­co­wali nad roz­wią­za­niami tech­nicz­nymi, mechaniczno-​optyczno-​elektro­nicznymi, a sprawom kom­pli­kacji ze­cer­skich po­świę­cano wów­czas mniej uwagi. Nie można już było złożyć wzoru ma­te­ma­tycz­nego ręcznie, ani sys­temem czte­ro­wier­szowym na mo­no­typie. Coś trzeba było wy­kom­bi­nować. Knuth to zrobił i za­mknął swój po­mysł w jednym spójnym sys­temie „cho­dzącym” na każdej plat­formie cy­frowej.


Mó­wimy, oczy­wi­ście, o TeX-​u. Za­rze­kałeś się wcze­śniej, że w od­róż­nieniu od ojca, zaj­mu­jesz się głównie re­dakcją i pro­jek­to­wa­niem książek. Ale prze­cież uczest­ni­czysz w pra­cach Pol­skiej Grupy Użyt­kow­ników Sys­temu TeX (któ­rego za­pewne uży­wasz na co dzień), jako członek za­rządu. Pro­wa­dzisz prze­różne warsz­taty i wy­kłady. Pi­sałeś bądź pi­szesz w fa­cho­wych cza­so­pi­smach. Na­pi­sałeś kilka książek (nawet w tej chwili jest w przy­go­to­waniu ko­lejna!). Zaj­mo­wałeś się też pro­jek­to­wa­niem i sys­te­ma­tyką pism dru­kar­skich.

A jednak mó­wiłem prawdę. Ina­czej są roz­ło­żone ak­centy i za­kręty za­wo­do­wych dróg — ojca i mojej. Mi­nęło już 16 lat odkąd po­znałem użyt­kow­ników sys­temu TeX. Sam go nie sto­suję, choć dużo o nim wiem. Z Te­Xow­cami je­stem w przy­jaźni i często wspólnie pra­cuję. Staram się w ich śro­do­wisku pro­pa­gować kul­turę ty­po­gra­ficzną, po­ka­zywać sens wy­daw­ni­czego pro­jek­to­wania i znaj­duję uważ­nych słu­chaczy. Po­ma­gają mi tacy wspa­niali lu­dzie z poza TeXa, jak: Adam Twar­doch, To­masz Bier­kowski, Mał­gosia Du­bo­wiak, Ro­bert Chwa­łowski i inni.
 Przed­miotem moich wy­kładów i warsz­tatów jest ty­po­grafia upra­wiana nie­za­leżnie od na­rzę­dzia. Quark, TeX, Corel, Il­lu­strator, wier­szownik czy mo­tyka — wszystko jest dobre tylko wów­czas, gdy ma się dobry po­mysł. Jest mi rów­nież bliska, pro­pa­go­wana przez mię­dzy­na­ro­dowe śro­do­wisko Te­Xowe, idea wol­nego opro­gra­mo­wania.


Człon­kowie GUST pod­jęli ini­cja­tywę udo­stęp­niania fontów, jako dobra pu­blicz­nego. Znaj­dują się wśród nich kroje przed laty uży­wane w skła­dzie go­rącym, jak Cy­klop, An­tykwa Pół­taw­skiego czy An­tykwa To­ruńska. Twórca ich fon­to­wych wersji, Ja­nusz M. No­wacki, wspo­mina cię w po­dzię­ko­wa­niach. Jak głę­boki był twój udział w ich po­wstaniu? Świa­do­mość two­jego du­żego do­świad­czenia w pro­jek­to­waniu i po­pra­wianiu pism, na­suwa rów­nież py­tanie: Gdzie można nabyć kroje przez ciebie za­pro­jek­to­wane lub spo­lo­ni­zo­wane, albo czy można je cho­ciaż obej­rzeć? Mó­wiąc o pi­smach dru­kar­skich, mam rów­nież na myśli ART — cóż to ta­kiego? — i Lek­sykon pism dru­kar­skich. Bardzo wiele osób, które grzebią w li­te­rach, chcia­łoby mieć tę książkę. Po­szu­kują jej w an­ty­kwa­ria­tach lub au­kcjach in­ter­ne­to­wych. Czy, wobec tego, ukaże się jej nowe wy­danie?

GU­STowne fonty po­wsta­wały w ciągu całej hi­storii tej or­ga­ni­zacji. Naj­większe za­sługi w ich two­rzeniu mają: Ja­nusz M. No­wacki, Bo­gu­sław Jac­kowski i Piotr Strzel­czyk — twórcy fon­to­wego pro­gramu Me­ta­Type opar­tego na ma­szy­nerii Te­Xo­wego Me­ta­Posta. Nie wy­łożę tu całej hi­storii kil­ku­nastu krojów pism, ale kto chce, może do­trzeć do dru­ko­wa­nych ar­ty­kułów na ten temat. Mój udział był skromny. Po­legał na szu­kaniu źródeł gra­ficz­nych, spo­ra­dycz­nych kon­sul­ta­cjach, te­stach fontów Type1 na Ma­kin­toszu, pro­pa­go­waniu ich na łamach prasy. Do­ty­czył głównie An­tykwy Pół­taw­skiego i krojów, które po­wstały na bazie Ku­riera, pro­jek­to­wa­nego w OPD.
 Nie bardzo wiem, jak po­wstał mit o pro­jek­to­waniu przeze mnie pism. Nigdy w życiu tego nie ro­biłem. Na­to­miast pra­cując dla SAD-​u (Apple Com­puter IMC Po­land) spo­lo­ni­zo­wałem ok. 900 fontów Type1. Sporo z nich można zo­ba­czyć we wkład­kach mie­sięcz­nika Wy­dawca z lat 19932003. Fonty z SAD-​u nie cho­dziły na PC-​tach, a po wej­ściu uni­ko­do­wych Open­Typów stały się już hi­storią.
ART — (A)ndrzej i ®oman (T)omaszewscy — to nazwa kla­sy­fi­kacji dru­kar­skich pism al­fa­betu łaciń­skiego, którą spo­rzą­dzi­liśmy wraz z ojcem. Jest jedną z wielu pro­po­no­wa­nych na świecie kla­sy­fi­kacji. Można się z nią za­po­znać m.in. w Lek­sy­konie pism dru­kar­skich. Lek­sykon po­wstał 13 lat temu. W dzie­dzinie tech­niki DTP, czas pędzi na łeb, na szyję. Książka wy­maga więc ak­tu­ali­zacji wielu haseł i do­pi­sania no­wych. To przy­naj­mniej rok in­ten­sywnej pracy, na którą nie mogę sobie po­zwolić, bo nie miałbym co do garnka włożyć.


Mimo to, pi­szesz inne książki — Za­piski książ­ko­roba, a teraz ko­lejna. Lu­dzie ga­dają, że to bę­dzie książka o… książ­kach? Twoje na­zwisko na pierw­szej stronie bę­dzie dla wielu osób wy­star­cza­jącym ar­gu­mentem do za­kupu, ale może są jeszcze ja­kieś? Kiedy i pod jakim ty­tułem szukać jej w księ­gar­niach? czego ocze­kiwać między okład­kami?

Do­brze lu­dzie ga­dają — rze­czy­wi­ście bę­dzie o książ­kach. Jest to ro­dzaj ad­no­to­wanej bi­blio­grafii. Na­zwałem ją bi­blio­grafią sen­ty­men­talną, a do­tyczy mojej pry­watnej bi­blio­teki. Opi­suję w niej książki z ich ce­chami in­dy­wi­du­al­nymi i za­war­to­ścią tre­ściową. Takie, które były dla mnie ważne, bu­do­wały za­wo­dową oso­bo­wość oraz wią­zały się z nie­któ­rymi wy­da­rze­niami. Książkę pro­jek­tuje Mał­gosia Du­bo­wiak, fo­to­grafie do niej zrobił Marek Ryćko, wstęp na­pisał Stefan Szczypka, a wy­dawać za­mierza Ro­bert Chwa­łowski.


Pro­jek­to­wanie książek, znaków dia­kry­tycz­nych, skła­danie i łamanie — w ołowiu i na kom­pu­terze — to wszystko umiesz. Umiesz też pisać i re­da­gować. Można by wy­snuć wniosek, że jak ktoś pro­jek­tuje albo przy­go­to­wuje książki, to po pewnym czasie zo­stanie pi­sa­rzem. Jednak stu­dio­wałeś bi­blio­logię — nie od razu po tech­nikum, a więc kiedy? Co no­wego wniosły studia? Czy po ich roz­po­częciu prze­rwałeś pracę w ze­cerni? Co było dalej?

Jak już wiesz, nie do­stałem się za pierw­szym razem na studia i po­sze­dłem do dru­karni. Byłem wtedy w takim wieku, w którym — bez zna­jo­mości w ko­misji re­kru­ta­cyjnej — bez­a­pe­la­cyjnie szło się do wojska. Od­słu­żyłem więc ku chwale oj­czyzny bite dwa lata na lot­nisku, w telefoniczno-​telegraficznej kom­panii. Na uni­wer­sytet zda­wałem z wojska. Na pi­semnym eg­za­minie wy­glą­dałem sen­sa­cyjnie — w mun­durze po­śród dziew­czę­cych bia­łych blu­ze­czek (mocno sfe­mi­ni­zo­wany kie­runek stu­diów).
 Stu­dio­wałem w War­szawie i we Wro­cławiu, ale stu­diów nie skoń­czyłem. Bardzo nie­pe­da­go­gicznie to za­brzmi, ale w któ­rymś mo­mencie uświa­do­miłem sobie, że nie tego chcę się uczyć, i że są cie­kawsze rzeczy do ro­bienia. Nigdy nie za­le­żało mi na stu­dio­waniu dla pa­pierka, na­to­miast dzięki stu­diom po­znałem kilka osób, które miały znaczny wpływ na moją dalszą, już in­dy­wi­du­alną, edu­kację.


In­dy­wi­du­alna edu­kacja? Czyżbyś jednak był out­si­derem? Od­ciętym od świata molem książ­kowym, po­chło­niętym wy­łącznie zdo­by­wa­niem wiedzy?

Nie, nie byłem na uboczu, cho­ciaż za­wsze po­ły­kałem książki. Zmie­niłem tylko teren dzia­łania, bo aka­de­mickie życie oka­zało się dla mnie nudne. Cią­gnęło mnie znowu do kon­kretnej pracy. Nie miejsce tutaj na ko­lejne CV, ale pra­co­wałem w po­li­grafii (m.in. Ośrodek Badawczo-​Rozwojowy) i wy­daw­nic­twach (m.in. PIW), prze­ży­wałem au­ten­tyczne bi­blio­teczne przy­gody in­te­lek­tu­alne, np. z XIX-​wiecznym ka­ta­lo­giem Bi­blio­teki Ja­giel­loń­skiej, uczyłem się fo­to­składu, pró­bo­wałem robić re­print atlasu He­we­liusza itp., itp. Przy tym za­ra­białem pie­niądze. Żyć, nie umierać. Nijak się to miało do sys­te­ma­tycznej uczel­nianej nauki.


No, a jak było z pu­bli­cy­styką? Za­cząłeś pi­sywać do cza­so­pism? W którym mo­mencie po­ja­wiło się Pro­Typo? Mo­żesz coś więcej o nim po­wie­dzieć?

Z hi­storią mojej pi­sa­niny można za­po­znać się na stronie in­ter­ne­towej, a po­czątek przed­sta­wiłem w Za­pi­skach książ­ko­roba. Pro­Typo po­wstało w czasie, gdy rządy Ma­zo­wiec­kiego i Bie­lec­kiego na­wo­ły­wały aby „brać sprawy w swoje ręce”. Na po­czątek za­ło­żyłem wy­daw­nictwo Pro Li­bris i przy fi­nan­sowej po­mocy ojca wy­dałem książkę dla dzieci Se­krety słów. Na­pi­sana przez moja sio­strę i jej przy­ja­ciela była la­tach 80. hitem Na­szej Księ­garni. Roz­sprze­dano wów­czas dwa duże na­kłady. Moje przed­się­wzięcie oka­zało się wielką klapą, o której przy­czy­nach długo by mówić.
 Drugą ini­cja­tywą Pro Li­bris była próba pu­bli­ko­wania kwar­tal­nika Pro­Typo. Miał na­wią­zywać do re­da­go­wanej nie­gdyś przez ojca Li­tery. Udało się wy­pu­ścić tylko pięć ze­szytów. Miałem 500 pre­nu­me­ra­torów, jednak żeby co naj­mniej „wyjść na zero” po­trzeba było ok. 900. Pró­bo­wałem ra­tować pismo or­ga­ni­zując z ojcem płatne se­mi­naria Pro­Typo. W 1992 roku od­były się dwu­krotnie w In­sty­tucie Wzor­nictwa Prze­my­sło­wego. Jako cie­ka­wostkę mogę podać, że koszt uczest­nictwa w drugim se­mi­na­rium wy­nosił 2 000 000 in­fla­cyj­nych zło­tych.
 Po­mimo kil­ku­nastu krze­pią­cych głosów i pod­trzy­mu­ją­cych na duchu przy­ja­ciół, mu­siałem zre­zy­gnować z Pro­Typo. Prze­ko­nałem się — biz­nes­menem nie zo­stanę. Zli­kwi­do­wałem firmę i roz­go­ry­czony, po­sze­dłem do nor­malnej, eta­towej pracy. 1992 był też ro­kiem śmierci mego ojca. Nie miałem już dla kogo się starać.


Ale czy eta­towa praca po­zwala na swo­bodę twórczą? We wła­snym wy­daw­nic­twie ty de­cy­do­wałeś, jak ma wy­glądać książka. Ty­po­graf na etacie jest pod tym względem trochę ubez­wła­sno­wol­niony. W nie­któ­rych wy­daw­nic­twach nie ma świa­do­mości, że książka po­winna być od­po­wiednio za­pro­jek­to­wana. Wobec tego, można by za­pytać, czy w ogóle warto zaj­mować się ty­po­grafią?

Za­leży, gdzie i z kim się pra­cuje. Są miejsca, które za­bi­jają oso­bo­wość. Są też takie, które sprzy­jają twór­czej pracy. Ja miałem szczę­ście do pra­co­dawców, czy pań­stwo­wych, czy to pry­wat­nych.
 Moje pro­jek­to­wanie książek za­częło się wła­śnie od eta­towej pracy, w la­tach 70. w Pań­stwowym In­sty­tucie Wy­daw­ni­czym, gdzie byłem kie­row­ni­kiem re­dakcji tech­nicznej. To czasy „przed­kom­pu­te­rowe” i o DTP się jeszcze nie śniło. Każdy ma­szy­nopis książki na­le­żało ad­iu­stować do składu w dru­karni, opisać ilu­stracje, przy­go­tować ma­kietę dla ze­cerów. PIW wy­dawał wtedy ponad 200 ty­tułów rocznie. Było więc co robić. Pra­cownią gra­ficzną wy­daw­nictwa kie­ro­wała nie­ży­jąca już Jo­lanta Ba­rącz, wów­czas znana gra­ficzka książ­kowa. Mając gra­fików za­trud­nio­nych eta­towo, współ­pra­co­wała do­dat­kowo ze zna­nymi twór­cami: Ja­nu­szem Stannym, Le­onem Urbań­skim, Ro­manem Cie­śle­wi­czem, Woj­cie­chem Freu­den­re­ichem, Janem Bo­kie­wi­czem i wie­loma in­nymi, którym za­le­żało na pracy dla PIW-​u. To wła­śnie Jo­lanta Ba­rącz dała mi pierwsze książki do za­pro­jek­to­wania od A do Z. Kon­taktom z gra­fi­kami oraz zna­ko­mi­tymi re­dak­to­rami za­wdzię­czam swoją wy­daw­niczą wiedzę i umie­jęt­ności. To były osoby-​instytucje, nie­którzy o cha­ry­zma­tycznym au­to­ry­tecie, np. re­dak­torzy Ma­rian Bizan i An­to­nina Je­licz. Wszystko to miałem w pracy na etacie.
 Dzi­siaj wy­da­wa­niem książek zaj­mują się często osoby za­wo­dowo nie­zbyt przy­go­to­wane. Nie ma już wiel­kich wy­daw­nictw za­trud­nia­ją­cych licz­nych fa­chowców, bo nie ma ta­kiej eko­no­micznej i tech­no­lo­gicznej po­trzeby. Wiele rzeczy robi się na ze­wnątrz, m.in. pro­jekty książek. Dużo więc za­leży od nas sa­mych: po­tra­fimy czy nie po­tra­fimy prze­konać wy­dawcę do cie­kaw­szej kon­cepcji, przed­stawić wi­zu­alnie i rze­czowo swój po­mysł, na­mówić na lepszy pa­pier lub in­tro­li­ga­tor­skie płótno, prze­konać do zmiany dru­karni albo na­świe­tlarni. Czyli, ge­ne­ralnie, za­leży od daru prze­ko­ny­wania i ta­kiego przed­sta­wienia sprawy, aby de­cy­dent chciał nas słu­chać. To trudne, ale umie­jęt­ności ne­go­cja­cyjne rosną wraz z do­świad­cze­niem za­wo­dowym. Czasem się nie udaje. Mówi się trudno — nie wy­szło z Ko­wal­skim, wyj­dzie z Wi­śniew­skim. Zdaję sobie sprawę, że młodzi lu­dzie mają więcej do stra­cenia. Dbają o małe dzieci, urzą­dzają gniazdka do­mowe i często, dla pie­niędzy, muszą coś robić prze­ciwko sobie. Póź­niej jednak, gdy la­to­rośle od­cho­wane i nie kapie na głowę, można trochę po­ma­ru­dzić, przyj­mując pracę.


Wy­daje mi się, że oso­bo­wość zawodowa/​artystyczna roz­wija się rów­nież poza pracą. Do­ra­stałeś w spe­cy­ficznej, twór­czej at­mos­ferze. Dziś także po­ru­szasz się w ja­kimś, kon­kretnym oto­czeniu. Jakie ono jest?

Kasia — żona — pe­dagog szkolny, ku­rator są­dowy; Ewa — córka — et­nolog (Uniw. War­szawski), ma­ster of art (Brunel Uni­wer­sity, London); Kleks — kot — obecny du­chem, choć prze­niósł się do lep­szego świata.
 Na­to­miast moje oto­czenie zawodowo-​towarzyskie tworzą głównie osoby zwią­zane z książ­kami. Są wśród nich bi­blio­te­karze, wy­dawcy, gra­ficy, li­te­raci, dru­karze, a ostatnio rów­nież księ­garze. Nie znaczy to, że z ludźmi in­nych za­wodów nie mam kon­taktu. Z in­ży­nierem bu­dowy dróg jeżdżę na grzyby, z ma­te­ma­ty­kiem robię re­print, z poetą piję wódkę, z par­kin­gowym, ger­ma­nistą i księ­gowym gram w szachy, kum­pluję się z so­cjo­lo­giem i hi­sto­ry­kiem, a także z pe­da­go­giem spe­cjalnym oraz sto­la­rzem w jednej osobie. Bardzo mnie cieszy, że nie muszę ob­racać się w śro­do­wisku pia­rowców, ma­na­gerów pro­duktu, za­rzą­dza­ją­cych marką itp. spe­cja­li­stów od so­cjo­tech­nicz­nego ma­ni­pu­lo­wania ludźmi. Nie in­te­re­suje mnie „od­kry­wanie świata nowej for­muły pio­rącej”, a więc pro­jek­to­wa­niem nie­zwią­zanym z książ­kami, np. re­kla­mowym, kor­po­ra­cyjnym czy han­dlowym w ogóle się nie zaj­muję.

cdn.