Introligator | Typografia po polsku

Oznaczone tagiem „introligator”

Gdański manuskrypt

27 stycznia 2011  [Instapaper Text] [Readability]

Kilka dni temu Mu­zeum Ar­che­olo­giczne w Gdańsku opu­bli­ko­wało in­for­mację o zna­le­zionym frag­mencie ma­nu­skryptu. Wy­do­byto go ze śre­dnio­wiecznej la­tryny, pod­czas prac wy­ko­pa­li­sko­wych przy ulicy Kle­szej w Gdańsku, w styczniu 2009 r. Trudno było od razu jed­no­znacznie stwier­dzić czym w rze­czy­wi­stości jest wy­glą­da­jący na ka­wałek dre­wienka skrawek per­ga­minu.
 Po prze­pro­wa­dzeniu serii badań wia­domo już, że mamy do czy­nienia z frag­mentem Wul­gaty. Nie ma na­to­miast pew­ności co do wieku zna­le­ziska. Ba­danie C‑14 wska­zuje na jego pięt­na­sto­wieczne po­cho­dzenie, jed­nakże To­masz Płó­ciennik (In­stytut Ar­che­ologii UW) za­uważa, że tekst za­pi­sano mi­nu­skułą ka­ro­lińską — uży­wano jej między IXXII wie­kiem — wobec czego wynik C‑14 można uznać za za­fał­szo­wany przez sub­stancje or­ga­niczne znaj­du­jące się w la­trynie.
 We­dług An­drzeja To­ma­szew­skiego (CO­BRPP) pismo jest praw­do­po­dobnie jakąś po­chodną lub od­mianą ka­ro­liny. Z jednej strony nie ma ty­po­wego dla niej pię­tro­wego «a» — z czego mo­głoby wy­nikać, że to młodszy skrypt (XII-​XIII w.), z dru­giej na­to­miast, dolna kluczka li­tery «g» (nie­zbyt wy­raźna) praw­do­po­dobnie jest otwarta, co jest ty­powe dla skryptów star­szych (przed X w.).
 Cha­rak­te­ry­styczne, że per­gamin za­pi­sano bardzo drobnym macz­kiem. Wy­so­kość ma­łych liter wy­nosi około mi­li­metra, a liter z wy­dłu­że­niami około dwóch. Lidia Psz­czół­kowska (Bi­blio­teka Gdańska PAN) zwraca uwagę, że w tak drobnym pi­śmie spe­cja­li­zo­wało się nie­wiele skryp­to­riów, co może być ścieżką do usta­lenia wła­ści­wego datowania.

Fragment IV Księgi Ezdrasza (recto, verso)
Frag­ment IV Księgi Ez­drasza (recto, verso), Mu­zeum Ar­che­olo­giczne w Gdańsku

Zna­le­ziony ka­wałek rę­ko­pisu jest ma­lutki — około 3×10 cm — a jednak bardzo cie­kawy. Za­wiera frag­ment IV Księgi Ez­drasza (dziś w Ko­ściele za­chodnim uznanej za apo­kryf, ale w śre­dnio­wieczu pa­nował spory ba­łagan w za­kresie treści i ka­no­nicz­ności po­szcze­gól­nych ksiąg Bi­blii, ist­niało wiele wersji Wul­gaty, a osta­teczne upo­rząd­ko­wanie w tej ma­terii wpro­wa­dzono wraz z Wul­gatą Kle­men­tyńską, do­piero pod ko­niec XVI w.), która w tłu­ma­czeniu łaciń­skim za­cho­wała się tylko w sze­ściu ko­dek­sach (VII-​XI wiek). Gdań­skie zna­le­zisko jest siódmym znanym prze­kazem tego tekstu. Jak mówi To­masz Płó­ciennik, prze­kład różni się od po­zo­sta­łych sze­ściu, w tek­ście do­ko­nano zmian re­dak­cyj­nych. Choć to ra­czej drobne po­prawki sty­li­styczne, mogą za­in­te­re­sować bi­bli­stów.
 Nie­stety, nie od­na­le­ziono in­nych części tego ko­deksu. Rodzi się jednak py­tanie, skąd frag­ment spi­sanej na per­ga­minie Bi­blii wziął się w tak mało sa­kralnym miejscu? Trudno po­wie­dzieć. Trzeba zdać sobie sprawę, że w śre­dnio­wieczu nie po­strze­gano za­bytków jak dzi­siaj — li­czyła się głównie war­tość użyt­kowa. Je­żeli księga nie nada­wała się do czy­tania, bo np. uległa znisz­czeniu, sta­wała się bez­war­to­ściowa, albo zmie­niała swoją funkcję. Częstą prak­tyką było uży­wanie sta­rych ma­nu­skryptów jako su­rowca in­tro­li­ga­tor­skiego, a prze­cież w XV wieku na te­renie Gdańska dzia­łało kilku lub kil­ku­nastu in­tro­li­ga­torów. Wy­kro­jony nożem skrawek per­ga­minu był za­pewne od­padem pro­duk­cyjnym — ma­ku­la­turą — który w la­trynie zna­lazł się przy­pad­kiem. Nie­wy­klu­czone, że w pod­czas prac ar­che­olo­gicz­nych w są­sied­nich kwa­te­rach zo­staną do­ko­nane od­krycia, które po­twierdzą ten sposób de­dukcji.
 Henryk Paner, dy­rektor gdań­skiego Mu­zeum Ar­che­olo­gicz­nego, prze­wi­duje, że za­bytek zo­stanie udo­stęp­niony zwie­dza­jącym już latem tego roku.

Najniższa stawka

3 września 2010  [Instapaper Text] [Readability]

Autor, re­daktor, re­daktor tech­niczny, łamacz, ko­rektor, dru­karz, in­tro­li­gator, księ­garz — tyle osób pra­cuje nad książką, zanim do­trze ona do czy­tel­nika. Po drodze może być jeszcze tłu­macz, ilu­strator, fo­to­graf i kilku in­nych pro­fe­sjo­na­li­stów. Jeśli każdy z nich do­brze wy­kona swoją ro­botę, na półce stanie dobra książka.
 Autor pisze bzdety, bo tego po­dobno chce czy­telnik, a na pewno wy­dawca. Re­daktor ze wstydu po­prawia pod pseu­do­nimem, a w po­śpiechu czyta co drugą stronę. Tech­niczny zo­stał zwol­niony, bo prze­cież nie był po­trzebny. Książki nie trzeba pro­jek­tować — wy­starczy ją złamać, zajmie się tym stu­dent in­for­ma­tyki. Łamanie zresztą nie jest trudne, wy­starczy wlać tekst w ramki i zrobić z tego pe­deefa. Ko­rek­torka, stu­dentka po­lo­ni­styki, znaj­duje błędy or­to­gra­ficzne na co dru­giej stronie, in­nymi się nie przej­muje, a praw­do­po­dobnie nawet o nich nie wie. Dru­karz, po­ga­niany przez szefa, spieszy się jak tylko może — pa­gi­nacja się nie zgadza? jak przy­go­to­wali, tak będą mieli! W in­tro­li­ga­torni oka­zuje się, że nie można do­brze oprawić, bo źle wy­dru­ko­wano, ale to nie wina in­tro­li­ga­tora, więc oprawia. Księ­garz do­staje go­tową książkę w dwóch eg­zem­pla­rzach, z nie­okre­ślonym ter­minem płat­ności i prawem zwrotu.
 Nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Czy to dla­tego za­miast książek mamy tyle ma­ku­la­tury? Skąd w prze­myśle wy­daw­ni­czym tak wielu nie­kom­pe­tent­nych ludzi? Ano z łapanki. Kto bę­dzie pra­cował za 13 pensji? No­wi­cjusz albo de­sperat.
 Już od wielu lat nie ist­nieją etaty, bez któ­rych kiedyś nie wy­obra­żano sobie pro­cesu wy­daw­ni­czego. W wy­daw­nic­twach książ­ko­wych re­daktor tech­niczny jest jak di­no­zaur. A czy ktoś wi­dział w ciągu ostat­nich dzie­sięciu lat re­wi­zorkę? Była pra­cow­ni­kiem dru­karni i to wła­śnie ona osta­tecznie za­twier­dzała do druku. Wy­ła­py­wała wszelkie błędy. Tra­fiał do niej każdy przy­rzą­dowy ar­kusz. Uważnie czy­tała, szu­kając błędów or­to­gra­ficz­nych, spraw­dzała ja­kość druku, pra­wi­dło­wość mon­tażu, po­rów­ny­wała z ma­kietą, kre­śliła przy po­mocy li­nijki, mie­rzyła. By­wało, że zrzu­cała ro­botę z ma­szyny.
 Dziś widać jeszcze jedną ten­dencję — do łączenia etatów. Od ko­rek­tora wy­maga się rów­nież re­dakcji. Re­daktor staje się tłu­ma­czem. Łamacz książki jest często jej pro­jek­tantem i tak dalej. Cza­sami po­wodem jest ko­niecz­ność, cza­sami am­bicja, a cza­sami chci­wość. Nie wątpię, że są uta­len­to­wane osoby, zdolne dużą część pro­cesu wy­daw­ni­czego zre­ali­zować sa­mo­dzielnie, ale często się oka­zuje, że… nie da rady. Le­piej po­stawić na koniach.

bookmaker