Archiwa tagu: introligator

Gdański manuskrypt

Kilka dni temu Muzeum Archeologiczne w Gdańsku opublikowało informację o znalezionym fragmencie manuskryptu. Wydobyto go ze średniowiecznej latryny, podczas prac wykopaliskowych przy ulicy Kleszej w Gdańsku, w styczniu 2009 r. Trudno było od razu jednoznacznie stwierdzić czym w rzeczywistości jest wyglądający na kawałek drewienka skrawek pergaminu.
 Po przeprowadzeniu serii badań wiadomo już, że mamy do czynienia z fragmentem Wulgaty. Nie ma natomiast pewności co do wieku znaleziska. Badanie C‑14 wskazuje na jego piętnastowieczne pochodzenie, jednakże Tomasz Płóciennik (Instytut Archeologii UW) zauważa, że tekst zapisano minuskułą karolińską — używano jej między IX a XII wiekiem — wobec czego wynik C‑14 można uznać za zafałszowany przez substancje organiczne znajdujące się w latrynie.
 Według Andrzeja Tomaszewskiego (COBRPP) pismo jest prawdopodobnie jakąś pochodną lub odmianą karoliny. Z jednej strony nie ma typowego dla niej piętrowego «a» — z czego mogłoby wynikać, że to młodszy skrypt (XII-XIII w.), z drugiej natomiast, dolna kluczka litery «g» (niezbyt wyraźna) prawdopodobnie jest otwarta, co jest typowe dla skryptów starszych (przed X w.).
 Charakterystyczne, że pergamin zapisano bardzo drobnym maczkiem. Wysokość małych liter wynosi około milimetra, a liter z wydłużeniami około dwóch. Lidia Pszczółkowska (Biblioteka Gdańska PAN) zwraca uwagę, że w tak drobnym piśmie specjalizowało się niewiele skryptoriów, co może być ścieżką do ustalenia właściwego datowania.

Fragment IV Księgi Ezdrasza (recto, verso)
Fragment IV Księgi Ezdrasza (recto, verso), Muzeum Archeologiczne w Gdańsku

 Znaleziony kawałek rękopisu jest malutki — około 3×10 cm — a jednak bardzo ciekawy. Zawiera fragment IV Księgi Ezdrasza (dziś w Kościele zachodnim uznanej za apokryf, ale w średniowieczu panował spory bałagan w zakresie treści i kanoniczności poszczególnych ksiąg Biblii, istniało wiele wersji Wulgaty, a ostateczne uporządkowanie w tej materii wprowadzono wraz z Wulgatą Klementyńską, dopiero pod koniec XVI w.), która w tłumaczeniu łacińskim zachowała się tylko w sześciu kodeksach (VII-XI wiek). Gdańskie znalezisko jest siódmym znanym przekazem tego tekstu. Jak mówi Tomasz Płóciennik, przekład różni się od pozostałych sześciu, w tekście dokonano zmian redakcyjnych. Choć to raczej drobne poprawki stylistyczne, mogą zainteresować biblistów.
 Niestety, nie odnaleziono innych części tego kodeksu. Rodzi się jednak pytanie, skąd fragment spisanej na pergaminie Biblii wziął się w tak mało sakralnym miejscu? Trudno powiedzieć. Trzeba zdać sobie sprawę, że w średniowieczu nie postrzegano zabytków jak dzisiaj — liczyła się głównie wartość użytkowa. Jeżeli księga nie nadawała się do czytania, bo np. uległa zniszczeniu, stawała się bezwartościowa, albo zmieniała swoją funkcję. Częstą praktyką było używanie starych manuskryptów jako surowca introligatorskiego, a przecież w XV wieku na terenie Gdańska działało kilku lub kilkunastu introligatorów. Wykrojony nożem skrawek pergaminu był zapewne odpadem produkcyjnym — makulaturą — który w latrynie znalazł się przypadkiem. Niewykluczone, że w podczas prac archeologicznych w sąsiednich kwaterach zostaną dokonane odkrycia, które potwierdzą ten sposób dedukcji.
 Henryk Paner, dyrektor gdańskiego Muzeum Archeologicznego, przewiduje, że zabytek zostanie udostępniony zwiedzającym już latem tego roku.

Najniższa stawka

Autor, redaktor, redaktor techniczny, łamacz, korektor, drukarz, introligator, księgarz — tyle osób pracuje nad książką, zanim dotrze ona do czytelnika. Po drodze może być jeszcze tłumacz, ilustrator, fotograf i kilku innych profesjonalistów. Jeśli każdy z nich dobrze wykona swoją robotę, na półce stanie dobra książka.
 Autor pisze bzdety, bo tego podobno chce czytelnik, a na pewno wydawca. Redaktor ze wstydu poprawia pod pseudonimem, a w pośpiechu czyta co drugą stronę. Techniczny został zwolniony, bo przecież nie był potrzebny. Książki nie trzeba projektować — wystarczy ją złamać, zajmie się tym student informatyki. Łamanie zresztą nie jest trudne, wystarczy wlać tekst w ramki i zrobić z tego pedeefa. Korektorka, studentka polonistyki, znajduje błędy ortograficzne na co drugiej stronie, innymi się nie przejmuje, a prawdopodobnie nawet o nich nie wie. Drukarz, poganiany przez szefa, spieszy się jak tylko może — paginacja się nie zgadza? jak przygotowali, tak będą mieli! W introligatorni okazuje się, że nie można dobrze oprawić, bo źle wydrukowano, ale to nie wina introligatora, więc oprawia. Księgarz dostaje gotową książkę w dwóch egzemplarzach, z nieokreślonym terminem płatności i prawem zwrotu.
 Nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Czy to dlatego zamiast książek mamy tyle makulatury? Skąd w przemyśle wydawniczym tak wielu niekompetentnych ludzi? Ano z łapanki. Kto będzie pracował za 1/3 pensji? Nowicjusz albo desperat.
 Już od wielu lat nie istnieją etaty, bez których kiedyś nie wyobrażano sobie procesu wydawniczego. W wydawnictwach książkowych redaktor techniczny jest jak dinozaur. A czy ktoś widział w ciągu ostatnich dziesięciu lat rewizorkę? Była pracownikiem drukarni i to właśnie ona ostatecznie zatwierdzała do druku. Wyłapywała wszelkie błędy. Trafiał do niej każdy przyrządowy arkusz. Uważnie czytała, szukając błędów ortograficznych, sprawdzała jakość druku, prawidłowość montażu, porównywała z makietą, kreśliła przy pomocy linijki, mierzyła. Bywało, że zrzucała robotę z maszyny.
 Dziś widać jeszcze jedną tendencję — do łączenia etatów. Od korektora wymaga się również redakcji. Redaktor staje się tłumaczem. Łamacz książki jest często jej projektantem i tak dalej. Czasami powodem jest konieczność, czasami ambicja, a czasami chciwość. Nie wątpię, że są utalentowane osoby, zdolne dużą część procesu wydawniczego zrealizować samodzielnie, ale często się okazuje, że… nie da rady. Lepiej postawić na koniach.

bookmaker