Gutenberg | Typografia po polsku

Oznaczone tagiem „Gutenberg”

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie trzecie, ostatnie

14 czerwca 2010

Trze­cie spo­tka­nie koń­czy cykl. Czy ty­po­gra­fia jest czę­ścią na­szego życia? Czy jest ważna? Na czym po­lega jej zna­cze­nie? Sty­kamy się z nią na co dzień, ale czy ją do­ce­niamy lub choćby do­strze­gamy? Mam na­dzieję, że wszystko, o czym z An­drze­jem To­ma­szew­skim mó­wi­li­śmy, sta­nowi ja­kąś po­moc dla pro­jek­tan­tów, a przy­naj­mniej inspirację.

Andrzej Tomaszewski
Fot. An­drzej Odyniec

Czy ist­nieje etyka za­wo­dowa ty­po­grafa?

Oczy­wi­ście, po­dob­nie jak w każ­dej pro­fe­sji. Je­żeli okre­ślimy ty­po­grafa, jako osobę zaj­mu­jącą się pro­jek­to­wa­niem i przy­go­to­wa­niem do druku (lub in­nego upo­wszech­nie­nia) pu­bli­ka­cji, to jego za­cho­wa­nia etyczne do­ty­czą głów­nie trzech re­la­cji mię­dzy­ludz­kich:
1) pomiędzy ty­po­gra­fem a autorem-​nadawcą opra­co­wy­wa­nego ko­mu­ni­katu (tre­ści tek­sto­wej lub iko­no­gra­ficz­nej);
2) typografem a od­biorcą ko­mu­ni­katu, czyli czy­tel­ni­kiem tre­ści;
3) wreszcie re­la­cji z dru­ka­rzem jako wy­twórcą pu­bli­ka­cji na pod­sta­wie pracy ty­po­grafa.
 Świa­do­mie po­mi­jam tu wszel­kie kwe­stie zwią­zane z re­la­cją zle­ce­nio­dawca – zle­ce­nio­biorca, po­nie­waż re­gu­lo­wane są od­po­wied­nimi prze­pi­sami praw­nymi oraz umo­wami o dzieło. Rów­nież pro­ble­ma­tyka prawa au­tor­skiego lub pa­ten­to­wego jest sze­roko opi­sana w li­te­ra­tu­rze prawno-​zawodowej. Skupmy się więc na wy­żej wy­mie­nio­nych trzech punk­tach.
 Ad 1) Imperatyw mo­ralny spro­wa­dza się do tego, że po­dej­mu­jąc się opra­co­wa­nia ko­mu­ni­katu (ulotki re­kla­mo­wej, ar­ty­kułu na­uko­wego, ar­ku­sza po­etyc­kiego, książki te­le­fo­nicz­nej, pro­gramu te­atral­nego, bi­letu na mecz, le­gi­ty­ma­cji par­tyj­nej czy in­nego druku) mamy obo­wią­zek do­głęb­nie po­znać in­ten­cje au­tora i jego ocze­ki­wa­nia. Prze­ko­ny­wa­nie autora-​nadawcy ko­mu­ni­katu do wła­snych kon­cep­cji es­te­tycz­nych i wi­zu­al­nych ma swoje gra­nice. Nie można przy­go­to­wy­wać pu­bli­ka­cji wbrew woli nadawcy. Zbyt czę­sto bywa, że po­wstaje pro­dukt, w któ­rym prze­staje on być au­to­rem prze­ka­zy­wa­nej tre­ści lub to, co chciał prze­ka­zać, ulega de­for­ma­cji.
 Ad 2) Końcowy od­biorca tre­ści, a więc jej czy­tel­nik, ni­gdy nie po­wi­nien umknąć uwa­dze pro­jek­tanta. Naj­prost­sza i w miarę ja­sna jest tu kwe­stia nie­utrud­nia­nia per­cep­cji ko­mu­ni­katu, a więc za­cho­wa­nia wa­lo­rów czy­tel­no­ści, roz­po­zna­wal­no­ści i rze­mieśl­ni­czej ja­ko­ści pu­bli­ka­cji. Na­to­miast są sprawy, które mu­simy roz­wa­żać we wła­snym su­mie­niu. Na­leżą do nich np.: opra­co­wy­wa­nie tre­ści fał­szy­wych lub wąt­pli­wych mo­ral­nie, uczest­nic­two w oszu­stwach po­li­tycz­nych lub mar­ke­tin­go­wych, an­ty­edu­ka­cja es­te­tyczna i pro­pa­go­wa­nie ki­czu — z ta­kich de­cy­zji żaden pro­jek­tant nie może czuć się zwol­niony. Sam wy­biera: do­chód czy re­zy­gna­cja z so­cjo­tech­nicz­nej blagi, pie­nią­dze na ubra­nie dla dziecka czy od­rzu­ce­nie pro­po­zy­cji łama­nia por­nosa, fajne wa­ka­cje czy od­mowa pro­duk­cji ulo­tek pi­ra­midy fi­nan­so­wej. Ale po­dobne de­cy­zje są, rzecz ja­sna, udzia­łem lu­dzi wielu za­wo­dów.
 Ad 3) Do nie­dawna sprawa była ja­sna — całe przy­go­to­wa­nie pro­duk­cji od­by­wało się w dru­karni i po­li­graf… jak so­bie po­ście­lił, tak się wy­spał. Dzi­siaj pracą w dru­karni „rzą­dzą” przy­go­to­wane przez nas pliki post­scrip­towe, pe­de­efy, in­struk­cje szcze­gó­łowe i wszel­kie wy­ma­ga­nia po­cho­dzące spoza dru­karni. Jest rze­czą bar­dzo ważną, aby za­cho­wać od­po­wied­nie sto­sunki in­ter­per­so­nalne z tech­no­lo­gami dru­karń i in­nymi pra­cow­ni­kami po­li­gra­fii, kon­sul­to­wać sprawy trudne, wspól­nie po­dej­mo­wać kło­po­tliwe tech­no­lo­gicz­nie de­cy­zje itp. Oczy­wi­ście nie zna­czy to, aby re­zy­gno­wać z wy­ma­gań ja­ko­ścio­wych lub prób wpro­wa­dze­nia ja­kiejś in­no­wa­cji. Niby zro­zu­miała, ludzka sprawa, a jed­nak po­wszechne są z jed­nej i dru­giej strony za­cho­wa­nia pełne pre­ten­sji, zło­śli­wo­ści i ir­ra­cjo­nal­nych po­staw w ro­dzaju: na złość ma­mie od­mrożę so­bie uszy.
 Za­sta­na­wiam się, czy można mó­wić o eto­sie śro­do­wi­ska ty­po­gra­fów. My­ślę, że jest on ści­śle zwią­zany z wie­lo­wie­ko­wym zna­cze­niem dru­kar­skiej pro­fe­sji. W dru­kar­skich spra­wach ist­nieje etos za­wodu, w in­ter­ne­to­wych jesz­cze się nie wykształcił.

Etos. Wielu pro­jek­tan­tów — ba, wielu dru­ka­rzy — nie ma o nim po­ję­cia. Kie­dyś prawo na­zy­wa­nia się to­wa­rzy­szem sztuki dru­kar­skiej było wy­ra­zem dumy i od­po­wie­dzial­no­ści. Drukarz-​typograf był zo­bo­wią­zany… No wła­śnie, czy etos upada? Mo­żesz go jesz­cze bar­dziej przybliżyć?

Jest ars między inszymi taka, iż nie tylko plebeium,
ale vere ipsum nobilem nie szkaradzi.

Bar­tosz Pa­procki: Herby ry­cer­stwa pol­skiego, Kra­ków 1584

O kim tak pięk­nie mó­wił zna­ko­mity szes­na­sto­wieczny polsko-​czeski he­ral­dyk? O nas! O dru­ka­rzach mia­no­wi­cie (w pierw­szych wie­kach dru­kar­stwa łac. ty­po­gra­phus = dru­karz). Pi­sał to już po­nad sto lat po uru­cho­mie­niu ofi­cyny mo­gunc­kiego miesz­cza­nina Jo­han­nesa Gu­ten­berga.
 Szla­chet­nie uro­dzo­nym ho­nor nie po­zwa­lał pa­rać się rze­mio­słem. Po­dobne za­ję­cie gro­ziło wręcz utratą szla­chec­twa. No­bi­les byli człon­kami ry­cer­skiego stanu i mo­gli tru­dzić się tylko w mi­li­tar­nej po­trze­bie albo za­rzą­dzać ma­jąt­kiem. Tym­cza­sem w XVI stu­le­ciu — zło­tym wieku pol­skiego dru­kar­stwa — znaj­du­jemy przy­kłady wy­nie­sie­nia ple­be­ju­szy do stanu szla­chec­kiego, wła­śnie spo­śród grona dru­ka­rzy.
 Naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nym przy­kła­dem jest no­bi­li­ta­cja Jana Łazarzowica-​Januszowskiego, by­łego se­kre­ta­rza kró­lew­skiego Zyg­munta Au­gu­sta, hu­ma­ni­sty i twórcy ory­gi­nal­nego kroju czcio­nek — No­wego ka­rak­teru pol­skiego. Syn dru­ka­rza Łaza­rza An­dry­so­wica zo­stał dzie­dzi­cem słyn­nej kra­kow­skiej Ofi­cyny Łaza­rzo­wej — kon­ty­nu­ują­cej tra­dy­cje warsz­tatu re­ne­san­so­wego ty­po­grafa Hie­ro­nima Wie­tora. Na sej­mie w 1588 roku Ja­nu­szow­ski uzy­skał in­dy­ge­nat szla­checki wraz z her­bem Kło­śnik (Rola), a dwa lata póź­niej od Zyg­munta III Wazy ty­tuł Ar­chi­ty­po­grafa wraz z przy­wi­le­jami.
 Mamy też inne przy­padki. Uszlach­cono Wa­len­tego Łapkę-​Łapczyńskiego, który tło­czył w dru­karni wę­drow­nej (tzw. la­ta­ją­cej), to­wa­rzy­szą­cej wy­pra­wom wo­jen­nym Ste­fana Ba­to­rego. Łapka w po­trze­bie po­rzu­cał swoje czcionki i chwy­tał za oręż. Na­wia­sem mó­wiąc, na jego pra­sie w War­sza­wie wy­dru­ko­wano po raz pierw­szy „Od­prawę po­słów grec­kich” Jana Ko­cha­now­skiego. Przy­pu­ścił go do herbu Je­lita wielki kanc­lerz i het­man ko­ronny Jan Za­moy­ski.
 No­bi­lami zo­stali po­tom­ko­wie kra­kow­skich Szar­fen­ber­gów, szlach­ci­cem był Ra­fał Skrzetuski-​Hoffhalter — dru­karz w Au­strii i na Wę­grzech, także Cy­prian Ba­zy­lik — kom­po­zy­tor [rów­nież po­eta; przyp. red.] i wła­ści­ciel dru­karni, Sta­ni­sław Koc­my­rzow­ski no­bi­li­to­wany przez ce­sa­rza Le­opolda I w Wied­niu oraz kilku in­nych przed­sta­wi­cieli na­szej pro­fe­sji.
 Stąd wła­śnie na­zwa — to­wa­rzysz. Na po­do­bień­stwo np. to­wa­rzy­szy pan­cer­nych w hu­sa­rii, albo też grona osób szla­chet­nych, któ­rzy dru­ka­rzy alias ty­po­gra­fów do­pusz­czali chęt­nie do swego to­wa­rzy­stwa.
 God­ność to­wa­rzy­sza sztuki dru­kar­skiej zdo­by­wało się ciężką, dłu­go­let­nią pracą uwień­czoną ak­tem rze­mieśl­ni­czych „wy­zwo­lin” spod wła­dzy drukarza-​pryncypała. My­ślę że warto o tym przy­po­mnieć, bo po­dobne im­pon­de­ra­bi­lia zwią­zane z za­wo­dową dumą miesz­czą się w sze­roko po­ję­tym eto­sie drukarstwa.

A więc upra­wiamy szla­chetny za­wód. Ale czy dru­kar­ski (ty­po­gra­ficzny) etos — po­dob­nie, jak słowo „to­wa­rzysz” — nie zo­stał zbru­kany?

Etos może nie tyle zo­stał zbru­kany, co za­po­mniany. Za­wód dru­ka­rza, ty­po­grafa, od po­czątku swego ist­nie­nia od­bie­rany był jako swego ro­dzaju kul­tu­rowa mi­sja. Dru­kar­stwo stało się spo­so­bem re­je­stro­wa­nia i prze­ka­zy­wa­nia zdo­by­czy cy­wi­li­za­cji. Za­pew­niło mię­dzy­po­ko­le­niowy kon­takt in­te­lek­tu­alny. Druk dał lu­dziom no­wo­cze­sny spo­sób po­rząd­ko­wa­nia my­śli. Tempo pracy drukarsko-​wydawniczej po­zwala na bie­żąco re­ago­wać w spra­wach po­li­tycz­nych, na­uko­wych, ar­ty­stycz­nych czy edu­ka­cyj­nych, a każda dzie­dzina wy­kształ­ciła so­bie wła­ściwe formy pu­bli­ka­cji. Nie jest przy­pad­kiem, że np. Cen­tralny Ośro­dek Badawczo-​Rozwojowy Prze­my­słu Po­li­gra­ficz­nego, w któ­rym pra­cuję, pod­lega Mi­ni­ster­stwu Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego.
 Na­wet je­śli po­pa­trzymy na po­li­gra­fię zwią­zaną z mar­ke­tin­go­wym ob­sza­rem dzia­ła­nia: dru­ko­wa­niem opa­ko­wań, ety­kiet, pro­spek­tów, fol­de­rów re­kla­mo­wych itp., mo­żemy do­strzec w niej na­rzę­dzie kre­owa­nia gu­stów spo­łecz­nych, pre­fe­ren­cji es­te­tycz­nych, czy wręcz za­cho­wań mo­ral­nych.
 Pa­trzę jed­nak opty­mi­styczne w przy­szłość, bo chyba pięk­no­du­chy nie dały się do końca po­ko­nać wszech­ogar­nia­ją­cej ko­mer­cji. Dzia­ła­nia wielu osób lub in­sty­tu­cji kra­jo­wych i za­gra­nicz­nych po­zwa­lają na taki optymizm.

Ale nie da się wrę­czyć etosu przy­szłym dru­ka­rzom czy ty­po­gra­fom ra­zem ze świa­dec­twem ukoń­cze­nia szkół. To jest prze­cież zbiór za­cho­wań i wła­ściwy tylko dla człon­ków śro­do­wi­ska spo­sób my­śle­nia, któ­rego się czło­wiek uczy od swo­ich men­to­rów.

My­ślę, że można po­ku­sić się o „wrę­cza­nie” etosu w szko­łach. Wszystko za­leży od na­uczy­cieli. Młody czło­wiek jest szcze­gól­nie po­datny na su­ge­stie do­ty­czące za­cho­wań i życio­wych po­staw. Jego oso­bo­wość jest jesz­cze czy­stą, nie­za­pi­saną kartą. Po­zba­wiony wzor­ców chło­nie jak gąbka np. wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury. Je­śli jed­nak na­uczy­ciele nie będą po­tra­fili wy­zwo­lić sa­tys­fak­cji z wy­ko­ny­wa­nej pracy i dumy z za­wodu, to oczy­wi­ście nic z tego nie bę­dzie.
 Zwróć uwagę, że obaj od­czu­wamy po­trzebę do­war­to­ścio­wa­nia ty­po­gra­fii. Twoje py­ta­nia i moje od­po­wie­dzi są tego naj­lep­szym do­wo­dem. Prze­cież po­win­ni­śmy ra­czej roz­ma­wiać o li­ter­kach, ty­tu­la­riach i pa­gi­nach. A my co?

Wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury, a słowo na­uczy­ciela… An­drzeju, sam prze­cież cho­dzi­łeś na wa­gary. Co było bar­dziej in­te­re­su­jące — teo­ria (szkoła), czy prak­tyka (dru­kar­nia)? Gdzie z tym eto­sem się można było za­po­znać? Sta­rzy maj­stro­wie nie wy­kła­dali go prze­cież zza biurka, a ra­czej sami go kul­ty­wo­wali. A nie by­wało też tak, że etos w dru­ka­rzu się wy­czer­py­wał i trzeba było go uzu­peł­nić, po­pi­ja­jąc szkla­neczką?

Masz ra­cję. Ja mia­łem w ro­zu­mie „na­uczy­ciela” w sen­sie ogól­niej­szym, ale w szkol­nym kon­tek­ście wy­szło, jak wy­szło. Nie­mniej w moim tech­ni­kum było dwóch, trzech na­uczy­cieli, któ­rzy wręcz za­ra­żali sza­cun­kiem i sym­pa­tią dla za­wodu. Inż. Jan Barszcz, przed­wo­jenny ma­szy­ni­sta ty­po­gra­ficzny, uczył ma­szy­no­znaw­stwa, a opo­wia­dał nam o spo­tka­niach z nie­zwy­kłymi oso­bami w dru­karni (na­wet o wie­wiórce bie­gną­cej po pa­sie trans­mi­syj­nym po­śpiesz­nej ma­szyny). Po­lo­nistka Zo­fia Cie­cha­now­ska pod­po­wia­dała, gdzie są wy­stawy ksią­żek, im­prezy wy­daw­ni­cze, spo­tka­nia z au­to­rami. My­ślisz, że nie cho­dzi­li­śmy? W ni­czym nam to nie prze­szka­dzało iść po­tem na mecz, na randkę albo na pry­watkę. Jan Jużda, na­uczy­ciel z ze­cerni, ho­łu­bił czcio­neczki i uczył wi­dzieć w nich coś wię­cej, niż ka­wa­łek brud­nego me­talu. Na fi­zyce, gdy była mowa o świe­tle i bar­wach, po­szli­śmy do Za­chęty na film o cza­ro­wa­niu ko­lo­rami przez ma­la­rzy im­pre­sjo­ni­zmu. Itd., itd.
 Od na­uczy­cieli wiele za­leży. Nie twier­dzę, że z mo­jej klasy wy­szli sami ar­ty­ści i mi­ło­śnicy czar­nej sztuki. Jed­nak kilka du­szy­czek zo­stało zło­wio­nych na całe życie. Przy naj­bar­dziej brud­nej ze­cer­skiej ro­bo­cie, albo przy mie­sza­niu farby, przy my­ciu wal­ców ma­szyny dru­kar­skiej, na­prawdę czu­li­śmy się pra­cow­ni­kami kul­tury. Być może brzmi to gór­no­lot­nie, ale tak bywa, gdy chce się wy­po­wie­dzieć, co się czuje.
 Mi­strzo­wie, sta­rzy wy­ja­da­cze w dru­kar­niach, to jesz­cze inna sprawa. Wów­czas nie­któ­rzy pa­mię­tali jesz­cze przed­wo­jenne czasy, gdy Pan Ze­cer wy­cho­dził po wy­pła­cie z dru­karni ga­ze­to­wej i za­ma­wiał dwie do­rożki. W pierw­szej je­chała la­ska i me­lo­nik, a w dru­giej Pan Ze­cer. Oczy­wi­ście nie je­chał pro­sto do domu, ale do ulu­bio­nego lo­kalu, aby z ko­leż­kami po­krze­pić się ja­kimś we­so­łym na­po­jem. Pa­no­wało bo­wiem ni­czym nie uza­sad­nione, a jed­nak po­wszechne mnie­ma­nie, że al­ko­hol jest świetną od­trutką na tlenki oło­wiu wdy­chane w znacz­nych daw­kach w dru­kar­niach. Znaczne dawki oło­wiu wy­ma­gały znacz­nych da­wek trunku.

Ręka rękę myje, a wszy­scy je­dziemy na tym sa­mym wózku. Być może ja­kieś po­czu­cie za­wo­do­wej jed­no­ści jest nam po­trzebne. Tylko po co?

Nie lu­bię po­rze­ka­dła „ręka rękę myje”, bo ko­ja­rzy się z si­twą albo kliką. Na­to­miast wspól­nota in­te­re­sów pro­jek­tan­tów, dru­ka­rzy, re­dak­to­rów czy mar­ke­tin­gow­ców jest fak­tem i wy­nika ze wspól­nej pracy nad fi­nal­nym pro­duk­tem.
 Dru­karz dru­ka­rza czy pro­jek­tant pro­jek­tanta może trak­to­wać jako kon­ku­ren­cję za­gra­ża­jącą wła­snym in­te­re­som. Za­wsze tak było i bę­dzie. Hi­sto­ria walki o przy­wi­leje dru­kar­skie XVI-​wiecznych kra­kow­skich ty­po­gra­fów prze­ciwko he­ge­mo­nii Hal­lera jest tego naj­lep­szym do­wo­dem. Jed­no­cze­śnie nie brak przy­kła­dów współ­pracy dru­ka­rzy w tam­tym okre­sie: wspól­nego ko­rzy­sta­nia z za­so­bów ty­po­gra­ficz­nych, mię­dzy­dru­kar­nia­nego współ­dzia­ła­nia fa­chow­ców i ich pryn­cy­pa­łów.
 Nie ma zresztą po­trzeby się­gać do przy­kła­dów z tak od­le­głych cza­sów. Wiemy prze­cież, że dzi­siaj pra­cu­jemy tu­taj, a ju­tro gdzie in­dziej, że za­kłady po­dej­mują ko­ope­ra­cję, że ist­nieje sze­roka wy­miana do­świad­czeń po­przez kon­fe­ren­cje, se­mi­na­ria, targi, in­ter­net, spo­tka­nia to­wa­rzy­skie. Nie ma więc sensu walka z in­nymi oraz kwasy i nie­chęć do osób dzia­ła­ją­cych w na­szej pro­fe­sji. Wcze­śniej czy póź­niej od­bija się to czkawką lub śro­do­wi­sko­wym ostracyzmem.

Przy­kłady do­brego i złego pro­jek­to­wana ty­po­gra­ficz­nego znaj­du­jemy nie­mal w każ­dym me­dium. Wszę­dzie, gdzie po­ja­wia się ja­ki­kol­wiek prze­kaz, za­zwy­czaj po­ja­wia się rów­nież tekst, a je­śli jest to tekst pi­sany (dru­ko­wany, wy­świe­tlany etc.) już mamy do czy­nie­nia z ty­po­gra­fią. Wy­daje się, że jest ona wszech­obecna, ale bar­dzo czę­sto igno­ro­wana. Wielu pro­jek­tan­tów we­szło do za­wodu przez ukoń­cze­nie szkoły wyż­szej, ale chyba więk­sza część jest sa­mo­ukami. Dziś można zdo­by­wać wie­dzę o pro­jek­to­wa­niu np. w cza­so­pi­smach dla gra­fi­ków czy róż­nych in­ter­ne­to­wych po­rad­ni­kach. Od czasu do czasu or­ga­ni­zo­wane są kon­fe­ren­cje albo warsz­taty pro­jek­towe, w któ­rych udział bywa bar­dzo kosz­towny. Jak i gdzie naj­le­piej zdo­by­wać wie­dzę na te­mat pro­jek­to­wa­nia w ogóle? jak i gdzie na te­mat ty­po­gra­fii?

Ilość in­for­ma­cji, jaka do­ciera do nas w dzi­siej­szych cza­sach osią­gnęła masę kry­tyczną. Co­raz czę­ściej łapiemy się na omi­ja­niu wzro­kiem re­klam, wy­rzu­ca­niu nie­czy­ta­nych dru­ków, „wy­łą­cza­niu” swo­ich re­cep­to­rów w na­dziei na nieco spo­koju oraz aby ze­brać i usły­szeć wła­sne my­śli. Ale nic z tego! Oto przy­słali znowu SMS, mu­sisz spraw­dzić ma­ile, do ki­bla i do łazienki bie­rzesz te­le­fon, z te­le­wi­zora wrzesz­czy gło­śniej emi­to­wana re­klama, itd., itd. Jesz­cze pró­buję się z tym bo­ry­kać. Mam jed­nak ko­le­gów, któ­rzy już się pod­dali i tylko od czasu do czasu, jak bły­ska­wica prze­la­tuje im myśl: Boże, jesz­cze kilka lat temu czy­ta­łem Kon­wic­kiego i He­gla, a te­raz we łbie no­szę błoto.
 Pi­szesz o złej i do­brej ty­po­gra­fii wo­kół nas. Tak jest. Za­wsze było po­dob­nie i naj­pew­niej długo bę­dzie. Bę­dzie zły ty­po­graf i do­bry. Bę­dzie zły i do­bry mu­rarz, zły le­karz i ko­no­wał. Ale ja so­bie zro­bi­łem z ja­ko­ści ty­po­gra­fii wła­sną, pry­watną ma­szy­ne­rię se­lek­cyjną. Mia­no­wi­cie na­uczy­łem się nie czy­tać nie­chluj­nych tek­stów i od­rzu­cać je, jak od­rzuca się pod­gniłe tru­skawki. Nadawca tek­sto­wego ko­mu­ni­katu, dla któ­rego wszystko jedno, że cu­dzy­słów w pol­skim tek­ście jest an­giel­ski, albo nie roz­róż­nia myśl­nika i łącznika, czy też pi­sze słowa po­spo­lite wielką li­terą a imiona wła­sne małą, jest przeze mnie na wstę­pie „zwol­niony”. On nie pi­sze do mnie, ale do ja­kie­goś bez­ro­zum­nego plebsu. Do ludz­kiej tłusz­czy, która po­dob­nie jak on za­po­mniała już, czego uczono w pod­sta­wówce. Od­bie­ram to jako wci­ska­nie kitu lub czę­sto­wa­nie tek­stem nie­przy­go­to­wa­nym, a więc — naj­praw­do­po­dob­niej nie­wia­ry­god­nym.
 Sza­cu­nek dla pi­sma two­rzy ty­po­grafa. Trzeba zro­zu­mieć jego fe­no­men, do­strze­gać piękno, znać i sto­so­wać za­sady pi­sowni, czuć du­cha hi­sto­rii pi­sma i no­wo­cze­sno­ści. Bez uży­cia pi­sma, klu­czo­wego wy­na­lazku ziem­skiej cy­wi­li­za­cji, nie spo­sób utrwa­lić żad­nej głęb­szej my­śli. Ob­raz­kami nie za­pi­szemy ani „Lo­ko­mo­tywy” Tu­wima, ani sta­ty­styki Bosego-​Einsteina, choćby na­wet i Ca­ra­vag­gio pi­nxit. Za­miast prze­czy­tać „ogary po­szły w las”, mo­żemy zo­ba­czyć w te­le­wi­zo­rze jak psy po­bie­gły do lasu. Nie są­dzę więc, aby wszy­scy twórcy ksią­żek i prasy dali się ze­pchnąć w pry­mi­ty­wizm po­pkul­tury. Albo le­piej: jedni da­dzą się, inni nie.
 Ja już tego nie zo­ba­czę, ale Ty Ra­fale wraz z za­wo­do­wymi przy­ja­ciółmi (i ry­wa­lami) bę­dziesz two­rzył eli­tarną grupę osób czy­ta­ją­cych, upra­wia­ją­cych do­brą ty­po­gra­fię, czu­ją­cych tekst, szu­ka­ją­cych au­to­rów, któ­rzy mają coś do po­wie­dze­nia. Owa elita bę­dzie dość szczu­pła, ale bar­dzo zna­cząca. Nie­któ­rzy z człon­ków ota­cza­ją­cej Was ludz­kiej magmy ga­dże­cia­rzy, czci­cieli ob­razka oraz po­spo­li­tej de­mo­kra­cji, w któ­rej więk­szo­ścią gło­sów ustala się, kto ma ra­cję, będą usil­nie sta­rali do­stać się do Wa­szej elity. Wów­czas jed­nak będą mu­sieli „wku­pić się” pło­dem wła­snego ro­zumu za­pi­sa­nym na kar­cie pa­pieru. Spo­łecz­ność ro­dem z Ga­lak­tyki Gu­ten­berga zde­cy­do­wa­nie się skur­czy i naj­praw­do­po­dob­niej książka, ga­zeta czy in­te­lek­tu­alne cza­so­pi­smo, będą eks­klu­zyw­nym to­wa­rem sprze­da­wa­nym w czymś na kształt ga­le­rii albo gaju Aka­de­mosa. Bę­dzie tam przy­jem­nie, a w swoim gro­nie znaj­dzie­cie roz­rywkę i szczę­ście.
 A gdzie się uczyć? Je­śli ko­muś nie wy­star­czają kra­jowe szkoły, im­prezy warsz­ta­towe i se­mi­na­ryjne oraz do­stępna li­te­ra­tura, nie ma pro­blemu. Zür­cher Hoch­schule der Kün­ste albo Créa­tion Ty­po­gra­phi­que w pa­ry­skiej École Es­tienne pra­cują nie bo­jąc się mod­nego ha­sła „No fu­ture book”. Trzeba po­znać ję­zyk i je­chać po na­ukę. Wszystko jedno który: an­giel­ski, nie­miecki, fran­cu­ski, wło­ski czy cze­ski, bo szkół w Eu­ro­pie dostatek.

Lucæ Succeſſori

28 stycznia 2010

Isto­ta tech­no­logicz­nego wy­na­laz­ku Gu­ten­ber­ga, do­kona­ne­go około 1450 roku, za­wie­ra się nie tyle w idei sto­sowa­nia ru­cho­mej czcion­ki, co głów­nie w o­pra­cowaniu pro­ste­go u­rzą­dze­nia do jej od­le­wa­nia z trwa­łych, me­ta­lo­wych ma­tryc, za­pew­niają­cych po­wta­rzal­ność i­den­tycz­nych pre­cy­zyj­nych od­le­wów.

Po­wyż­sze słowa An­drzeja To­ma­szew­skiego po­cho­dzą z książki pt. „Gi­se­rzy czcio­nek w Pol­sce”, jakże sym­pa­tycz­nie za­de­dy­ko­wa­nej współ­cze­snemu twórcy pism drukarskich:

Lucae Successori
Andrea magister thypografskiego kunsztu
y zycer y pielgrzym moguncki
fecit

Książka po­wsta­wała długo, jed­nak zo­stała od­dana do druku na kilka dni przed ubie­gło­rocz­nym KRAK­Typo, pod­czas któ­rego zo­stała pu­blicz­nie za­pre­zen­to­wana przez au­tora i uro­czy­ście wrę­czona Łuka­szowi Dzie­dzi­cowi.
 Za­pewne po­śpiech leży u źró­deł po­ja­wia­ją­cych się gdzie­nie­gdzie drob­nych błę­dów czy nie­kon­se­kwen­cji, ale nie są one istotne.

Andrzej Tomaszewski: „Giserzy czcionek w Polsce”, s. 7Andrzej Tomaszewski: „Giserzy czcionek w Polsce”, s. 8Andrzej Tomaszewski: „Giserzy czcionek w Polsce”, s. 22

An­drzej To­ma­szew­ski, przed­sta­wia­jąc cały po­czet ry­tow­ni­ków i od­le­wa­czy czcio­nek, dzia­ła­ją­cych przez stu­le­cia na te­re­nie na­szego kraju, prze­ka­zuje wie­dzę na te­mat ty­po­gra­fii.
 Wła­ści­wie nie tylko. Ja­wiąca się w Gi­se­rach hi­sto­ria, może być przy­czyn­kiem do róż­nych roz­wa­żań, np. mar­ke­tin­go­wych. Oka­zuje się, że za­wód gi­sera — po­dob­nie jak współ­cze­snego pro­jek­tanta pism — był eli­tarny, a ci, któ­rzy go wy­ko­ny­wali naj­le­piej, bar­dzo do­brze pro­spe­ro­wali.
 Czcionka, umie­jęt­ność jej pro­du­ko­wa­nia i — co ważne — po­słu­gi­wa­nia się nią, leży u pod­staw na­szej kul­tury, bo to wła­śnie czcionka była jej głów­nym no­śni­kiem. Dziś rolę czcio­nek prze­jęły fonty, ale na po­słu­gu­ją­cych się nimi de­te­pow­cach ciąży rów­nie wielka od­po­wie­dzial­ność. Bądź­cie ty­po­gra­fami! Wkła­daj­cie w swą pracę całą du­szę, a wdzięcz­ność zle­ce­nio­daw­ców po­sze­rzy wam portfele.

Andrzej Tomaszewski: „Giserzy czcionek w Polsce”

Książkę można za­ma­wiać bez­po­śred­nio u wy­dawcy lub otrzy­mać ją jako na­grodę w kon­kur­sie, który trwa do go­dziny 23.00, 6 lu­tego br.

To­ma­szew­ski An­drzej: Gi­se­rzy czcio­nek w Pol­sce, Ogme, War­szawa 2009
In­for­ma­cje i za­kupy ogme​.pl

Betlejem

24 grudnia 2009

Jó­zef i Ma­ryja nie zna­leźli miej­sca w żad­nej go­spo­dzie, za­miesz­kali więc, na czas po­bytu w mie­ście, w stajni. Be­tle­jem nie było dużą miej­sco­wo­ścią i jak wszę­dzie, w ob­li­czu na­jazdu więk­szej liczby lu­dzi, lo­ko­wano ich we wszel­kich do­stęp­nych miej­scach — po­dob­nie jak pod­czas dzi­siej­szych spo­tkań Ta­izé, Świa­to­wych Dni Mło­dzieży itp. Ale w bi­blij­nym prze­ka­zie o na­ro­dze­niu Je­zusa nie są istotne for­malne szcze­góły lecz ra­czej wy­dźwięk i sym­bo­lika tej hi­sto­rii, która zdaje się su­ge­ro­wać, że Je­zus nie jest mo­ra­li­stą, do­ma­ga­ją­cym się od nas cze­go­kol­wiek, ani na­rzu­ca­ją­cym się w żaden spo­sób.
 Z oka­zji ju­trzej­szego Bo­żego Na­ro­dze­nia życzę, by Je­zus zna­lazł też miej­sce w każ­dym z w Was i tam się na­ro­dził. Życzę rów­nież, żeby to nie był Je­zu­sek z bajki, ale praw­dziwy Je­zus, zwany rów­nież Chry­stu­sem…
 Spe­cjal­nie dla Was frag­ment Wul­gaty (Vul­gata Cle­men­tina) w ty­po­gra­ficz­nym opra­co­wa­niu Jo­han­nesa Gutenberga.

In principio erat Verbum,
et Verbum erat apud Deum,
et Deus erat Verbum.
Hoc erat in principio apud Deum.
Omnia per ipsum facta sunt:
et sine ipso factum est nihil, quod factum est.
In ipso vita erat,
et vita erat lux hominum:
et lux in tenebris lucet,
et tenebræ eam non comprehenderunt.
Fuit homo
missus a Deo,
cui nomen erat Joannes.
Hic venit in testimonium
ut testimonium perhiberet de lumine,
ut omnes crederent per illum.
Non erat ille lux,
sed ut testimonium perhiberet de lumine.
Erat lux vera,
quæ illuminat omnem hominem
venientem in hunc mundum.
In mundo erat,
et mundus per ipsum factus est,
et mundus eum non cognovit.
In propria venit,
et sui eum non receperunt.
Quotquot autem receperunt eum,
dedit eis potestatem filios Dei fieri,
his qui credunt in nomine ejus:
qui non ex sanguinibus,
neque ex voluntate carnis,
neque ex voluntate viri,
sed ex Deo nati sunt.
Et Verbum caro factum est,
et habitavit in nobis:
et vidimus gloriam ejus,
gloriam quasi unigeniti a Patre
plenum gratiæ et veritatis.

Po­wyż­szy tekst, to pełna wer­sja. Za­chę­cam do zba­da­nia go, po­rów­na­nia z wer­sją Gu­ten­berga. Gdzie na stro­nicy się znaj­duje (na­prawdę tam jest)? czym się różni? etc. Dla mi­ło­śni­ków in­ku­na­bu­łów za­miesz­czam trzy ko­pie tej sa­mej stro­nicy, pierw­sza z Ge­tyngi, dwie na­stępne z Lon­dynu (pa­pie­rowa i per­ga­mi­nowa). We­so­łych Świąt!

Biblia 42-wierszowa, Göttingen, 235 versumBiblia 42-wierszowa, London, 235 versumBiblia 42-wierszowa, London, 235 versum

Bi­blia Gu­ten­berga on-​line
Bri­tish Li­brary, Lon­don (in­for­ma­cje) | (pod­gląd)
Georg Au­gust Uni­ver­si­tät Göt­tin­gen — Gu­ten­berg Di­gi­tal (in­for­ma­cje) | (pod­gląd)
Gutenberg-​Museum Ma­inz (in­for­ma­cje) | (pod­gląd)
Keio Uni­ver­sity, To­kyo — HUMI Pro­ject (in­for­ma­cje) | (pod­gląd)
Pol­ska Bi­blio­teka In­ter­ne­towa (Bi­blia pel­pliń­ska) (pod­gląd)
The Uni­ver­sity of Te­xas at Au­stin, Harry Ran­som Cen­ter (in­for­ma­cje) | (pod­gląd)