Georg Wilhelm Friedrich Hegel | Typografia po polsku

Oznaczone tagiem „Georg Wilhelm Friedrich Hegel”

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie trzecie, ostatnie

14 czerwca 2010  [Instapaper Text] [Readability]

Trzecie spo­tkanie kończy cykl. Czy ty­po­grafia jest czę­ścią na­szego życia? Czy jest ważna? Na czym po­lega jej zna­czenie? Sty­kamy się z nią na co dzień, ale czy ją do­ce­niamy lub choćby do­strze­gamy? Mam na­dzieję, że wszystko, o czym z An­drzejem To­ma­szew­skim mó­wi­liśmy, sta­nowi jakąś pomoc dla pro­jek­tantów, a przy­naj­mniej inspirację.

Andrzej Tomaszewski
Fot. An­drzej Odyniec

Czy ist­nieje etyka za­wo­dowa ty­po­grafa?

Oczy­wi­ście, po­dobnie jak w każdej pro­fesji. Je­żeli okre­ślimy ty­po­grafa, jako osobę zaj­mu­jącą się pro­jek­to­wa­niem i przy­go­to­wa­niem do druku (lub in­nego upo­wszech­nienia) pu­bli­kacji, to jego za­cho­wania etyczne do­tyczą głównie trzech re­lacji mię­dzy­ludz­kich:
1) pomiędzy ty­po­grafem a autorem-​nadawcą opra­co­wy­wa­nego ko­mu­ni­katu (treści tek­stowej lub iko­no­gra­ficznej);
2) typografem a od­biorcą ko­mu­ni­katu, czyli czy­tel­ni­kiem treści;
3) wreszcie re­lacji z dru­ka­rzem jako wy­twórcą pu­bli­kacji na pod­stawie pracy ty­po­grafa.
 Świa­domie po­mijam tu wszelkie kwe­stie zwią­zane z re­lacją zleceniodawca–zleceniobiorca, po­nieważ re­gu­lo­wane są od­po­wied­nimi prze­pi­sami praw­nymi oraz umo­wami o dzieło. Rów­nież pro­ble­ma­tyka prawa au­tor­skiego lub pa­ten­to­wego jest sze­roko opi­sana w li­te­ra­turze prawno-​zawodowej. Skupmy się więc na wyżej wy­mie­nio­nych trzech punk­tach.
 Ad 1) Imperatyw mo­ralny spro­wadza się do tego, że po­dej­mując się opra­co­wania ko­mu­ni­katu (ulotki re­kla­mowej, ar­ty­kułu na­uko­wego, ar­kusza po­etyc­kiego, książki te­le­fo­nicznej, pro­gramu te­atral­nego, bi­letu na mecz, le­gi­ty­macji par­tyjnej czy in­nego druku) mamy obo­wiązek do­głębnie po­znać in­tencje au­tora i jego ocze­ki­wania. Prze­ko­ny­wanie autora-​nadawcy ko­mu­ni­katu do wła­snych kon­cepcji es­te­tycz­nych i wi­zu­al­nych ma swoje gra­nice. Nie można przy­go­to­wywać pu­bli­kacji wbrew woli nadawcy. Zbyt często bywa, że po­wstaje pro­dukt, w którym prze­staje on być au­torem prze­ka­zy­wanej treści lub to, co chciał prze­kazać, ulega de­for­macji.
 Ad 2) Końcowy od­biorca treści, a więc jej czy­telnik, nigdy nie po­wi­nien umknąć uwadze pro­jek­tanta. Naj­prostsza i w miarę jasna jest tu kwe­stia nie­utrud­niania per­cepcji ko­mu­ni­katu, a więc za­cho­wania wa­lorów czy­tel­ności, roz­po­zna­wal­ności i rze­mieśl­ni­czej ja­kości pu­bli­kacji. Na­to­miast są sprawy, które mu­simy roz­ważać we wła­snym su­mieniu. Na­leżą do nich np.: opra­co­wy­wanie treści fał­szy­wych lub wąt­pli­wych mo­ralnie, uczest­nictwo w oszu­stwach po­li­tycz­nych lub mar­ke­tin­go­wych, an­ty­edu­kacja es­te­tyczna i pro­pa­go­wanie kiczu — z ta­kich de­cyzji żaden pro­jek­tant nie może czuć się zwol­niony. Sam wy­biera: do­chód czy re­zy­gnacja z so­cjo­tech­nicznej blagi, pie­niądze na ubranie dla dziecka czy od­rzu­cenie pro­po­zycji łamania por­nosa, fajne wa­kacje czy od­mowa pro­dukcji ulotek pi­ra­midy fi­nan­sowej. Ale po­dobne de­cyzje są, rzecz jasna, udziałem ludzi wielu za­wodów.
 Ad 3) Do nie­dawna sprawa była jasna — całe przy­go­to­wanie pro­dukcji od­by­wało się w dru­karni i po­li­graf… jak sobie po­ścielił, tak się wy­spał. Dzi­siaj pracą w dru­karni „rządzą” przy­go­to­wane przez nas pliki post­scrip­towe, pe­deefy, in­strukcje szcze­gó­łowe i wszelkie wy­ma­gania po­cho­dzące spoza dru­karni. Jest rzeczą bardzo ważną, aby za­chować od­po­wiednie sto­sunki in­ter­per­so­nalne z tech­no­lo­gami dru­karń i in­nymi pra­cow­ni­kami po­li­grafii, kon­sul­tować sprawy trudne, wspólnie po­dej­mować kło­po­tliwe tech­no­lo­gicznie de­cyzje itp. Oczy­wi­ście nie znaczy to, aby re­zy­gnować z wy­magań ja­ko­ścio­wych lub prób wpro­wa­dzenia ja­kiejś in­no­wacji. Niby zro­zu­miała, ludzka sprawa, a jednak po­wszechne są z jednej i dru­giej strony za­cho­wania pełne pre­tensji, zło­śli­wości i ir­ra­cjo­nal­nych po­staw w ro­dzaju: na złość mamie od­mrożę sobie uszy.
 Za­sta­na­wiam się, czy można mówić o etosie śro­do­wiska ty­po­grafów. Myślę, że jest on ściśle zwią­zany z wie­lo­wie­kowym zna­cze­niem dru­kar­skiej pro­fesji. W dru­kar­skich spra­wach ist­nieje etos za­wodu, w in­ter­ne­to­wych jeszcze się nie wykształcił.

Etos. Wielu pro­jek­tantów — ba, wielu dru­karzy — nie ma o nim po­jęcia. Kiedyś prawo na­zy­wania się to­wa­rzy­szem sztuki dru­kar­skiej było wy­razem dumy i od­po­wie­dzial­ności. Drukarz-​typograf był zo­bo­wią­zany… No wła­śnie, czy etos upada? Mo­żesz go jeszcze bar­dziej przybliżyć?

Jest ars między in­szymi taka, iż nie tylko ple­beium,
ale vere ipsum no­bilem nie szkaradzi.

Bar­tosz Pa­procki: Herby ry­cer­stwa pol­skiego, Kraków 1584

O kim tak pięknie mówił zna­ko­mity szes­na­sto­wieczny polsko-​czeski he­raldyk? O nas! O dru­ka­rzach mia­no­wicie (w pierw­szych wie­kach dru­kar­stwa łac. ty­po­gra­phus = dru­karz). Pisał to już ponad sto lat po uru­cho­mieniu ofi­cyny mo­gunc­kiego miesz­cza­nina Jo­han­nesa Gu­ten­berga.
 Szla­chetnie uro­dzonym honor nie po­zwalał parać się rze­mio­słem. Po­dobne za­jęcie gro­ziło wręcz utratą szla­chectwa. No­biles byli człon­kami ry­cer­skiego stanu i mogli tru­dzić się tylko w mi­li­tarnej po­trzebie albo za­rzą­dzać ma­jąt­kiem. Tym­czasem w XVI stu­leciu — złotym wieku pol­skiego dru­kar­stwa — znaj­du­jemy przy­kłady wy­nie­sienia ple­be­juszy do stanu szla­chec­kiego, wła­śnie spo­śród grona dru­karzy.
 Naj­bar­dziej spek­ta­ku­larnym przy­kładem jest no­bi­li­tacja Jana Łazarzowica-​Januszowskiego, by­łego se­kre­tarza kró­lew­skiego Zyg­munta Au­gusta, hu­ma­nisty i twórcy ory­gi­nal­nego kroju czcionek — No­wego ka­rak­teru pol­skiego. Syn dru­karza Łazarza An­dry­so­wica zo­stał dzie­dzicem słynnej kra­kow­skiej Ofi­cyny Łaza­rzowej — kon­ty­nu­ującej tra­dycje warsz­tatu re­ne­san­so­wego ty­po­grafa Hie­ro­nima Wie­tora. Na sejmie w 1588 roku Ja­nu­szowski uzy­skał in­dy­genat szla­checki wraz z herbem Kło­śnik (Rola), a dwa lata póź­niej od Zyg­munta III Wazy tytuł Ar­chi­ty­po­grafa wraz z przy­wi­le­jami.
 Mamy też inne przy­padki. Uszlach­cono Wa­len­tego Łapkę-​Łapczyńskiego, który tło­czył w dru­karni wę­drownej (tzw. la­ta­jącej), to­wa­rzy­szącej wy­prawom wo­jennym Ste­fana Ba­to­rego. Łapka w po­trzebie po­rzucał swoje czcionki i chwytał za oręż. Na­wiasem mó­wiąc, na jego prasie w War­szawie wy­dru­ko­wano po raz pierwszy „Od­prawę po­słów grec­kich” Jana Ko­cha­now­skiego. Przy­pu­ścił go do herbu Je­lita wielki kanc­lerz i hetman ko­ronny Jan Za­moyski.
 No­bi­lami zo­stali po­tom­kowie kra­kow­skich Szar­fen­bergów, szlach­cicem był Rafał Skrzetuski-​Hoffhalter — dru­karz w Au­strii i na Wę­grzech, także Cy­prian Ba­zylik — kom­po­zytor [rów­nież poeta; przyp. red.] i wła­ści­ciel dru­karni, Sta­ni­sław Koc­my­rzowski no­bi­li­to­wany przez ce­sarza Le­opolda I w Wiedniu oraz kilku in­nych przed­sta­wi­cieli na­szej pro­fesji.
 Stąd wła­śnie nazwa — to­wa­rzysz. Na po­do­bień­stwo np. to­wa­rzyszy pan­cer­nych w hu­sarii, albo też grona osób szla­chet­nych, którzy dru­karzy alias ty­po­grafów do­pusz­czali chętnie do swego to­wa­rzy­stwa.
 God­ność to­wa­rzysza sztuki dru­kar­skiej zdo­by­wało się ciężką, dłu­go­letnią pracą uwień­czoną aktem rze­mieśl­ni­czych „wy­zwolin” spod władzy drukarza-​pryncypała. Myślę że warto o tym przy­po­mnieć, bo po­dobne im­pon­de­ra­bilia zwią­zane z za­wo­dową dumą mieszczą się w sze­roko po­jętym etosie drukarstwa.

A więc upra­wiamy szla­chetny zawód. Ale czy dru­karski (ty­po­gra­ficzny) etos — po­dobnie, jak słowo „to­wa­rzysz” — nie zo­stał zbru­kany?

Etos może nie tyle zo­stał zbru­kany, co za­po­mniany. Zawód dru­karza, ty­po­grafa, od po­czątku swego ist­nienia od­bie­rany był jako swego ro­dzaju kul­tu­rowa misja. Dru­kar­stwo stało się spo­sobem re­je­stro­wania i prze­ka­zy­wania zdo­byczy cy­wi­li­zacji. Za­pew­niło mię­dzy­po­ko­le­niowy kon­takt in­te­lek­tu­alny. Druk dał lu­dziom no­wo­czesny sposób po­rząd­ko­wania myśli. Tempo pracy drukarsko-​wydawniczej po­zwala na bie­żąco re­agować w spra­wach po­li­tycz­nych, na­uko­wych, ar­ty­stycz­nych czy edu­ka­cyj­nych, a każda dzie­dzina wy­kształ­ciła sobie wła­ściwe formy pu­bli­kacji. Nie jest przy­pad­kiem, że np. Cen­tralny Ośrodek Badawczo-​Rozwojowy Prze­mysłu Po­li­gra­ficz­nego, w którym pra­cuję, pod­lega Mi­ni­ster­stwu Kul­tury i Dzie­dzictwa Na­ro­do­wego.
 Nawet jeśli po­pa­trzymy na po­li­grafię zwią­zaną z mar­ke­tin­gowym ob­szarem dzia­łania: dru­ko­wa­niem opa­kowań, ety­kiet, pro­spektów, fol­derów re­kla­mo­wych itp., mo­żemy do­strzec w niej na­rzę­dzie kre­owania gu­stów spo­łecz­nych, pre­fe­rencji es­te­tycz­nych, czy wręcz za­chowań mo­ral­nych.
 Pa­trzę jednak opty­mi­styczne w przy­szłość, bo chyba pięk­no­duchy nie dały się do końca po­konać wszech­ogar­nia­jącej ko­mercji. Dzia­łania wielu osób lub in­sty­tucji kra­jo­wych i za­gra­nicz­nych po­zwa­lają na taki optymizm.

Ale nie da się wrę­czyć etosu przy­szłym dru­ka­rzom czy ty­po­grafom razem ze świa­dec­twem ukoń­czenia szkół. To jest prze­cież zbiór za­chowań i wła­ściwy tylko dla członków śro­do­wiska sposób my­ślenia, któ­rego się czło­wiek uczy od swoich men­torów.

Myślę, że można po­kusić się o „wrę­czanie” etosu w szko­łach. Wszystko za­leży od na­uczy­cieli. Młody czło­wiek jest szcze­gólnie po­datny na su­ge­stie do­ty­czące za­chowań i życio­wych po­staw. Jego oso­bo­wość jest jeszcze czystą, nie­za­pi­saną kartą. Po­zba­wiony wzorców chłonie jak gąbka np. wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury. Jeśli jednak na­uczy­ciele nie będą po­tra­fili wy­zwolić sa­tys­fakcji z wy­ko­ny­wanej pracy i dumy z za­wodu, to oczy­wi­ście nic z tego nie bę­dzie.
 Zwróć uwagę, że obaj od­czu­wamy po­trzebę do­war­to­ścio­wania ty­po­grafii. Twoje py­tania i moje od­po­wiedzi są tego naj­lep­szym do­wodem. Prze­cież po­win­niśmy ra­czej roz­ma­wiać o li­ter­kach, ty­tu­la­riach i pa­gi­nach. A my co?

Wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury, a słowo na­uczy­ciela… An­drzeju, sam prze­cież cho­dziłeś na wa­gary. Co było bar­dziej in­te­re­su­jące — teoria (szkoła), czy prak­tyka (dru­karnia)? Gdzie z tym etosem się można było za­po­znać? Starzy maj­strowie nie wy­kła­dali go prze­cież zza biurka, a ra­czej sami go kul­ty­wo­wali. A nie by­wało też tak, że etos w dru­karzu się wy­czer­pywał i trzeba było go uzu­pełnić, po­pi­jając szkla­neczką?

Masz rację. Ja miałem w ro­zumie „na­uczy­ciela” w sensie ogól­niej­szym, ale w szkolnym kon­tek­ście wy­szło, jak wy­szło. Nie­mniej w moim tech­nikum było dwóch, trzech na­uczy­cieli, którzy wręcz za­ra­żali sza­cun­kiem i sym­patią dla za­wodu. Inż. Jan Barszcz, przed­wo­jenny ma­szy­nista ty­po­gra­ficzny, uczył ma­szy­no­znaw­stwa, a opo­wiadał nam o spo­tka­niach z nie­zwy­kłymi oso­bami w dru­karni (nawet o wie­wiórce bie­gnącej po pasie trans­mi­syjnym po­śpiesznej ma­szyny). Po­lo­nistka Zofia Cie­cha­nowska pod­po­wia­dała, gdzie są wy­stawy książek, im­prezy wy­daw­nicze, spo­tkania z au­to­rami. My­ślisz, że nie cho­dzi­liśmy? W ni­czym nam to nie prze­szka­dzało iść potem na mecz, na randkę albo na pry­watkę. Jan Jużda, na­uczy­ciel z ze­cerni, ho­łubił czcio­neczki i uczył wi­dzieć w nich coś więcej, niż ka­wałek brud­nego me­talu. Na fi­zyce, gdy była mowa o świetle i bar­wach, po­szliśmy do Za­chęty na film o cza­ro­waniu ko­lo­rami przez ma­larzy im­pre­sjo­nizmu. Itd., itd.
 Od na­uczy­cieli wiele za­leży. Nie twierdzę, że z mojej klasy wy­szli sami ar­tyści i mi­ło­śnicy czarnej sztuki. Jednak kilka du­szy­czek zo­stało zło­wio­nych na całe życie. Przy naj­bar­dziej brudnej ze­cer­skiej ro­bocie, albo przy mie­szaniu farby, przy myciu walców ma­szyny dru­kar­skiej, na­prawdę czu­liśmy się pra­cow­ni­kami kul­tury. Być może brzmi to gór­no­lotnie, ale tak bywa, gdy chce się wy­po­wie­dzieć, co się czuje.
 Mi­strzowie, starzy wy­ja­dacze w dru­kar­niach, to jeszcze inna sprawa. Wów­czas nie­którzy pa­mię­tali jeszcze przed­wo­jenne czasy, gdy Pan Zecer wy­cho­dził po wy­płacie z dru­karni ga­ze­towej i za­ma­wiał dwie do­rożki. W pierw­szej je­chała laska i me­lonik, a w dru­giej Pan Zecer. Oczy­wi­ście nie je­chał prosto do domu, ale do ulu­bio­nego lo­kalu, aby z ko­leż­kami po­krzepić się ja­kimś we­sołym na­pojem. Pa­no­wało bo­wiem ni­czym nie uza­sad­nione, a jednak po­wszechne mnie­manie, że al­kohol jest świetną od­trutką na tlenki ołowiu wdy­chane w znacz­nych daw­kach w dru­kar­niach. Znaczne dawki ołowiu wy­ma­gały znacz­nych dawek trunku.

Ręka rękę myje, a wszyscy je­dziemy na tym samym wózku. Być może ja­kieś po­czucie za­wo­dowej jed­ności jest nam po­trzebne. Tylko po co?

Nie lubię po­rze­kadła „ręka rękę myje”, bo ko­jarzy się z sitwą albo kliką. Na­to­miast wspól­nota in­te­resów pro­jek­tantów, dru­karzy, re­dak­torów czy mar­ke­tin­gowców jest faktem i wy­nika ze wspólnej pracy nad fi­nalnym pro­duktem.
 Dru­karz dru­karza czy pro­jek­tant pro­jek­tanta może trak­tować jako kon­ku­rencję za­gra­ża­jącą wła­snym in­te­resom. Za­wsze tak było i bę­dzie. Hi­storia walki o przy­wi­leje dru­kar­skie XVI-​wiecznych kra­kow­skich ty­po­grafów prze­ciwko he­ge­monii Hal­lera jest tego naj­lep­szym do­wodem. Jed­no­cze­śnie nie brak przy­kładów współ­pracy dru­karzy w tamtym okresie: wspól­nego ko­rzy­stania z za­sobów ty­po­gra­ficz­nych, mię­dzy­dru­kar­nia­nego współ­dzia­łania fa­chowców i ich pryn­cy­pałów.
 Nie ma zresztą po­trzeby sięgać do przy­kładów z tak od­le­głych czasów. Wiemy prze­cież, że dzi­siaj pra­cu­jemy tutaj, a jutro gdzie in­dziej, że za­kłady po­dej­mują ko­ope­rację, że ist­nieje sze­roka wy­miana do­świad­czeń po­przez kon­fe­rencje, se­mi­naria, targi, in­ternet, spo­tkania to­wa­rzy­skie. Nie ma więc sensu walka z in­nymi oraz kwasy i nie­chęć do osób dzia­ła­ją­cych w na­szej pro­fesji. Wcze­śniej czy póź­niej od­bija się to czkawką lub śro­do­wi­skowym ostracyzmem.

Przy­kłady do­brego i złego pro­jek­to­wana ty­po­gra­ficz­nego znaj­du­jemy niemal w każdym me­dium. Wszę­dzie, gdzie po­jawia się ja­ki­kol­wiek przekaz, za­zwy­czaj po­jawia się rów­nież tekst, a jeśli jest to tekst pi­sany (dru­ko­wany, wy­świe­tlany etc.) już mamy do czy­nienia z ty­po­grafią. Wy­daje się, że jest ona wszech­obecna, ale bardzo często igno­ro­wana. Wielu pro­jek­tantów we­szło do za­wodu przez ukoń­czenie szkoły wyż­szej, ale chyba większa część jest sa­mo­ukami. Dziś można zdo­bywać wiedzę o pro­jek­to­waniu np. w cza­so­pi­smach dla gra­fików czy róż­nych in­ter­ne­to­wych po­rad­ni­kach. Od czasu do czasu or­ga­ni­zo­wane są kon­fe­rencje albo warsz­taty pro­jek­towe, w któ­rych udział bywa bardzo kosz­towny. Jak i gdzie naj­le­piej zdo­bywać wiedzę na temat pro­jek­to­wania w ogóle? jak i gdzie na temat ty­po­grafii?

Ilość in­for­macji, jaka do­ciera do nas w dzi­siej­szych cza­sach osią­gnęła masę kry­tyczną. Coraz czę­ściej łapiemy się na omi­janiu wzro­kiem re­klam, wy­rzu­caniu nie­czy­ta­nych druków, „wy­łą­czaniu” swoich re­cep­torów w na­dziei na nieco spo­koju oraz aby ze­brać i usły­szeć własne myśli. Ale nic z tego! Oto przy­słali znowu SMS, mu­sisz spraw­dzić maile, do kibla i do łazienki bie­rzesz te­lefon, z te­le­wi­zora wrzeszczy gło­śniej emi­to­wana re­klama, itd., itd. Jeszcze pró­buję się z tym bo­rykać. Mam jednak ko­legów, którzy już się pod­dali i tylko od czasu do czasu, jak bły­ska­wica prze­la­tuje im myśl: Boże, jeszcze kilka lat temu czy­tałem Kon­wic­kiego i Hegla, a teraz we łbie noszę błoto.
 Pi­szesz o złej i do­brej ty­po­grafii wokół nas. Tak jest. Za­wsze było po­dobnie i naj­pew­niej długo bę­dzie. Bę­dzie zły ty­po­graf i dobry. Bę­dzie zły i dobry mu­rarz, zły le­karz i ko­nował. Ale ja sobie zro­biłem z ja­kości ty­po­grafii własną, pry­watną ma­szy­nerię se­lek­cyjną. Mia­no­wicie na­uczyłem się nie czytać nie­chluj­nych tek­stów i od­rzucać je, jak od­rzuca się pod­gniłe tru­skawki. Nadawca tek­sto­wego ko­mu­ni­katu, dla któ­rego wszystko jedno, że cu­dzy­słów w pol­skim tek­ście jest an­gielski, albo nie roz­różnia myśl­nika i łącznika, czy też pisze słowa po­spo­lite wielką li­terą a imiona własne małą, jest przeze mnie na wstępie „zwol­niony”. On nie pisze do mnie, ale do ja­kiegoś bez­ro­zum­nego plebsu. Do ludz­kiej tłuszczy, która po­dobnie jak on za­po­mniała już, czego uczono w pod­sta­wówce. Od­bieram to jako wci­skanie kitu lub czę­sto­wanie tek­stem nie­przy­go­to­wanym, a więc — naj­praw­do­po­dob­niej nie­wia­ry­godnym.
 Sza­cunek dla pisma tworzy ty­po­grafa. Trzeba zro­zu­mieć jego fe­nomen, do­strzegać piękno, znać i sto­sować za­sady pi­sowni, czuć ducha hi­storii pisma i no­wo­cze­sności. Bez użycia pisma, klu­czo­wego wy­na­lazku ziem­skiej cy­wi­li­zacji, nie sposób utrwalić żadnej głęb­szej myśli. Ob­raz­kami nie za­pi­szemy ani „Lo­ko­mo­tywy” Tu­wima, ani sta­ty­styki Bosego-​Einsteina, choćby nawet i Ca­ra­vaggio pi­nxit. Za­miast prze­czytać „ogary po­szły w las”, mo­żemy zo­ba­czyć w te­le­wi­zorze jak psy po­biegły do lasu. Nie sądzę więc, aby wszyscy twórcy książek i prasy dali się ze­pchnąć w pry­mi­ty­wizm po­pkul­tury. Albo le­piej: jedni dadzą się, inni nie.
 Ja już tego nie zo­baczę, ale Ty Ra­fale wraz z za­wo­do­wymi przy­ja­ciółmi (i ry­wa­lami) bę­dziesz two­rzył eli­tarną grupę osób czy­ta­ją­cych, upra­wia­ją­cych dobrą ty­po­grafię, czu­ją­cych tekst, szu­ka­ją­cych au­torów, którzy mają coś do po­wie­dzenia. Owa elita bę­dzie dość szczupła, ale bardzo zna­cząca. Nie­którzy z członków ota­cza­jącej Was ludz­kiej magmy ga­dże­ciarzy, czci­cieli ob­razka oraz po­spo­litej de­mo­kracji, w której więk­szo­ścią głosów ustala się, kto ma rację, będą usilnie sta­rali do­stać się do Wa­szej elity. Wów­czas jednak będą mu­sieli „wkupić się” płodem wła­snego ro­zumu za­pi­sanym na karcie pa­pieru. Spo­łecz­ność rodem z Ga­lak­tyki Gu­ten­berga zde­cy­do­wanie się skurczy i naj­praw­do­po­dob­niej książka, ga­zeta czy in­te­lek­tu­alne cza­so­pismo, będą eks­klu­zywnym to­warem sprze­da­wanym w czymś na kształt ga­lerii albo gaju Aka­de­mosa. Bę­dzie tam przy­jemnie, a w swoim gronie znaj­dziecie roz­rywkę i szczę­ście.
 A gdzie się uczyć? Jeśli komuś nie wy­star­czają kra­jowe szkoły, im­prezy warsz­ta­towe i se­mi­na­ryjne oraz do­stępna li­te­ra­tura, nie ma pro­blemu. Zür­cher Hoch­schule der Künste albo Créa­tion Ty­po­gra­phique w pa­ry­skiej École Es­tienne pra­cują nie bojąc się mod­nego hasła „No fu­ture book”. Trzeba po­znać język i je­chać po naukę. Wszystko jedno który: an­gielski, nie­miecki, fran­cuski, włoski czy czeski, bo szkół w Eu­ropie dostatek.