Archiwa tagu: drukarz

W naszej drukarni (1)

Zecerów i drukarzy nie bez powodu nazywano «towarzyszami sztuki drukarskiej». Horrendalna ilość problemów do uniknięcia czyni ich prawdziwymi mistrzami, a możliwość uzyskania pomocy od bardziej doświadczonych kolegów — często trzeba rozwikłać problem na miarę węzła gordyjskiego — skutkuje zadzierzgnięciem głębszych relacji.
 Wyobraźmy sobie maszynistę offsetowego podczas pracy. Maszyna półformatowa, ośmiokolorowa, bez automatyki, z cylindrem SW po czwartym zespole. W skład załogi wchodzą dodatkowo dwaj pomocnicy i odbieraczka. Właśnie zeszła z maszyny standardowa praca. Kolejna do wydrukowania według poniższej specyfikacji, przesłanej przez klienta.

format 12×17 cm
nakład 20 000 egz.
papier offsetowy 120 g/m², kremowy
28 stronic + okładka z tego samego papieru
ilość kolorów wewnątrz: 2+2 (czarny i Pantone 200)
ilość kolorów na okładce: 2+1 (Pantone 5535 i 874)
oprawa zeszytowa

Drukarniany technolog przejrzał makietę, zadzwonił do magazynu, odwiedził księgową, podrapał się w głowę i napisał na kopercie ze zleceniem:

papier
papier offsetowy 120 g/m², biały
12 000 ark. B1 brutto,
przyciąć do B2 netto,
obrównać z czterech stron

farby
Pantone Process Black U
Pantone 200 U
Pantone 5535 U
Pantone 712 U
Pantone 874 U
biel kryjąca

ośmiokolorówka
format B2
nakład 24 000
oddać 21 700
4+4, SW
uwagi: złoto na aplę bez kontry!

jednokolorówka
sucha apla, kremowy dorabiany (712 U + biel kryjąca),
lakier olejowy, cienka warstwa zabezpieczająca
nakład 21 700
oddać 21 500

introligatornia
krojenie
falcowanie z perforacją
zbieranie i szycie drutem na krokodylu
trójnóż
oddać 20 000

ekspedycja
pakowanie na paletę, po 100 egz. w paczce
transport klienta

 Co dalej?

Przygotowalnia
Nasza drukarnia jest średnio nowoczesna, ale w dużej mierze samowystarczalna. Przygotowalnia składa się z kilku działów: skład komputerowy, naświetlarnia, montaż ręczny, dział odbitek próbnych, dział ziarnowania płyt cynkowych, galwanizernia, kopia.

Naświetlarnia
Klient przyniósł materiał w pliku postscriptowym, a więc pomijamy dział składu komputerowego, wyposażonego w stanowiska PolSet i zlecenie wędruje od razu do naświetlarni. Operator naświetla wszystkie kolumny na wąskim filmie, rozbite na poszczególne kolory — ach ta nowoczesność! nie trzeba robić już wyciągów na kamerze reprodukcyjnej, wszystko się dzieje w komputerze!

Montaż
Wywołaną rolkę otrzymuje montażysta. Rozcina kolumny i bardzo uważnie ogląda na stole montażowym. Zatrzymał się przy okładce, na której znalazł niepożądaną kontrę. Na kopercie stoi, że ma być bez kontry, dzwoni jeszcze na wszelki wypadek do maszynisty po krótkiej wymianie zdań wyciąga pędzelek i retuszuje kontrę. Następnie przykleja na stole arkusz astralonu — stół montażowy ma podświetlany blat, między dwiema szybami znajduje się folia milimetrowa, znajduje się też na nim listwa z kołkami, dokładnie pasującymi do otworów wyciętych u dołu astralonowego arkusza — i zaczyna montaż.
 Zjadł zęby na tej robocie, więc nie ma potrzeby nic rozrysowywać, zapisuje sobie tylko na karteczce wymiary kolumny, format i marginesy. Ma zmontować dwie szesnastki na arkuszu do rozcięcia. Przykleja pasery, znaczki cięcia, sygnatury grzbietowe, paski kalibracyjne. Następnie kolumny zgodnie z rozkładem. Po zakończeniu pierwszego montażu, nie zdejmuje go ze stołu. Umieszcza na nim kolejny arkusz astralonu, który unieruchamia ciężarkami (najczęściej są to oklejone papierem sztegi) i korzystając z poprzedniego, przygotowuje następny, po czym go zdejmuje, montuje kolejny i tak dalej, aż do końca.

Ozalidy
Gotowe montaże zostają w świetle ultrafioletowym skopiowane na specjalny papier uczulony związkami dwuazowymi, następnie wywołany w oparach amoniaku. Kopista w tym dziale — jak zwykle uśmiechnięty i z lekko plączącym się językiem — wsuwa do koperty sfalcowane, fioletowoniebieskie arkusze, dziwnie kojarzące się z denaturatem — to właśnie ozalidy.

Kopia
Montaże przechodzą do działu kopii, w którym przygotowuje się formy offsetowe. Główne wyposażenie, to kopiorama, wywoływarka oraz szafka z szufladami na montaże i blachy. Kopista wyciąga blachę z szuflady, wycina w niej (specjalną, ręczną sztancą) takie same otwory paserowe, jakie wycięto wcześniej w astralonie. Blachę i montaż umieszcza w kopioramie, osadzając je na listwie pasującej.

Płyty presensybilizowane
Nasza drukarnia jest średnio nowoczesna. Oznacza to, że korzysta się tu — tak jak wszędzie dzisiaj — z płyt presensybilizowanych (presens), tzn. wstępnie uczulanych w procesie produkcji. Ale kiedyś tak nie było. Nie kupowało się ich u dostawcy płyt offsetowych, lecz u producenta blachy, a resztę brały na siebie właściwe działy drukarni.

Płyty cynkowe
Należało je poddać ziarnowaniu. W specjalnej maszynie — ziarnówce — na płytę cynkową wysypywano ceramiczne kulki o różnej średnicy, które pod wpływem wody i drgań urabiały powierzchnię płyty przez kilkadziesiąt minut w ogromnym hałasie. Po wyjęciu z maszyny powierzchnia płyty już nie była błyszcząca i biała, lecz matowa i szara, miała widoczną gołym okiem porowatą strukturę. O to właśnie nam chodziło. Te pory wykazują silne właściwości hydrofilne, płyta doskonale, równomiernie daje się zwilżać wodą.
 Następnym działem jest kopia offsetowa. Procesy, jakie będą tu miały miejsce, należą po trosze do techniki fotograficznej. Nasza płyta stanie się (w pewnym sensie) fotografią. Trzeba ją uczulić, tzn. pokryć emulsją światłoczułą. Światłoczułość zapewniały związki srebra, ale co było ich nośnikiem?
 Zanim technika poszła do przodu, imano się dość prostych rozwiązań. Codziennie rano pracownik przygotowalni biegał do sklepu po jajka, białka szły do emulsji, a żółtka na patelnię — to było życie! codziennie służbowa jajecznica.
 Bardzo gęstą emulsję nanoszono w wirówce. To dość proste urządzenie ma za zadanie wprawić blachę, zamontowaną pod kątem 45°, w ruch obrotowy, następnie wylewa się emulsję cienkim strumieniem, a siła odśrodkowa rozprowadza ją równomiernie po powierzchni. Od tego momentu blachę chronimy przed światłem.

Płyty bimetalowe
To zupełnie inna technologia. Płytę stalową lub aluminiową pokrywamy miedzią w galwanizerni i otrzymujemy formę negatywową. Po uczuleniu (uwaga! używamy tu innej emulsji — nie jest ona nośnikiem elementów drukujących, ma za zadanie tylko zabezpieczyć elementy drukujące przed wytrawieniem) kopiujemy i wywołujemy we właściwym roztworze kwasu, który usuwa miedź (oleofilną) odsłaniając tym samym hydrofilne podłoże. Płyta wykazuje bardzo dużą wytrzymałość oraz niższy przyrost punktu.

Płyty trimetalowe
Podobnie, jak w bimetalowych, ale dochodzi jeszcze jedna galwaniczna warstwa — chromu (elementy hydrofilne). Trawienie odsłania oleofilną warstwę miedzi, pozostawiając nietknięte elementy niedrukujące.

Co dalej? A to już nie dzisiaj.

Najniższa stawka

Autor, redaktor, redaktor techniczny, łamacz, korektor, drukarz, introligator, księgarz — tyle osób pracuje nad książką, zanim dotrze ona do czytelnika. Po drodze może być jeszcze tłumacz, ilustrator, fotograf i kilku innych profesjonalistów. Jeśli każdy z nich dobrze wykona swoją robotę, na półce stanie dobra książka.
 Autor pisze bzdety, bo tego podobno chce czytelnik, a na pewno wydawca. Redaktor ze wstydu poprawia pod pseudonimem, a w pośpiechu czyta co drugą stronę. Techniczny został zwolniony, bo przecież nie był potrzebny. Książki nie trzeba projektować — wystarczy ją złamać, zajmie się tym student informatyki. Łamanie zresztą nie jest trudne, wystarczy wlać tekst w ramki i zrobić z tego pedeefa. Korektorka, studentka polonistyki, znajduje błędy ortograficzne na co drugiej stronie, innymi się nie przejmuje, a prawdopodobnie nawet o nich nie wie. Drukarz, poganiany przez szefa, spieszy się jak tylko może — paginacja się nie zgadza? jak przygotowali, tak będą mieli! W introligatorni okazuje się, że nie można dobrze oprawić, bo źle wydrukowano, ale to nie wina introligatora, więc oprawia. Księgarz dostaje gotową książkę w dwóch egzemplarzach, z nieokreślonym terminem płatności i prawem zwrotu.
 Nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Czy to dlatego zamiast książek mamy tyle makulatury? Skąd w przemyśle wydawniczym tak wielu niekompetentnych ludzi? Ano z łapanki. Kto będzie pracował za 1/3 pensji? Nowicjusz albo desperat.
 Już od wielu lat nie istnieją etaty, bez których kiedyś nie wyobrażano sobie procesu wydawniczego. W wydawnictwach książkowych redaktor techniczny jest jak dinozaur. A czy ktoś widział w ciągu ostatnich dziesięciu lat rewizorkę? Była pracownikiem drukarni i to właśnie ona ostatecznie zatwierdzała do druku. Wyłapywała wszelkie błędy. Trafiał do niej każdy przyrządowy arkusz. Uważnie czytała, szukając błędów ortograficznych, sprawdzała jakość druku, prawidłowość montażu, porównywała z makietą, kreśliła przy pomocy linijki, mierzyła. Bywało, że zrzucała robotę z maszyny.
 Dziś widać jeszcze jedną tendencję — do łączenia etatów. Od korektora wymaga się również redakcji. Redaktor staje się tłumaczem. Łamacz książki jest często jej projektantem i tak dalej. Czasami powodem jest konieczność, czasami ambicja, a czasami chciwość. Nie wątpię, że są utalentowane osoby, zdolne dużą część procesu wydawniczego zrealizować samodzielnie, ale często się okazuje, że… nie da rady. Lepiej postawić na koniach.

bookmaker

Rozmowa z Andrzejem T. Spotkanie trzecie, ostatnie

Trzecie spotkanie kończy cykl. Czy typografia jest częścią naszego życia? Czy jest ważna? Na czym polega jej znaczenie? Stykamy się z nią na co dzień, ale czy ją doceniamy lub choćby dostrzegamy? Mam nadzieję, że wszystko, o czym z Andrzejem Tomaszewskim mówiliśmy, stanowi jakąś pomoc dla projektantów, a przynajmniej inspirację.

Andrzej Tomaszewski
Fot. Andrzej Odyniec

Czy istnieje etyka zawodowa typografa?
Oczywiście, podobnie jak w każdej profesji. Jeżeli określimy typografa, jako osobę zajmującą się projektowaniem i przygotowaniem do druku (lub innego upowszechnienia) publikacji, to jego zachowania etyczne dotyczą głównie trzech relacji międzyludzkich:
1) pomiędzy typografem a autorem-nadawcą opracowywanego komunikatu (treści tekstowej lub ikonograficznej);
2) typografem a odbiorcą komunikatu, czyli czytelnikiem treści;
3) wreszcie relacji z drukarzem jako wytwórcą publikacji na podstawie pracy typografa.
 Świadomie pomijam tu wszelkie kwestie związane z relacją zleceniodawca–zleceniobiorca, ponieważ regulowane są odpowiednimi przepisami prawnymi oraz umowami o dzieło. Również problematyka prawa autorskiego lub patentowego jest szeroko opisana w literaturze prawno-zawodowej. Skupmy się więc na wyżej wymienionych trzech punktach.
 Ad 1) Imperatyw moralny sprowadza się do tego, że podejmując się opracowania komunikatu (ulotki reklamowej, artykułu naukowego, arkusza poetyckiego, książki telefonicznej, programu teatralnego, biletu na mecz, legitymacji partyjnej czy innego druku) mamy obowiązek dogłębnie poznać intencje autora i jego oczekiwania. Przekonywanie autora-nadawcy komunikatu do własnych koncepcji estetycznych i wizualnych ma swoje granice. Nie można przygotowywać publikacji wbrew woli nadawcy. Zbyt często bywa, że powstaje produkt, w którym przestaje on być autorem przekazywanej treści lub to, co chciał przekazać, ulega deformacji.
 Ad 2) Końcowy odbiorca treści, a więc jej czytelnik, nigdy nie powinien umknąć uwadze projektanta. Najprostsza i w miarę jasna jest tu kwestia nieutrudniania percepcji komunikatu, a więc zachowania walorów czytelności, rozpoznawalności i rzemieślniczej jakości publikacji. Natomiast są sprawy, które musimy rozważać we własnym sumieniu. Należą do nich np.: opracowywanie treści fałszywych lub wątpliwych moralnie, uczestnictwo w oszustwach politycznych lub marketingowych, antyedukacja estetyczna i propagowanie kiczu — z takich decyzji żaden projektant nie może czuć się zwolniony. Sam wybiera: dochód czy rezygnacja z socjotechnicznej blagi, pieniądze na ubranie dla dziecka czy odrzucenie propozycji łamania pornosa, fajne wakacje czy odmowa produkcji ulotek piramidy finansowej. Ale podobne decyzje są, rzecz jasna, udziałem ludzi wielu zawodów.
 Ad 3) Do niedawna sprawa była jasna — całe przygotowanie produkcji odbywało się w drukarni i poligraf… jak sobie pościelił, tak się wyspał. Dzisiaj pracą w drukarni „rządzą” przygotowane przez nas pliki postscriptowe, pedeefy, instrukcje szczegółowe i wszelkie wymagania pochodzące spoza drukarni. Jest rzeczą bardzo ważną, aby zachować odpowiednie stosunki interpersonalne z technologami drukarń i innymi pracownikami poligrafii, konsultować sprawy trudne, wspólnie podejmować kłopotliwe technologicznie decyzje itp. Oczywiście nie znaczy to, aby rezygnować z wymagań jakościowych lub prób wprowadzenia jakiejś innowacji. Niby zrozumiała, ludzka sprawa, a jednak powszechne są z jednej i drugiej strony zachowania pełne pretensji, złośliwości i irracjonalnych postaw w rodzaju: na złość mamie odmrożę sobie uszy.
 Zastanawiam się, czy można mówić o etosie środowiska typografów. Myślę, że jest on ściśle związany z wielowiekowym znaczeniem drukarskiej profesji. W drukarskich sprawach istnieje etos zawodu, w internetowych jeszcze się nie wykształcił.

Etos. Wielu projektantów — ba, wielu drukarzy — nie ma o nim pojęcia. Kiedyś prawo nazywania się towarzyszem sztuki drukarskiej było wyrazem dumy i odpowiedzialności. Drukarz-typograf był zobowiązany… No właśnie, czy etos upada? Możesz go jeszcze bardziej przybliżyć?

Jest ars między inszymi taka, iż nie tylko plebeium,
ale vere ipsum nobilem nie szkaradzi.

Bartosz Paprocki: Herby rycerstwa polskiego, Kraków 1584
O kim tak pięknie mówił znakomity szesnastowieczny polsko-czeski heraldyk? O nas! O drukarzach mianowicie (w pierwszych wiekach drukarstwa łac. typographus = drukarz). Pisał to już ponad sto lat po uruchomieniu oficyny mogunckiego mieszczanina Johannesa Gutenberga.
 Szlachetnie urodzonym honor nie pozwalał parać się rzemiosłem. Podobne zajęcie groziło wręcz utratą szlachectwa. Nobiles byli członkami rycerskiego stanu i mogli trudzić się tylko w militarnej potrzebie albo zarządzać majątkiem. Tymczasem w XVI stuleciu — złotym wieku polskiego drukarstwa — znajdujemy przykłady wyniesienia plebejuszy do stanu szlacheckiego, właśnie spośród grona drukarzy.
 Najbardziej spektakularnym przykładem jest nobilitacja Jana Łazarzowica-Januszowskiego, byłego sekretarza królewskiego Zygmunta Augusta, humanisty i twórcy oryginalnego kroju czcionek — Nowego karakteru polskiego. Syn drukarza Łazarza Andrysowica został dziedzicem słynnej krakowskiej Oficyny Łazarzowej — kontynuującej tradycje warsztatu renesansowego typografa Hieronima Wietora. Na sejmie w 1588 roku Januszowski uzyskał indygenat szlachecki wraz z herbem Kłośnik (Rola), a dwa lata później od Zygmunta III Wazy tytuł Architypografa wraz z przywilejami.
 Mamy też inne przypadki. Uszlachcono Walentego Łapkę-Łapczyńskiego, który tłoczył w drukarni wędrownej (tzw. latającej), towarzyszącej wyprawom wojennym Stefana Batorego. Łapka w potrzebie porzucał swoje czcionki i chwytał za oręż. Nawiasem mówiąc, na jego prasie w Warszawie wydrukowano po raz pierwszy „Odprawę posłów greckich” Jana Kochanowskiego. Przypuścił go do herbu Jelita wielki kanclerz i hetman koronny Jan Zamoyski.
 Nobilami zostali potomkowie krakowskich Szarfenbergów, szlachcicem był Rafał Skrzetuski-Hoffhalter — drukarz w Austrii i na Węgrzech, także Cyprian Bazylik — kompozytor [również poeta; przyp. red.] i właściciel drukarni, Stanisław Kocmyrzowski nobilitowany przez cesarza Leopolda I w Wiedniu oraz kilku innych przedstawicieli naszej profesji.
 Stąd właśnie nazwa — towarzysz. Na podobieństwo np. towarzyszy pancernych w husarii, albo też grona osób szlachetnych, którzy drukarzy alias typografów dopuszczali chętnie do swego towarzystwa.
 Godność towarzysza sztuki drukarskiej zdobywało się ciężką, długoletnią pracą uwieńczoną aktem rzemieślniczych „wyzwolin” spod władzy drukarza-pryncypała. Myślę że warto o tym przypomnieć, bo podobne imponderabilia związane z zawodową dumą mieszczą się w szeroko pojętym etosie drukarstwa.

A więc uprawiamy szlachetny zawód. Ale czy drukarski (typograficzny) etos — podobnie, jak słowo „towarzysz” — nie został zbrukany?
Etos może nie tyle został zbrukany, co zapomniany. Zawód drukarza, typografa, od początku swego istnienia odbierany był jako swego rodzaju kulturowa misja. Drukarstwo stało się sposobem rejestrowania i przekazywania zdobyczy cywilizacji. Zapewniło międzypokoleniowy kontakt intelektualny. Druk dał ludziom nowoczesny sposób porządkowania myśli. Tempo pracy drukarsko-wydawniczej pozwala na bieżąco reagować w sprawach politycznych, naukowych, artystycznych czy edukacyjnych, a każda dziedzina wykształciła sobie właściwe formy publikacji. Nie jest przypadkiem, że np. Centralny Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Przemysłu Poligraficznego, w którym pracuję, podlega Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
 Nawet jeśli popatrzymy na poligrafię związaną z marketingowym obszarem działania: drukowaniem opakowań, etykiet, prospektów, folderów reklamowych itp., możemy dostrzec w niej narzędzie kreowania gustów społecznych, preferencji estetycznych, czy wręcz zachowań moralnych.
 Patrzę jednak optymistyczne w przyszłość, bo chyba pięknoduchy nie dały się do końca pokonać wszechogarniającej komercji. Działania wielu osób lub instytucji krajowych i zagranicznych pozwalają na taki optymizm.

Ale nie da się wręczyć etosu przyszłym drukarzom czy typografom razem ze świadectwem ukończenia szkół. To jest przecież zbiór zachowań i właściwy tylko dla członków środowiska sposób myślenia, którego się człowiek uczy od swoich mentorów.
Myślę, że można pokusić się o „wręczanie” etosu w szkołach. Wszystko zależy od nauczycieli. Młody człowiek jest szczególnie podatny na sugestie dotyczące zachowań i życiowych postaw. Jego osobowość jest jeszcze czystą, niezapisaną kartą. Pozbawiony wzorców chłonie jak gąbka np. wzorce rówieśniczej subkultury. Jeśli jednak nauczyciele nie będą potrafili wyzwolić satysfakcji z wykonywanej pracy i dumy z zawodu, to oczywiście nic z tego nie będzie.
 Zwróć uwagę, że obaj odczuwamy potrzebę dowartościowania typografii. Twoje pytania i moje odpowiedzi są tego najlepszym dowodem. Przecież powinniśmy raczej rozmawiać o literkach, tytulariach i paginach. A my co?

Wzorce rówieśniczej subkultury, a słowo nauczyciela… Andrzeju, sam przecież chodziłeś na wagary. Co było bardziej interesujące — teoria (szkoła), czy praktyka (drukarnia)? Gdzie z tym etosem się można było zapoznać? Starzy majstrowie nie wykładali go przecież zza biurka, a raczej sami go kultywowali. A nie bywało też tak, że etos w drukarzu się wyczerpywał i trzeba było go uzupełnić, popijając szklaneczką?
Masz rację. Ja miałem w rozumie „nauczyciela” w sensie ogólniejszym, ale w szkolnym kontekście wyszło, jak wyszło. Niemniej w moim technikum było dwóch, trzech nauczycieli, którzy wręcz zarażali szacunkiem i sympatią dla zawodu. Inż. Jan Barszcz, przedwojenny maszynista typograficzny, uczył maszynoznawstwa, a opowiadał nam o spotkaniach z niezwykłymi osobami w drukarni (nawet o wiewiórce biegnącej po pasie transmisyjnym pośpiesznej maszyny). Polonistka Zofia Ciechanowska podpowiadała, gdzie są wystawy książek, imprezy wydawnicze, spotkania z autorami. Myślisz, że nie chodziliśmy? W niczym nam to nie przeszkadzało iść potem na mecz, na randkę albo na prywatkę. Jan Jużda, nauczyciel z zecerni, hołubił czcioneczki i uczył widzieć w nich coś więcej, niż kawałek brudnego metalu. Na fizyce, gdy była mowa o świetle i barwach, poszliśmy do Zachęty na film o czarowaniu kolorami przez malarzy impresjonizmu. Itd., itd.
 Od nauczycieli wiele zależy. Nie twierdzę, że z mojej klasy wyszli sami artyści i miłośnicy czarnej sztuki. Jednak kilka duszyczek zostało złowionych na całe życie. Przy najbardziej brudnej zecerskiej robocie, albo przy mieszaniu farby, przy myciu walców maszyny drukarskiej, naprawdę czuliśmy się pracownikami kultury. Być może brzmi to górnolotnie, ale tak bywa, gdy chce się wypowiedzieć, co się czuje.
 Mistrzowie, starzy wyjadacze w drukarniach, to jeszcze inna sprawa. Wówczas niektórzy pamiętali jeszcze przedwojenne czasy, gdy Pan Zecer wychodził po wypłacie z drukarni gazetowej i zamawiał dwie dorożki. W pierwszej jechała laska i melonik, a w drugiej Pan Zecer. Oczywiście nie jechał prosto do domu, ale do ulubionego lokalu, aby z koleżkami pokrzepić się jakimś wesołym napojem. Panowało bowiem niczym nie uzasadnione, a jednak powszechne mniemanie, że alkohol jest świetną odtrutką na tlenki ołowiu wdychane w znacznych dawkach w drukarniach. Znaczne dawki ołowiu wymagały znacznych dawek trunku.

Ręka rękę myje, a wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Być może jakieś poczucie zawodowej jedności jest nam potrzebne. Tylko po co?
Nie lubię porzekadła „ręka rękę myje”, bo kojarzy się z sitwą albo kliką. Natomiast wspólnota interesów projektantów, drukarzy, redaktorów czy marketingowców jest faktem i wynika ze wspólnej pracy nad finalnym produktem.
 Drukarz drukarza czy projektant projektanta może traktować jako konkurencję zagrażającą własnym interesom. Zawsze tak było i będzie. Historia walki o przywileje drukarskie XVI-wiecznych krakowskich typografów przeciwko hegemonii Hallera jest tego najlepszym dowodem. Jednocześnie nie brak przykładów współpracy drukarzy w tamtym okresie: wspólnego korzystania z zasobów typograficznych, międzydrukarnianego współdziałania fachowców i ich pryncypałów.
 Nie ma zresztą potrzeby sięgać do przykładów z tak odległych czasów. Wiemy przecież, że dzisiaj pracujemy tutaj, a jutro gdzie indziej, że zakłady podejmują kooperację, że istnieje szeroka wymiana doświadczeń poprzez konferencje, seminaria, targi, internet, spotkania towarzyskie. Nie ma więc sensu walka z innymi oraz kwasy i niechęć do osób działających w naszej profesji. Wcześniej czy później odbija się to czkawką lub środowiskowym ostracyzmem.

Przykłady dobrego i złego projektowana typograficznego znajdujemy niemal w każdym medium. Wszędzie, gdzie pojawia się jakikolwiek przekaz, zazwyczaj pojawia się również tekst, a jeśli jest to tekst pisany (drukowany, wyświetlany etc.) już mamy do czynienia z typografią. Wydaje się, że jest ona wszechobecna, ale bardzo często ignorowana. Wielu projektantów weszło do zawodu przez ukończenie szkoły wyższej, ale chyba większa część jest samoukami. Dziś można zdobywać wiedzę o projektowaniu np. w czasopismach dla grafików czy różnych internetowych poradnikach. Od czasu do czasu organizowane są konferencje albo warsztaty projektowe, w których udział bywa bardzo kosztowny. Jak i gdzie najlepiej zdobywać wiedzę na temat projektowania w ogóle? jak i gdzie na temat typografii?
Ilość informacji, jaka dociera do nas w dzisiejszych czasach osiągnęła masę krytyczną. Coraz częściej łapiemy się na omijaniu wzrokiem reklam, wyrzucaniu nieczytanych druków, „wyłączaniu” swoich receptorów w nadziei na nieco spokoju oraz aby zebrać i usłyszeć własne myśli. Ale nic z tego! Oto przysłali znowu SMS, musisz sprawdzić maile, do kibla i do łazienki bierzesz telefon, z telewizora wrzeszczy głośniej emitowana reklama, itd., itd. Jeszcze próbuję się z tym borykać. Mam jednak kolegów, którzy już się poddali i tylko od czasu do czasu, jak błyskawica przelatuje im myśl: Boże, jeszcze kilka lat temu czytałem Konwickiego i Hegla, a teraz we łbie noszę błoto.
 Piszesz o złej i dobrej typografii wokół nas. Tak jest. Zawsze było podobnie i najpewniej długo będzie. Będzie zły typograf i dobry. Będzie zły i dobry murarz, zły lekarz i konował. Ale ja sobie zrobiłem z jakości typografii własną, prywatną maszynerię selekcyjną. Mianowicie nauczyłem się nie czytać niechlujnych tekstów i odrzucać je, jak odrzuca się podgniłe truskawki. Nadawca tekstowego komunikatu, dla którego wszystko jedno, że cudzysłów w polskim tekście jest angielski, albo nie rozróżnia myślnika i łącznika, czy też pisze słowa pospolite wielką literą a imiona własne małą, jest przeze mnie na wstępie „zwolniony”. On nie pisze do mnie, ale do jakiegoś bezrozumnego plebsu. Do ludzkiej tłuszczy, która podobnie jak on zapomniała już, czego uczono w podstawówce. Odbieram to jako wciskanie kitu lub częstowanie tekstem nieprzygotowanym, a więc — najprawdopodobniej niewiarygodnym.
 Szacunek dla pisma tworzy typografa. Trzeba zrozumieć jego fenomen, dostrzegać piękno, znać i stosować zasady pisowni, czuć ducha historii pisma i nowoczesności. Bez użycia pisma, kluczowego wynalazku ziemskiej cywilizacji, nie sposób utrwalić żadnej głębszej myśli. Obrazkami nie zapiszemy ani „Lokomotywy” Tuwima, ani statystyki Bosego-Einsteina, choćby nawet i Caravaggio pinxit. Zamiast przeczytać „ogary poszły w las”, możemy zobaczyć w telewizorze jak psy pobiegły do lasu. Nie sądzę więc, aby wszyscy twórcy książek i prasy dali się zepchnąć w prymitywizm popkultury. Albo lepiej: jedni dadzą się, inni nie.
 Ja już tego nie zobaczę, ale Ty Rafale wraz z zawodowymi przyjaciółmi (i rywalami) będziesz tworzył elitarną grupę osób czytających, uprawiających dobrą typografię, czujących tekst, szukających autorów, którzy mają coś do powiedzenia. Owa elita będzie dość szczupła, ale bardzo znacząca. Niektórzy z członków otaczającej Was ludzkiej magmy gadżeciarzy, czcicieli obrazka oraz pospolitej demokracji, w której większością głosów ustala się, kto ma rację, będą usilnie starali dostać się do Waszej elity. Wówczas jednak będą musieli „wkupić się” płodem własnego rozumu zapisanym na karcie papieru. Społeczność rodem z Galaktyki Gutenberga zdecydowanie się skurczy i najprawdopodobniej książka, gazeta czy intelektualne czasopismo, będą ekskluzywnym towarem sprzedawanym w czymś na kształt galerii albo gaju Akademosa. Będzie tam przyjemnie, a w swoim gronie znajdziecie rozrywkę i szczęście.
 A gdzie się uczyć? Jeśli komuś nie wystarczają krajowe szkoły, imprezy warsztatowe i seminaryjne oraz dostępna literatura, nie ma problemu. Zürcher Hochschule der Künste albo Création Typographique w paryskiej École Estienne pracują nie bojąc się modnego hasła „No future book”. Trzeba poznać język i jechać po naukę. Wszystko jedno który: angielski, niemiecki, francuski, włoski czy czeski, bo szkół w Europie dostatek.