Drukarz | Typografia po polsku

Oznaczone tagiem „drukarz”

Przychodzi baba do drukarza  Odcinek 4

27 stycznia 2010


 — Dzień dobry Panie Metrampaż, znowu szpryca była! Aż strach chodzić koło pana.
 — Szpryca, jak szpryca — raz w tygodniu musi się zdarzyć. Dlatego mówiłem, żeby postawić pod ścianą.
 — Ale tych dziur w ścianie… niedługo przebije na wylot.
 — To będzie lepsza wentylacja, Panie Drukarz, he, he, he!
 — Panie kolego, chodźmy na drugą halę, bo od tych oparów słabo się robi.
 — Ano tak, trzeba się odtruć. Chodźmy i opowiadaj pan.

 — [delikatne pukanie do drzwi] Pan się chyba jeszcze gniewa?
 — Proszę. Niech wejdzie… niech powie o co chodzi.
 — Bo ja chciałam plakat wydrukować, ale pilniejsze są ulotki, o tu przyniosłam załącznik…
 — O! z czymś takim na stole możemy rozmawiać. A więc w czym mogę pomóc?
 — A więc… tu chciałabym czcionkę Arial, dużą, reszta Times New Roman. Wszystko czarno na białym, tylko tu, ten mały kwadrat — bordowy.
 — Ale ja czcionek Arial nie mam, nawet o takich nie słyszałem, może Paneuropa się nada?
 — No ostatecznie, a Times New Roman?
 — Może być garmond?
 — Nie, przecież Garamond zupełnie nie pasuje, nie ma pan czegoś bardziej odpowiedniego?
 — Jeśli nie w garmondzie, to mogę złożyć w perlu…
 — „To jakiś żart? Przecież w perlu, to Maniek programuje”. [głośno] — Nie, nie, perl też nie pasuje.
 — Więc może cycero?
 — Ale co ma do tego Cyceron? Szczerze mówiąc, znam tylko jego Lorem ipsum.
 — Hm… W jakim stopniu ma być tym Timesem?
 — Ten, no… cały tekst, oprócz nagłówków.
 — Ale jaką wielkością? Perl, petit, garmond, cycero…?!
 — Times New Roman?… Tak ze dwa milimetry?
 — Eh, dobrze… Będzie gotowe pojutrze. Do widzenia.


Kon­kurs
1. O czym roz­mawiają panowie w drukarni?
2. Jaki stopień pisma do­bierze Pan Drukarz?

Od­powiedzi można po­dawać w komen­tarzu — jest to moż­liwe tylko po za­logowaniu — im bar­dziej opisowo, tym lepiej. Można od­powiedzieć na jedno z pytań lub na oba. Wśród traf­nych od­powiedzi, jed­noosobowe jury, w którego skład wej­dzie au­tor niniej­szego blogu, do­kona zdecydowanie su­biek­tyw­nej oceny i przy­zna na­grodę — książkę An­drzeja Tomaszew­skiego pt. „Giserzy czcionek w Pol­sce”. Uwaga: nie­wy­kluczone, że pojawi się moż­liwość przy­znania więcej, niż jed­nej na­grody.
 Na­grodzone osoby po­proszę o po­trzebne dane po roz­strzygnięciu. Zostaną one prze­kazane wy­dawcy (ogme​.pl), który zrealizuje wy­syłkę.

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie pierwsze

1 czerwca 2009

Można dys­kutować, wy­mądrzać się, za­snąć lub bez­wied­nie roz­dziawić gębę. Po prostu można się przy nim czuć swobod­nie, nie na­rażając na żadne kon­sekwen­cje. Spo­tkanie z An­drzejem Tomaszew­skim prze­biega miło. Nie pamiętam, aby było ina­czej. Za­praszam na pierw­sze z dwóch, a może trzech czy dziesięciu — szczerze nie wiem. Ale chyba będzie ciekawie.

Andrzej Tomaszewski
Fot. Marek Ryćko

Po­znałem cię w 2005 roku pod­czas Akademic­kiego Kursu Typografii. Wszedłem spóź­niony na twój wy­kład o historii pisma. Poza tym, że po­kazywałeś slajdy, prawie nic nie mówiłeś. Póź­niej, pod­czas wspól­nych, grupowych spo­tkań poza wy­kładami, było więcej okazji do swobod­niej­szej wy­miany myśli. Roz­mawiało się o typografii i o życiu. Pamiętam, jak po­kazałeś kiedyś pewną kłódkę na war­szaw­skim Pod­walu…

Kłódka, o którą pytasz, ma ponad czter­dziestolet­nią historię. Z moim kolegą Krzysz­tofem Mar­cin­kiewiczem za­wiesiliśmy ją ok. 1967 roku, a kluczyk wrzuciliśmy do kanału. Byliśmy wów­czas uczniami war­szaw­skiego Tech­nikum Po­ligraficz­nego. Kłódka wisiała spo­koj­nie na barierce mostku do lat 90., aż za­częto remon­tować mury Starego Miasta. Za­dzwonił do mnie Krzysiek, który miesz­kał na Starówce: „An­drzeju! Jakieś Blade Twarze zdjęły na­szą kłódkę!” Na­tych­miast kupiłem nową na ulicy od rosyj­skojęzycz­nego han­dlarza. Do­brą, nie­rdzewną. Pojechałem do Krzyśka i razem po­wiesiliśmy na wy­remon­towanej barierce. Klucz — oczywi­ście — wy­lądował w kanale. Kłódka jest czasem na­zywana Kłódką Wuja An­drzeja (to już za­sługa Romka, mojego siostrzeńca miesz­kającego od lat w Paryżu).


Tech­nikum po­ligraficzne, to chyba nie­typowy wstęp do za­wodu dizaj­nera? Spo­śród koleżanek i kolegów, z którymi dwadzie­ścia kilka lat póź­niej koń­czyłem po­dobne tech­nikum we Wrocławiu, w branży po­została led­wie garstka. Więk­szość znalazła się w szkole z przy­padku, tylko kilka osób było związanych z po­ligrafią rodzinną tradycją. A jak to było z tobą?

Tech­nikum w latach 60. było do­skonałym wstępem do za­wodu. Wów­czas właśnie w drukar­niach od­bywały się wszyst­kie procesy przy­gotowaw­cze do druku. Wszystko, co dzisiaj robimy w Photoshopach, Quar­kach czy Il­lustratorach, w RIP-​​ach, sys­temach im­pozycyj­nych oraz na­świetlar­niach, wy­konywało się w działach reprodukcyjno-​​fotograficznych, w ze­cer­niach, retuszer­niach, kreślar­niach, chemi­grafiach, kopiach of­f­setowych i w wielu in­nych działach drukarń, za­leż­nie od stosowanych tam tech­nologii.
 Jestem facetem, który w doj­rzałym wieku siadając przed kom­puterem, już od razu wiedział, co chce uzyskać nowymi na­rzędziami. Nikt nie musiał mi tłumaczyć, czym jest raster, za­lewka, triada, żywa pagina albo szewc lub bękart, czy też gatunki papieru. To nie był, rzecz jasna, koniec mojej typograficz­nej edukacji, ale po­czątek dający solidne pod­stawy za­wodu.


A skąd po­mysł na na­ukę w Tech­nikum Po­ligraficz­nym? Wy­brałeś szkołę właśnie dla tych „solid­nych pod­staw”?

Jako gołowąs nie myślałem o projek­towaniu typograficz­nym. Chciałem być drukarzem. Chętka cał­kiem na­turalna, bo mój oj­ciec był szefem tech­nicz­nym po­tęż­nej Spół­dzielni Wy­daw­niczej Czytel­nik i redak­torem miesięcz­nika Po­ligrafika, a mama pracowała w wy­daw­nic­twie Wiedza Po­wszechna.
 Tak więc miałem dom pełen książek, a w per­spek­tywie kon­tynuację rodzin­nej tradycji poligraficzno-​​wydawniczej oraz po­moc w wielu fachowych problemach. Siostra wy­lądowała w Liceum Księgar­skim. Tata mojego przyjaciela z po­dwórka był kolejarzem i on po­szedł do Tech­nikum Kolejowego. Tak wtedy często bywało.


A więc jed­nak tradycja… Byłeś pil­nym uczniem? Na pewno nie chodziłeś na wagary? I zostałeś w końcu drukarzem?

Oczywi­ście, że chodziłem na wagary. Patrząc na wagary z per­spek­tywy czasu, do­chodzę do wniosku, że są jedyną sen­sowną formą buntu na­stolatka, na­bur­muszonego prze­ciwko do­rosłym, wtłaczającym go w nisz­czące swobodę ramy codzien­nej, rutynowej i zor­ganizowanej na­uki. Telepały się we mnie jed­nak resztki roz­sądku i wagarowałem na przed­miotach, z których byłem do­bry. Chodziłem zaś na lek­cje, na których byłem słab­szy, aby nie produkować do­dat­kowych kłopotów.
 Drukarzem zostawało się chcąc nie chcąc. W sze­ścio­dniowym tygo­dniu pięciolet­niej na­uki mieliśmy trzy dni do­brze zor­ganizowanych warsz­tatów na sprzęcie używanym po­wszech­nie w drukar­niach. Były też wakacyjne prak­tyki w naj­praw­dziw­szych za­kładach, np. w Drukarni im. Rewolucji Paź­dzier­nikowej na­uczyłem się składać wzory matematyczne (ołowianymi czcion­kami oczywi­ście), a w Do­świad­czal­nej Oficynie Graficz­nej PSP po­znałem typograficz­nego guru, Leona Urbań­skiego, który trząsł całą drukar­nią. Matura tego tech­nikum była war­to­ściowa. Z mojej klasy kilka osób bez problemów zdało na dzienne studia i to na różne wy­działy: han­dlu za­granicz­nego, ger­manistyki, historii czy po­ligraficz­nej in­żynierii.


Nie tylko drukować, ale też składać — czego jesz­cze na­uczyłeś sie w tech­nikum? Czy był to tylko druk typograficzny i skład ręczny?

Klasy były po­dzielone wg specjal­no­ści — ja byłem w ze­cer­skiej. Jed­nak na lek­cjach tech­nologii i maszynoznaw­stwa uczyliśmy się o wszyst­kim. Tak więc wiedziałem co trzeba o in­troligator­stwie lub of­fsecie, ale zajęcia prak­tyczne do­tyczyły wy­branej specjal­no­ści. Istotne były lek­cje chemii i materiałoznaw­stwa, które dawały wiedzę na przy­szłość. Rzecz jasna, jak w każ­dym in­nym fachu, trzeba póź­niej stale śledzić nowo­ści tech­niczne i tech­nologiczne, jeśli pracuje się w branży.
 Czytałem póź­niej m.in. czasopisma za­wodowe, w których była rzeczywista wiedza prak­tyczna. Dzisiaj są one głów­nie zbiorem marketingowo-​​reklamowych materiałów i kroniką in­stalacji urządzeń w po­szczegól­nych drukar­niach, o co bar­dzo dbają producenci sprzętu. Dzien­nikarz za­wodowy nie może na­pisać, że np. farbą firmy X źle się drukuje na papierze firmy Y, albo że maszyna Z nie spraw­dza się pod­czas drukowania tego lub owego. Taki ar­tykuł nie prze­chodzi, bo miesięcz­nik nie do­stanie reklam od firm zain­teresowanych, a więc straci pod­stawy bytu. Zupełna paranoja.


To chyba uwaga głów­nie do Po­ligrafiki? W latach dziewięć­dziesiątych za­czytywałem się w niej. Po­tem za­czął z nią kon­kurować Świat Druku i kilka in­nych. Wszyst­kie dość szybko za­mieniły się w czasopisma reklamowe aż… prze­stałem je kupować. Czasami na horyzon­cie pojawiło się jakieś war­to­ściowe pismo, które szybko znikało… Oprócz Czytel­nika, właśnie w Po­ligrafice pracował twój oj­ciec, Roman. Miał ogromny typograficzny do­robek. Uczył projek­towania pism na paru uczel­niach, wy­dawał Literę, za­łożył Ośrodek Pism Drukar­skich i przez wiele lat był ak­tyw­nym człon­kiem ATypI. Wy­gląda na to, że więk­szość za­wodowych zain­teresowań przejąłeś właśnie od niego.

Rola i przy­kład ojca były nie do prze­cenienia w mojej drodze za­wodowej. Szczegól­nie na jej po­czątku. Primo, za­szczepił mi au­ten­tyczną miłość do książek i pasję książ­koroba. Secundo, był nie­zgłębionym źródłem in­for­macji i wresz­cie ter­tio, znakomicie ułatwił mi start za­wodowy i znajomość środowiska drukarsko-​​wydawniczego.
 Róż­nica między nami jest i po­zostanie, a z oj­cem nie za­mierzam się „ścigać”. On był bar­dziej or­ganizatorem i krytykiem typografii. Jego do­robek publicystyczny liczy ok. 440 po­zycji bibliograficz­nych. Był do­skonałym jurorem w międzynarodowym wy­miarze. Miał precyzyjne oko do roz­maitych graficz­nych korekt, wy­korzystywane przez liczne grono grafików. Swoje prace prowadził sys­tematycz­nie — tworzył ideę i ją realizował. Takim przy­kładem jest wy­chowanie grona projek­tan­tów pism na war­szaw­skiej ASP i w Ośrodku Pism Drukar­skich. Ja działam ina­czej. Jestem przede wszyst­kim projek­tan­tem książek i redak­torem. Jed­nak moją żyłkę publicystyczną z pew­no­ścią genetycz­nie mam po ojcu.
 Jest jesz­cze jedna, fun­damen­talna róż­nica. Kiedy ja, w wieku naj­bar­dziej na na­ukę od­powied­nim studiowałem bibliologię na uniwer­sytetach, prak­tykowałem w wy­daw­nic­twach i drukar­niach, robiłem kursy fotoskładu i tech­nologii, on działał w kon­spiracyj­nej drukarni, siedział na Gestapo w po­znań­skiej cytadeli, w obozach kon­cen­tracyj­nych w Żabikowie i Mauthausen, a po­tem z gruzów Szczecina i Wroc­ławia wy­dobywał czę­ści maszyn drukar­skich.


Tech­nikum, studia, kursy, praca w drukarniach/​wydawnictwach, publicystyka… chyba nie robiłeś wszyst­kiego na­raz? Kiedy do­stałeś pierw­szą praw­dziwą pracę?

Za­raz po tech­nikum zdawałem na dzienne studia historii sztuki, na uniwer­sytet. To była straceń­cza szarża (16 osób na jedno miej­sce). Nie do­stałem się i z miej­sca po­szedłem pracować do War­szaw­skiej Drukarni Ak­cyden­sowej. Miała dwa za­kłady: typograficzny i of­f­setowy. Po­szedłem do ze­cerni w typograficz­nym. Musiałem wkom­ponować się w ze­spół rutyniarzy, bo trafiłem do do­brze zgranej grupy robiącej duże tabele i łamiącej wielostronicowe fol­dery dla cen­tral han­dlu za­granicz­nego. Cała ze­cer­nia składała się z trzech współ­pracujących ze sobą czę­ści: ręcz­nej, linotypowej i monotypowej — łącznie ok. 35 osób. Praca na dwie zmiany.


Za­liczyłeś każdą? Dziś skład kojarzy się ludziom przede wszyst­kim z kom­puterem. Ale ty miałeś do czynienia z wier­szow­nikiem, justun­kiem, czcion­kami, klawiaturą linotypu czy tastrem… Czy możesz opowiedzieć jak się pracuje w ołowiu?

Nie, nie składałem na klawiaturze linotypu i tastra monotypowego. Było to tylko od­składywanie wier­szy tek­stu wg reguł (które zresztą do­brze znałem) — po­wiedzmy — mikrotypografia. Mnie na­tomiast bar­dziej po­ciągało tworzenie całej publikacji. Wolałem więc pracować jako łamacz (metram­paż). Wśród in­struk­cji tech­nicz­nych, po­wylepianych makiet po­szczegól­nych stronic, korekt, budowania ołowianych kolumn z od­składanych już tek­stów, chemigraficz­nych cyn­kowych ilustracji oraz materiału justun­kowego, czułem się jak ryba w wodzie.
 Dzisiej­sze składanie w kom­puterowych programach jest dużo łatwiej­sze i nie­po­rów­nywal­nie szyb­sze. Poniżej za­sad­nicze róż­nice:
— brak ograniczeń wynikających ze sztyw­nej „prostokąt­no­ści” kawał­ków metalu. Nie mogłeś nic przy­sunąć bez cięcia, piłowania, lub szlifowania;
— au­tomatyczne na­rzędzia programów wy­konują justowanie. Wy­liczą za ciebie szeroko­ści elemen­tów kolumny, tabeli, matematycz­nej for­muły itp. Koniecz­ność ze­stawienia ideal­nie wy­liczonych prostokąt­nych kolumn była w ze­cer­stwie naj­waż­niej­szą umiejęt­no­ścią. Nie­równe, nie­do­liczone kolumny i ich frag­menty sypały się pod­czas manipulacji oraz drukowania na maszynie;
— nie trzeba prze­rzucać setek kil­kogramów ołowiu, np. po­prawiając korektę;
— nie trzeba roz­bierać kolumn po wy­drukowaniu w celu od­zyskania cen­nego materiału ze­cer­skiego i złomu do prze­topienia;
— nie musisz wdychać pyłów i oparów ołowiu.
A reszta, to wła­ściwie to samo.


A fotoskład? Historia Donalda Knutha i jego kom­puterowego sys­temu składu — który opracował po­dobno pod wpływem nie­zadowolenia z pracy fotoskładaczy nad jego książką — sugeruje, że była to ciemna era typografii. Czy to prawda?

Wręcz prze­ciw­nie, to snop czystego światła! Rewolucja, która spo­wodowała gwał­towny roz­wój tech­niczny w po­ligrafii, ze­rwanie z metalem, ciężarem oraz ograniczeniami materii. Dzisiaj tech­niki drukowania wy­pukłego, z wyjąt­kiem flek­sografii, znaj­dują się już w skan­senie drukar­stwa, a sprawił to fotoskład. Bez tej fazy tech­nologicz­nej nie byłoby programów edytor­skich, fon­tów kom­puterowych, na­świetlarek i wy­daj­nych skanerów.
 Oczywi­ście fotoskład to tylko hasło. Nie można urządzeń optycz­nych, składających prymityw­nymi fotomatrycami, po­rów­nywać z elek­tronicz­nymi urządzeniami na­świetlającymi film liter­kami z lampy elektrono-​​promiennej CRT. Tech­niki na­świetlania, spo­soby mon­tażu, przy­gotowanie blach of­f­setowych — wszystko zmieniało się jak w kalej­doskopie.
 Profesor Knuth miał nie­fart, jako au­tor publikacji. Był matematykiem i in­for­matykiem, którego prace wy­magały umiejęt­no­ści składania nowymi na­rzędziami, nie­przystosowanymi jesz­cze do ar­cytrud­nych tek­stów. Tech­nologowie fotoskładu pracowali nad roz­wiązaniami tech­nicz­nymi, mechaniczno-​​optyczno-​​elektro­nicznymi, a sprawom kom­plikacji ze­cer­skich po­święcano wów­czas mniej uwagi. Nie można już było złożyć wzoru matematycz­nego ręcz­nie, ani sys­temem czterowier­szowym na monotypie. Coś trzeba było wy­kom­binować. Knuth to zrobił i za­mknął swój po­mysł w jed­nym spój­nym sys­temie „chodzącym” na każ­dej plat­for­mie cyfrowej.


Mówimy, oczywi­ście, o TeX-​​u. Za­rzekałeś się wcześniej, że w od­róż­nieniu od ojca, zaj­mujesz się głów­nie redak­cją i projek­towaniem książek. Ale prze­cież uczest­niczysz w pracach Pol­skiej Grupy Użyt­kow­ników Sys­temu TeX (którego za­pewne używasz na co dzień), jako członek za­rządu. Prowadzisz prze­różne warsz­taty i wy­kłady. Pisałeś bądź piszesz w fachowych czasopismach. Na­pisałeś kilka książek (na­wet w tej chwili jest w przy­gotowaniu kolejna!). Zaj­mowałeś się też projek­towaniem i sys­tematyką pism drukar­skich.

A jed­nak mówiłem prawdę. Ina­czej są roz­łożone ak­centy i za­kręty za­wodowych dróg — ojca i mojej. Minęło już 16 lat od­kąd po­znałem użyt­kow­ników sys­temu TeX. Sam go nie stosuję, choć dużo o nim wiem. Z TeXow­cami jestem w przyjaźni i często wspól­nie pracuję. Staram się w ich środowisku propagować kul­turę typograficzną, po­kazywać sens wy­daw­niczego projek­towania i znaj­duję uważ­nych słuchaczy. Po­magają mi tacy wspaniali ludzie z poza TeXa, jak: Adam Twar­doch, Tomasz Bier­kow­ski, Mał­gosia Dubowiak, Robert Chwałow­ski i inni.
 Przed­miotem moich wy­kładów i warsz­tatów jest typografia uprawiana nie­zależ­nie od na­rzędzia. Quark, TeX, Corel, Il­lustrator, wier­szow­nik czy motyka — wszystko jest do­bre tylko wów­czas, gdy ma się do­bry po­mysł. Jest mi rów­nież bliska, propagowana przez międzynarodowe środowisko TeXowe, idea wol­nego oprogramowania.


Człon­kowie GUST pod­jęli inicjatywę udostęp­niania fon­tów, jako do­bra publicz­nego. Znaj­dują się wśród nich kroje przed laty używane w składzie gorącym, jak Cyklop, An­tykwa Pół­taw­skiego czy An­tykwa Toruń­ska. Twórca ich fon­towych wer­sji, Janusz M. Nowacki, wspomina cię w po­dziękowaniach. Jak głęboki był twój udział w ich po­wstaniu? Świadomość twojego dużego do­świad­czenia w projek­towaniu i po­prawianiu pism, na­suwa rów­nież pytanie: Gdzie można na­być kroje przez ciebie za­projek­towane lub spo­lonizowane, albo czy można je chociaż obej­rzeć? Mówiąc o pismach drukar­skich, mam rów­nież na myśli ART — cóż to takiego? — i Lek­sykon pism drukar­skich. Bar­dzo wiele osób, które grzebią w literach, chciałoby mieć tę książkę. Po­szukują jej w an­tykwariatach lub au­kcjach in­ter­netowych. Czy, wobec tego, ukaże się jej nowe wy­danie?

GUSTowne fonty po­wstawały w ciągu całej historii tej or­ganizacji. Naj­więk­sze za­sługi w ich tworzeniu mają: Janusz M. Nowacki, Bogusław Jac­kow­ski i Piotr Strzel­czyk — twórcy fon­towego programu MetaType opar­tego na maszynerii TeXowego MetaPosta. Nie wy­łożę tu całej historii kil­kunastu krojów pism, ale kto chce, może do­trzeć do drukowanych ar­tykułów na ten temat. Mój udział był skromny. Po­legał na szukaniu źródeł graficz­nych, spo­radycz­nych kon­sul­tacjach, testach fon­tów Type1 na Makin­toszu, propagowaniu ich na łamach prasy. Do­tyczył głów­nie An­tykwy Pół­taw­skiego i krojów, które po­wstały na bazie Kuriera, projek­towanego w OPD.
 Nie bar­dzo wiem, jak po­wstał mit o projek­towaniu przeze mnie pism. Ni­gdy w życiu tego nie robiłem. Na­tomiast pracując dla SAD-​​u (Ap­ple Com­puter IMC Po­land) spo­lonizowałem ok. 900 fon­tów Type1. Sporo z nich można zobaczyć we wkład­kach miesięcz­nika Wy­dawca z lat 1993 – 2003. Fonty z SAD-​​u nie chodziły na PC-​​tach, a po wej­ściu unikodowych Open­Typów stały się już historią.
 ART — (A)ndrzej i ®oman (T)omaszewscy — to na­zwa klasyfikacji drukar­skich pism al­fabetu łaciń­skiego, którą spo­rządziliśmy wraz z oj­cem. Jest jedną z wielu proponowanych na świecie klasyfikacji. Można się z nią za­poznać m.in. w Lek­sykonie pism drukar­skich. Lek­sykon po­wstał 13 lat temu. W dziedzinie tech­niki DTP, czas pędzi na łeb, na szyję. Książka wy­maga więc ak­tualizacji wielu haseł i do­pisania nowych. To przy­naj­mniej rok in­ten­syw­nej pracy, na którą nie mogę sobie po­zwolić, bo nie miał­bym co do garnka włożyć.


Mimo to, piszesz inne książki — Za­piski książ­koroba, a teraz kolejna. Ludzie gadają, że to będzie książka o… książ­kach? Twoje na­zwisko na pierw­szej stronie będzie dla wielu osób wy­star­czającym ar­gumen­tem do za­kupu, ale może są jesz­cze jakieś? Kiedy i pod jakim tytułem szukać jej w księgar­niach? czego oczekiwać między okład­kami?

Do­brze ludzie gadają — rzeczywi­ście będzie o książ­kach. Jest to rodzaj ad­notowanej bibliografii. Na­zwałem ją bibliografią sen­tymen­talną, a do­tyczy mojej prywat­nej biblioteki. Opisuję w niej książki z ich cechami in­dywidual­nymi i za­war­to­ścią tre­ściową. Takie, które były dla mnie ważne, budowały za­wodową osobowość oraz wiązały się z nie­którymi wy­darzeniami. Książkę projek­tuje Mał­gosia Dubowiak, fotografie do niej zrobił Marek Ryćko, wstęp na­pisał Stefan Szczypka, a wy­dawać za­mierza Robert Chwałow­ski.


Projek­towanie książek, znaków diakrytycz­nych, składanie i łamanie — w ołowiu i na kom­puterze — to wszystko umiesz. Umiesz też pisać i redagować. Można by wy­snuć wniosek, że jak ktoś projek­tuje albo przy­gotowuje książki, to po pew­nym czasie zostanie pisarzem. Jed­nak studiowałeś bibliologię — nie od razu po tech­nikum, a więc kiedy? Co nowego wniosły studia? Czy po ich roz­poczęciu prze­rwałeś pracę w ze­cerni? Co było dalej?

Jak już wiesz, nie do­stałem się za pierw­szym razem na studia i po­szedłem do drukarni. Byłem wtedy w takim wieku, w którym — bez znajomo­ści w komisji rekrutacyj­nej — bez­apelacyj­nie szło się do woj­ska. Od­służyłem więc ku chwale oj­czyzny bite dwa lata na lot­nisku, w telefoniczno-​​telegraficznej kom­panii. Na uniwer­sytet zdawałem z woj­ska. Na pisem­nym eg­zaminie wy­glądałem sen­sacyj­nie — w mun­durze po­śród dziew­częcych białych bluzeczek (mocno sfeminizowany kierunek studiów).
 Studiowałem w War­szawie i we Wrocławiu, ale studiów nie skoń­czyłem. Bar­dzo nie­pedagogicz­nie to za­brzmi, ale w którymś momen­cie uświadomiłem sobie, że nie tego chcę się uczyć, i że są ciekaw­sze rzeczy do robienia. Ni­gdy nie za­leżało mi na studiowaniu dla papierka, na­tomiast dzięki studiom po­znałem kilka osób, które miały znaczny wpływ na moją dal­szą, już in­dywidualną, edukację.


In­dywidualna edukacja? Czyż­byś jed­nak był out­siderem? Od­ciętym od świata molem książ­kowym, po­chłoniętym wy­łącz­nie zdobywaniem wiedzy?

Nie, nie byłem na uboczu, chociaż za­wsze po­łykałem książki. Zmieniłem tylko teren działania, bo akademic­kie życie okazało się dla mnie nudne. Ciągnęło mnie znowu do kon­kret­nej pracy. Nie miej­sce tutaj na kolejne CV, ale pracowałem w po­ligrafii (m.in. Ośrodek Badawczo-​​Rozwojowy) i wy­daw­nic­twach (m.in. PIW), prze­żywałem au­ten­tyczne biblioteczne przy­gody in­telek­tualne, np. z XIX-​​wiecznym katalogiem Biblioteki Jagiel­loń­skiej, uczyłem się fotoskładu, próbowałem robić reprint atlasu Heweliusza itp., itp. Przy tym za­rabiałem pieniądze. Żyć, nie umierać. Nijak się to miało do sys­tematycz­nej uczel­nianej na­uki.


No, a jak było z publicystyką? Za­cząłeś pisywać do czasopism? W którym momen­cie pojawiło się ProTypo? Możesz coś więcej o nim po­wiedzieć?

Z historią mojej pisaniny można za­poznać się na stronie in­ter­netowej, a po­czątek przed­stawiłem w Za­piskach książ­koroba. ProTypo po­wstało w czasie, gdy rządy Mazowiec­kiego i Bielec­kiego na­woływały aby „brać sprawy w swoje ręce”. Na po­czątek za­łożyłem wy­daw­nic­two Pro Libris i przy finan­sowej po­mocy ojca wy­dałem książkę dla dzieci Sekrety słów. Na­pisana przez moja siostrę i jej przyjaciela była latach 80. hitem Na­szej Księgarni. Roz­sprzedano wów­czas dwa duże na­kłady. Moje przed­się­wzięcie okazało się wielką klapą, o której przy­czynach długo by mówić.
 Drugą inicjatywą Pro Libris była próba publikowania kwar­tal­nika ProTypo. Miał na­wiązywać do redagowanej nie­gdyś przez ojca Litery. Udało się wy­pu­ścić tylko pięć ze­szytów. Miałem 500 prenumeratorów, jed­nak żeby co naj­mniej „wyjść na zero” po­trzeba było ok. 900. Próbowałem ratować pismo or­ganizując z oj­cem płatne seminaria ProTypo. W 1992 roku od­były się dwukrot­nie w In­stytucie Wzor­nic­twa Prze­mysłowego. Jako ciekawostkę mogę po­dać, że koszt uczest­nic­twa w drugim seminarium wynosił 2 000 000 in­flacyj­nych złotych.
 Po­mimo kil­kunastu krzepiących głosów i pod­trzymujących na duchu przyjaciół, musiałem zrezygnować z ProTypo. Prze­konałem się — biz­nes­menem nie zostanę. Zlikwidowałem firmę i roz­goryczony, po­szedłem do nor­mal­nej, etatowej pracy. 1992 był też rokiem śmierci mego ojca. Nie miałem już dla kogo się starać.


Ale czy etatowa praca po­zwala na swobodę twór­czą? We własnym wy­daw­nic­twie ty decydowałeś, jak ma wy­glądać książka. Typograf na etacie jest pod tym względem trochę ubez­własnowol­niony. W nie­których wy­daw­nic­twach nie ma świadomo­ści, że książka po­winna być od­powied­nio za­projek­towana. Wobec tego, można by za­pytać, czy w ogóle warto zaj­mować się typografią?

Za­leży, gdzie i z kim się pracuje. Są miej­sca, które za­bijają osobowość. Są też takie, które sprzyjają twór­czej pracy. Ja miałem szczę­ście do pracodaw­ców, czy pań­stwowych, czy to prywat­nych.
 Moje projek­towanie książek za­częło się właśnie od etatowej pracy, w latach 70. w Pań­stwowym In­stytucie Wy­daw­niczym, gdzie byłem kierow­nikiem redak­cji tech­nicz­nej. To czasy „przed­kom­puterowe” i o DTP się jesz­cze nie śniło. Każdy maszynopis książki na­leżało ad­iustować do składu w drukarni, opisać ilustracje, przy­gotować makietę dla ze­cerów. PIW wy­dawał wtedy ponad 200 tytułów rocz­nie. Było więc co robić. Pracow­nią graficzną wy­daw­nic­twa kierowała nie­żyjąca już Jolanta Barącz, wów­czas znana graficzka książ­kowa. Mając grafików za­trud­nionych etatowo, współ­pracowała do­dat­kowo ze znanymi twór­cami: Januszem Stan­nym, Leonem Urbań­skim, Romanem Cieślewiczem, Woj­ciechem Freuden­reichem, Janem Bokiewiczem i wieloma in­nymi, którym za­leżało na pracy dla PIW-​​u. To właśnie Jolanta Barącz dała mi pierw­sze książki do za­projek­towania od A do Z. Kon­tak­tom z grafikami oraz znakomitymi redak­torami za­wdzięczam swoją wy­daw­niczą wiedzę i umiejęt­no­ści. To były osoby-​​instytucje, nie­którzy o charyzmatycz­nym au­torytecie, np. redak­torzy Marian Bizan i An­tonina Jelicz. Wszystko to miałem w pracy na etacie.
 Dzisiaj wy­dawaniem książek zaj­mują się często osoby za­wodowo nie­zbyt przy­gotowane. Nie ma już wiel­kich wy­daw­nictw za­trud­niających licz­nych fachow­ców, bo nie ma takiej ekonomicz­nej i tech­nologicz­nej po­trzeby. Wiele rzeczy robi się na ze­wnątrz, m.in. projekty książek. Dużo więc za­leży od nas samych: po­trafimy czy nie po­trafimy prze­konać wy­dawcę do ciekaw­szej kon­cep­cji, przed­stawić wizual­nie i rzeczowo swój po­mysł, na­mówić na lep­szy papier lub in­troligator­skie płótno, prze­konać do zmiany drukarni albo na­świetlarni. Czyli, general­nie, za­leży od daru prze­konywania i takiego przed­stawienia sprawy, aby decydent chciał nas słuchać. To trudne, ale umiejęt­no­ści negocjacyjne rosną wraz z do­świad­czeniem za­wodowym. Czasem się nie udaje. Mówi się trudno — nie wy­szło z Kowal­skim, wyj­dzie z Wiśniew­skim. Zdaję sobie sprawę, że młodzi ludzie mają więcej do stracenia. Dbają o małe dzieci, urządzają gniazdka do­mowe i często, dla pieniędzy, muszą coś robić prze­ciwko sobie. Póź­niej jed­nak, gdy latorośle od­chowane i nie kapie na głowę, można trochę po­marudzić, przyj­mując pracę.


Wy­daje mi się, że osobowość zawodowa/​artystyczna roz­wija się rów­nież poza pracą. Do­rastałeś w specyficz­nej, twór­czej at­mos­ferze. Dziś także po­ruszasz się w jakimś, kon­kret­nym otoczeniu. Jakie ono jest?

Kasia — żona — pedagog szkolny, kurator sądowy; Ewa — córka — et­nolog (Uniw. War­szaw­ski), master of art (Brunel Uniwer­sity, Lon­don); Kleks — kot — obecny duchem, choć prze­niósł się do lep­szego świata.
 Na­tomiast moje otoczenie zawodowo-​​towarzyskie tworzą głów­nie osoby związane z książ­kami. Są wśród nich bibliotekarze, wy­dawcy, graficy, literaci, drukarze, a ostat­nio rów­nież księgarze. Nie znaczy to, że z ludźmi in­nych za­wodów nie mam kon­taktu. Z in­żynierem budowy dróg jeż­dżę na grzyby, z matematykiem robię reprint, z poetą piję wódkę, z par­kin­gowym, ger­manistą i księgowym gram w szachy, kum­pluję się z socjologiem i historykiem, a także z pedagogiem specjal­nym oraz stolarzem w jed­nej osobie. Bar­dzo mnie cieszy, że nie muszę ob­racać się w środowisku piarow­ców, managerów produktu, za­rządzających marką itp. specjalistów od socjotech­nicz­nego manipulowania ludźmi. Nie in­teresuje mnie „od­krywanie świata nowej for­muły piorącej”, a więc projek­towaniem nie­związanym z książ­kami, np. reklamowym, kor­poracyj­nym czy han­dlowym w ogóle się nie zaj­muję.

cdn.

Przychodzi baba do drukarza  Odcinek 3

10 maja 2009


 — I co było dalej?
 — Gdzieś się spie­szy­ła. Nie zdą­ży­łem wyjść z za­ple­cza, a ona już zni­kła.
 — Hy… prze­stra­szy­ła się.
 — Wró­ci­ła za go­dzi­nę z po­zdrowie­niem dru­kar­skim. Tak, Panie Me­tram­paż, to był dobry, ruski ko­niak. Kie­dyś tylko tech­nicz­na z Ro­bot­ni­czej go przy­no­si­ła na trze­cią zmia­nę. No a dziś…
 — Myśmy w Ruchu pili żyt­nią.
 — Żyt­nia — panie — to był chleb po­wsze­dni, ale na wy­da­nie ma­gazy­no­we Wie­sia wie­dzia­ła co przy­nieść, żeby było do­brze. U nas, w Pra­sie co czwar­tek mie­liśmy świę­to. A teraz patrz pan — wszy­scy albo sie­dzą na ła­wecz­kach w parku, albo leżą w tych dę­bo­wych gar­ni­tur­kach.
 — No a Kazik? Prze­cież cał­kiem do­brze się trzy­ma.
 — Kazik jest młody. Nie­daw­no miał do­pie­ro pięć­dzie­siąt­kę, a jak szedł na of­fse­cia­rza, to był po trzy­dzie­st­ce. Teraz już nie jest po­moc­ni­kiem, tylko ma­szy­ni­stą, a i tak ledwo zipie. Czasy się zmie­niły i teraz chłop sam robi. Bez od­bie­racz­ki, po­moc­ni­ków.
 — Niech pan nie prze­sa­dza, ma­szy­na sama robi!
 — Panie Me­tram­paż… dru­kar­nia, to nie targi po­li­gra­ficz­ne. Ma­szy­na Ka­zi­ka, to stary, cze­ski ru­pieć. Ar­ku­szów­ka pół­for­ma­towa, czte­ry ko­lory — taka mi­nia­tur­ka ro­lów­ki ty­po­gra­ficz­nej z Prasy.
 — Mi­nia­tur­ka? No tak. A jak tam było dalej z Babą?
 — Było, jak było. Do­kończ­my, co za­czę­li­śmy, a innym razem o­powiem resz­tę.