Drukarnia | Typografia po polsku

Oznaczone tagiem „drukarnia”

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie trzecie, ostatnie

14 czerwca 2010  [Instapaper Text] [Readability]

Trzecie spo­tkanie kończy cykl. Czy ty­po­grafia jest czę­ścią na­szego życia? Czy jest ważna? Na czym po­lega jej zna­czenie? Sty­kamy się z nią na co dzień, ale czy ją do­ce­niamy lub choćby do­strze­gamy? Mam na­dzieję, że wszystko, o czym z An­drzejem To­ma­szew­skim mó­wi­liśmy, sta­nowi jakąś pomoc dla pro­jek­tantów, a przy­naj­mniej inspirację.

Andrzej Tomaszewski
Fot. An­drzej Odyniec

Czy ist­nieje etyka za­wo­dowa ty­po­grafa?

Oczy­wi­ście, po­dobnie jak w każdej pro­fesji. Je­żeli okre­ślimy ty­po­grafa, jako osobę zaj­mu­jącą się pro­jek­to­wa­niem i przy­go­to­wa­niem do druku (lub in­nego upo­wszech­nienia) pu­bli­kacji, to jego za­cho­wania etyczne do­tyczą głównie trzech re­lacji mię­dzy­ludz­kich:
1) pomiędzy ty­po­grafem a autorem-​nadawcą opra­co­wy­wa­nego ko­mu­ni­katu (treści tek­stowej lub iko­no­gra­ficznej);
2) typografem a od­biorcą ko­mu­ni­katu, czyli czy­tel­ni­kiem treści;
3) wreszcie re­lacji z dru­ka­rzem jako wy­twórcą pu­bli­kacji na pod­stawie pracy ty­po­grafa.
 Świa­domie po­mijam tu wszelkie kwe­stie zwią­zane z re­lacją zleceniodawca–zleceniobiorca, po­nieważ re­gu­lo­wane są od­po­wied­nimi prze­pi­sami praw­nymi oraz umo­wami o dzieło. Rów­nież pro­ble­ma­tyka prawa au­tor­skiego lub pa­ten­to­wego jest sze­roko opi­sana w li­te­ra­turze prawno-​zawodowej. Skupmy się więc na wyżej wy­mie­nio­nych trzech punk­tach.
 Ad 1) Imperatyw mo­ralny spro­wadza się do tego, że po­dej­mując się opra­co­wania ko­mu­ni­katu (ulotki re­kla­mowej, ar­ty­kułu na­uko­wego, ar­kusza po­etyc­kiego, książki te­le­fo­nicznej, pro­gramu te­atral­nego, bi­letu na mecz, le­gi­ty­macji par­tyjnej czy in­nego druku) mamy obo­wiązek do­głębnie po­znać in­tencje au­tora i jego ocze­ki­wania. Prze­ko­ny­wanie autora-​nadawcy ko­mu­ni­katu do wła­snych kon­cepcji es­te­tycz­nych i wi­zu­al­nych ma swoje gra­nice. Nie można przy­go­to­wywać pu­bli­kacji wbrew woli nadawcy. Zbyt często bywa, że po­wstaje pro­dukt, w którym prze­staje on być au­torem prze­ka­zy­wanej treści lub to, co chciał prze­kazać, ulega de­for­macji.
 Ad 2) Końcowy od­biorca treści, a więc jej czy­telnik, nigdy nie po­wi­nien umknąć uwadze pro­jek­tanta. Naj­prostsza i w miarę jasna jest tu kwe­stia nie­utrud­niania per­cepcji ko­mu­ni­katu, a więc za­cho­wania wa­lorów czy­tel­ności, roz­po­zna­wal­ności i rze­mieśl­ni­czej ja­kości pu­bli­kacji. Na­to­miast są sprawy, które mu­simy roz­ważać we wła­snym su­mieniu. Na­leżą do nich np.: opra­co­wy­wanie treści fał­szy­wych lub wąt­pli­wych mo­ralnie, uczest­nictwo w oszu­stwach po­li­tycz­nych lub mar­ke­tin­go­wych, an­ty­edu­kacja es­te­tyczna i pro­pa­go­wanie kiczu — z ta­kich de­cyzji żaden pro­jek­tant nie może czuć się zwol­niony. Sam wy­biera: do­chód czy re­zy­gnacja z so­cjo­tech­nicznej blagi, pie­niądze na ubranie dla dziecka czy od­rzu­cenie pro­po­zycji łamania por­nosa, fajne wa­kacje czy od­mowa pro­dukcji ulotek pi­ra­midy fi­nan­sowej. Ale po­dobne de­cyzje są, rzecz jasna, udziałem ludzi wielu za­wodów.
 Ad 3) Do nie­dawna sprawa była jasna — całe przy­go­to­wanie pro­dukcji od­by­wało się w dru­karni i po­li­graf… jak sobie po­ścielił, tak się wy­spał. Dzi­siaj pracą w dru­karni „rządzą” przy­go­to­wane przez nas pliki post­scrip­towe, pe­deefy, in­strukcje szcze­gó­łowe i wszelkie wy­ma­gania po­cho­dzące spoza dru­karni. Jest rzeczą bardzo ważną, aby za­chować od­po­wiednie sto­sunki in­ter­per­so­nalne z tech­no­lo­gami dru­karń i in­nymi pra­cow­ni­kami po­li­grafii, kon­sul­tować sprawy trudne, wspólnie po­dej­mować kło­po­tliwe tech­no­lo­gicznie de­cyzje itp. Oczy­wi­ście nie znaczy to, aby re­zy­gnować z wy­magań ja­ko­ścio­wych lub prób wpro­wa­dzenia ja­kiejś in­no­wacji. Niby zro­zu­miała, ludzka sprawa, a jednak po­wszechne są z jednej i dru­giej strony za­cho­wania pełne pre­tensji, zło­śli­wości i ir­ra­cjo­nal­nych po­staw w ro­dzaju: na złość mamie od­mrożę sobie uszy.
 Za­sta­na­wiam się, czy można mówić o etosie śro­do­wiska ty­po­grafów. Myślę, że jest on ściśle zwią­zany z wie­lo­wie­kowym zna­cze­niem dru­kar­skiej pro­fesji. W dru­kar­skich spra­wach ist­nieje etos za­wodu, w in­ter­ne­to­wych jeszcze się nie wykształcił.

Etos. Wielu pro­jek­tantów — ba, wielu dru­karzy — nie ma o nim po­jęcia. Kiedyś prawo na­zy­wania się to­wa­rzy­szem sztuki dru­kar­skiej było wy­razem dumy i od­po­wie­dzial­ności. Drukarz-​typograf był zo­bo­wią­zany… No wła­śnie, czy etos upada? Mo­żesz go jeszcze bar­dziej przybliżyć?

Jest ars między in­szymi taka, iż nie tylko ple­beium,
ale vere ipsum no­bilem nie szkaradzi.

Bar­tosz Pa­procki: Herby ry­cer­stwa pol­skiego, Kraków 1584

O kim tak pięknie mówił zna­ko­mity szes­na­sto­wieczny polsko-​czeski he­raldyk? O nas! O dru­ka­rzach mia­no­wicie (w pierw­szych wie­kach dru­kar­stwa łac. ty­po­gra­phus = dru­karz). Pisał to już ponad sto lat po uru­cho­mieniu ofi­cyny mo­gunc­kiego miesz­cza­nina Jo­han­nesa Gu­ten­berga.
 Szla­chetnie uro­dzonym honor nie po­zwalał parać się rze­mio­słem. Po­dobne za­jęcie gro­ziło wręcz utratą szla­chectwa. No­biles byli człon­kami ry­cer­skiego stanu i mogli tru­dzić się tylko w mi­li­tarnej po­trzebie albo za­rzą­dzać ma­jąt­kiem. Tym­czasem w XVI stu­leciu — złotym wieku pol­skiego dru­kar­stwa — znaj­du­jemy przy­kłady wy­nie­sienia ple­be­juszy do stanu szla­chec­kiego, wła­śnie spo­śród grona dru­karzy.
 Naj­bar­dziej spek­ta­ku­larnym przy­kładem jest no­bi­li­tacja Jana Łazarzowica-​Januszowskiego, by­łego se­kre­tarza kró­lew­skiego Zyg­munta Au­gusta, hu­ma­nisty i twórcy ory­gi­nal­nego kroju czcionek — No­wego ka­rak­teru pol­skiego. Syn dru­karza Łazarza An­dry­so­wica zo­stał dzie­dzicem słynnej kra­kow­skiej Ofi­cyny Łaza­rzowej — kon­ty­nu­ującej tra­dycje warsz­tatu re­ne­san­so­wego ty­po­grafa Hie­ro­nima Wie­tora. Na sejmie w 1588 roku Ja­nu­szowski uzy­skał in­dy­genat szla­checki wraz z herbem Kło­śnik (Rola), a dwa lata póź­niej od Zyg­munta III Wazy tytuł Ar­chi­ty­po­grafa wraz z przy­wi­le­jami.
 Mamy też inne przy­padki. Uszlach­cono Wa­len­tego Łapkę-​Łapczyńskiego, który tło­czył w dru­karni wę­drownej (tzw. la­ta­jącej), to­wa­rzy­szącej wy­prawom wo­jennym Ste­fana Ba­to­rego. Łapka w po­trzebie po­rzucał swoje czcionki i chwytał za oręż. Na­wiasem mó­wiąc, na jego prasie w War­szawie wy­dru­ko­wano po raz pierwszy „Od­prawę po­słów grec­kich” Jana Ko­cha­now­skiego. Przy­pu­ścił go do herbu Je­lita wielki kanc­lerz i hetman ko­ronny Jan Za­moyski.
 No­bi­lami zo­stali po­tom­kowie kra­kow­skich Szar­fen­bergów, szlach­cicem był Rafał Skrzetuski-​Hoffhalter — dru­karz w Au­strii i na Wę­grzech, także Cy­prian Ba­zylik — kom­po­zytor [rów­nież poeta; przyp. red.] i wła­ści­ciel dru­karni, Sta­ni­sław Koc­my­rzowski no­bi­li­to­wany przez ce­sarza Le­opolda I w Wiedniu oraz kilku in­nych przed­sta­wi­cieli na­szej pro­fesji.
 Stąd wła­śnie nazwa — to­wa­rzysz. Na po­do­bień­stwo np. to­wa­rzyszy pan­cer­nych w hu­sarii, albo też grona osób szla­chet­nych, którzy dru­karzy alias ty­po­grafów do­pusz­czali chętnie do swego to­wa­rzy­stwa.
 God­ność to­wa­rzysza sztuki dru­kar­skiej zdo­by­wało się ciężką, dłu­go­letnią pracą uwień­czoną aktem rze­mieśl­ni­czych „wy­zwolin” spod władzy drukarza-​pryncypała. Myślę że warto o tym przy­po­mnieć, bo po­dobne im­pon­de­ra­bilia zwią­zane z za­wo­dową dumą mieszczą się w sze­roko po­jętym etosie drukarstwa.

A więc upra­wiamy szla­chetny zawód. Ale czy dru­karski (ty­po­gra­ficzny) etos — po­dobnie, jak słowo „to­wa­rzysz” — nie zo­stał zbru­kany?

Etos może nie tyle zo­stał zbru­kany, co za­po­mniany. Zawód dru­karza, ty­po­grafa, od po­czątku swego ist­nienia od­bie­rany był jako swego ro­dzaju kul­tu­rowa misja. Dru­kar­stwo stało się spo­sobem re­je­stro­wania i prze­ka­zy­wania zdo­byczy cy­wi­li­zacji. Za­pew­niło mię­dzy­po­ko­le­niowy kon­takt in­te­lek­tu­alny. Druk dał lu­dziom no­wo­czesny sposób po­rząd­ko­wania myśli. Tempo pracy drukarsko-​wydawniczej po­zwala na bie­żąco re­agować w spra­wach po­li­tycz­nych, na­uko­wych, ar­ty­stycz­nych czy edu­ka­cyj­nych, a każda dzie­dzina wy­kształ­ciła sobie wła­ściwe formy pu­bli­kacji. Nie jest przy­pad­kiem, że np. Cen­tralny Ośrodek Badawczo-​Rozwojowy Prze­mysłu Po­li­gra­ficz­nego, w którym pra­cuję, pod­lega Mi­ni­ster­stwu Kul­tury i Dzie­dzictwa Na­ro­do­wego.
 Nawet jeśli po­pa­trzymy na po­li­grafię zwią­zaną z mar­ke­tin­gowym ob­szarem dzia­łania: dru­ko­wa­niem opa­kowań, ety­kiet, pro­spektów, fol­derów re­kla­mo­wych itp., mo­żemy do­strzec w niej na­rzę­dzie kre­owania gu­stów spo­łecz­nych, pre­fe­rencji es­te­tycz­nych, czy wręcz za­chowań mo­ral­nych.
 Pa­trzę jednak opty­mi­styczne w przy­szłość, bo chyba pięk­no­duchy nie dały się do końca po­konać wszech­ogar­nia­jącej ko­mercji. Dzia­łania wielu osób lub in­sty­tucji kra­jo­wych i za­gra­nicz­nych po­zwa­lają na taki optymizm.

Ale nie da się wrę­czyć etosu przy­szłym dru­ka­rzom czy ty­po­grafom razem ze świa­dec­twem ukoń­czenia szkół. To jest prze­cież zbiór za­chowań i wła­ściwy tylko dla członków śro­do­wiska sposób my­ślenia, któ­rego się czło­wiek uczy od swoich men­torów.

Myślę, że można po­kusić się o „wrę­czanie” etosu w szko­łach. Wszystko za­leży od na­uczy­cieli. Młody czło­wiek jest szcze­gólnie po­datny na su­ge­stie do­ty­czące za­chowań i życio­wych po­staw. Jego oso­bo­wość jest jeszcze czystą, nie­za­pi­saną kartą. Po­zba­wiony wzorców chłonie jak gąbka np. wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury. Jeśli jednak na­uczy­ciele nie będą po­tra­fili wy­zwolić sa­tys­fakcji z wy­ko­ny­wanej pracy i dumy z za­wodu, to oczy­wi­ście nic z tego nie bę­dzie.
 Zwróć uwagę, że obaj od­czu­wamy po­trzebę do­war­to­ścio­wania ty­po­grafii. Twoje py­tania i moje od­po­wiedzi są tego naj­lep­szym do­wodem. Prze­cież po­win­niśmy ra­czej roz­ma­wiać o li­ter­kach, ty­tu­la­riach i pa­gi­nach. A my co?

Wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury, a słowo na­uczy­ciela… An­drzeju, sam prze­cież cho­dziłeś na wa­gary. Co było bar­dziej in­te­re­su­jące — teoria (szkoła), czy prak­tyka (dru­karnia)? Gdzie z tym etosem się można było za­po­znać? Starzy maj­strowie nie wy­kła­dali go prze­cież zza biurka, a ra­czej sami go kul­ty­wo­wali. A nie by­wało też tak, że etos w dru­karzu się wy­czer­pywał i trzeba było go uzu­pełnić, po­pi­jając szkla­neczką?

Masz rację. Ja miałem w ro­zumie „na­uczy­ciela” w sensie ogól­niej­szym, ale w szkolnym kon­tek­ście wy­szło, jak wy­szło. Nie­mniej w moim tech­nikum było dwóch, trzech na­uczy­cieli, którzy wręcz za­ra­żali sza­cun­kiem i sym­patią dla za­wodu. Inż. Jan Barszcz, przed­wo­jenny ma­szy­nista ty­po­gra­ficzny, uczył ma­szy­no­znaw­stwa, a opo­wiadał nam o spo­tka­niach z nie­zwy­kłymi oso­bami w dru­karni (nawet o wie­wiórce bie­gnącej po pasie trans­mi­syjnym po­śpiesznej ma­szyny). Po­lo­nistka Zofia Cie­cha­nowska pod­po­wia­dała, gdzie są wy­stawy książek, im­prezy wy­daw­nicze, spo­tkania z au­to­rami. My­ślisz, że nie cho­dzi­liśmy? W ni­czym nam to nie prze­szka­dzało iść potem na mecz, na randkę albo na pry­watkę. Jan Jużda, na­uczy­ciel z ze­cerni, ho­łubił czcio­neczki i uczył wi­dzieć w nich coś więcej, niż ka­wałek brud­nego me­talu. Na fi­zyce, gdy była mowa o świetle i bar­wach, po­szliśmy do Za­chęty na film o cza­ro­waniu ko­lo­rami przez ma­larzy im­pre­sjo­nizmu. Itd., itd.
 Od na­uczy­cieli wiele za­leży. Nie twierdzę, że z mojej klasy wy­szli sami ar­tyści i mi­ło­śnicy czarnej sztuki. Jednak kilka du­szy­czek zo­stało zło­wio­nych na całe życie. Przy naj­bar­dziej brudnej ze­cer­skiej ro­bocie, albo przy mie­szaniu farby, przy myciu walców ma­szyny dru­kar­skiej, na­prawdę czu­liśmy się pra­cow­ni­kami kul­tury. Być może brzmi to gór­no­lotnie, ale tak bywa, gdy chce się wy­po­wie­dzieć, co się czuje.
 Mi­strzowie, starzy wy­ja­dacze w dru­kar­niach, to jeszcze inna sprawa. Wów­czas nie­którzy pa­mię­tali jeszcze przed­wo­jenne czasy, gdy Pan Zecer wy­cho­dził po wy­płacie z dru­karni ga­ze­towej i za­ma­wiał dwie do­rożki. W pierw­szej je­chała laska i me­lonik, a w dru­giej Pan Zecer. Oczy­wi­ście nie je­chał prosto do domu, ale do ulu­bio­nego lo­kalu, aby z ko­leż­kami po­krzepić się ja­kimś we­sołym na­pojem. Pa­no­wało bo­wiem ni­czym nie uza­sad­nione, a jednak po­wszechne mnie­manie, że al­kohol jest świetną od­trutką na tlenki ołowiu wdy­chane w znacz­nych daw­kach w dru­kar­niach. Znaczne dawki ołowiu wy­ma­gały znacz­nych dawek trunku.

Ręka rękę myje, a wszyscy je­dziemy na tym samym wózku. Być może ja­kieś po­czucie za­wo­dowej jed­ności jest nam po­trzebne. Tylko po co?

Nie lubię po­rze­kadła „ręka rękę myje”, bo ko­jarzy się z sitwą albo kliką. Na­to­miast wspól­nota in­te­resów pro­jek­tantów, dru­karzy, re­dak­torów czy mar­ke­tin­gowców jest faktem i wy­nika ze wspólnej pracy nad fi­nalnym pro­duktem.
 Dru­karz dru­karza czy pro­jek­tant pro­jek­tanta może trak­tować jako kon­ku­rencję za­gra­ża­jącą wła­snym in­te­resom. Za­wsze tak było i bę­dzie. Hi­storia walki o przy­wi­leje dru­kar­skie XVI-​wiecznych kra­kow­skich ty­po­grafów prze­ciwko he­ge­monii Hal­lera jest tego naj­lep­szym do­wodem. Jed­no­cze­śnie nie brak przy­kładów współ­pracy dru­karzy w tamtym okresie: wspól­nego ko­rzy­stania z za­sobów ty­po­gra­ficz­nych, mię­dzy­dru­kar­nia­nego współ­dzia­łania fa­chowców i ich pryn­cy­pałów.
 Nie ma zresztą po­trzeby sięgać do przy­kładów z tak od­le­głych czasów. Wiemy prze­cież, że dzi­siaj pra­cu­jemy tutaj, a jutro gdzie in­dziej, że za­kłady po­dej­mują ko­ope­rację, że ist­nieje sze­roka wy­miana do­świad­czeń po­przez kon­fe­rencje, se­mi­naria, targi, in­ternet, spo­tkania to­wa­rzy­skie. Nie ma więc sensu walka z in­nymi oraz kwasy i nie­chęć do osób dzia­ła­ją­cych w na­szej pro­fesji. Wcze­śniej czy póź­niej od­bija się to czkawką lub śro­do­wi­skowym ostracyzmem.

Przy­kłady do­brego i złego pro­jek­to­wana ty­po­gra­ficz­nego znaj­du­jemy niemal w każdym me­dium. Wszę­dzie, gdzie po­jawia się ja­ki­kol­wiek przekaz, za­zwy­czaj po­jawia się rów­nież tekst, a jeśli jest to tekst pi­sany (dru­ko­wany, wy­świe­tlany etc.) już mamy do czy­nienia z ty­po­grafią. Wy­daje się, że jest ona wszech­obecna, ale bardzo często igno­ro­wana. Wielu pro­jek­tantów we­szło do za­wodu przez ukoń­czenie szkoły wyż­szej, ale chyba większa część jest sa­mo­ukami. Dziś można zdo­bywać wiedzę o pro­jek­to­waniu np. w cza­so­pi­smach dla gra­fików czy róż­nych in­ter­ne­to­wych po­rad­ni­kach. Od czasu do czasu or­ga­ni­zo­wane są kon­fe­rencje albo warsz­taty pro­jek­towe, w któ­rych udział bywa bardzo kosz­towny. Jak i gdzie naj­le­piej zdo­bywać wiedzę na temat pro­jek­to­wania w ogóle? jak i gdzie na temat ty­po­grafii?

Ilość in­for­macji, jaka do­ciera do nas w dzi­siej­szych cza­sach osią­gnęła masę kry­tyczną. Coraz czę­ściej łapiemy się na omi­janiu wzro­kiem re­klam, wy­rzu­caniu nie­czy­ta­nych druków, „wy­łą­czaniu” swoich re­cep­torów w na­dziei na nieco spo­koju oraz aby ze­brać i usły­szeć własne myśli. Ale nic z tego! Oto przy­słali znowu SMS, mu­sisz spraw­dzić maile, do kibla i do łazienki bie­rzesz te­lefon, z te­le­wi­zora wrzeszczy gło­śniej emi­to­wana re­klama, itd., itd. Jeszcze pró­buję się z tym bo­rykać. Mam jednak ko­legów, którzy już się pod­dali i tylko od czasu do czasu, jak bły­ska­wica prze­la­tuje im myśl: Boże, jeszcze kilka lat temu czy­tałem Kon­wic­kiego i Hegla, a teraz we łbie noszę błoto.
 Pi­szesz o złej i do­brej ty­po­grafii wokół nas. Tak jest. Za­wsze było po­dobnie i naj­pew­niej długo bę­dzie. Bę­dzie zły ty­po­graf i dobry. Bę­dzie zły i dobry mu­rarz, zły le­karz i ko­nował. Ale ja sobie zro­biłem z ja­kości ty­po­grafii własną, pry­watną ma­szy­nerię se­lek­cyjną. Mia­no­wicie na­uczyłem się nie czytać nie­chluj­nych tek­stów i od­rzucać je, jak od­rzuca się pod­gniłe tru­skawki. Nadawca tek­sto­wego ko­mu­ni­katu, dla któ­rego wszystko jedno, że cu­dzy­słów w pol­skim tek­ście jest an­gielski, albo nie roz­różnia myśl­nika i łącznika, czy też pisze słowa po­spo­lite wielką li­terą a imiona własne małą, jest przeze mnie na wstępie „zwol­niony”. On nie pisze do mnie, ale do ja­kiegoś bez­ro­zum­nego plebsu. Do ludz­kiej tłuszczy, która po­dobnie jak on za­po­mniała już, czego uczono w pod­sta­wówce. Od­bieram to jako wci­skanie kitu lub czę­sto­wanie tek­stem nie­przy­go­to­wanym, a więc — naj­praw­do­po­dob­niej nie­wia­ry­godnym.
 Sza­cunek dla pisma tworzy ty­po­grafa. Trzeba zro­zu­mieć jego fe­nomen, do­strzegać piękno, znać i sto­sować za­sady pi­sowni, czuć ducha hi­storii pisma i no­wo­cze­sności. Bez użycia pisma, klu­czo­wego wy­na­lazku ziem­skiej cy­wi­li­zacji, nie sposób utrwalić żadnej głęb­szej myśli. Ob­raz­kami nie za­pi­szemy ani „Lo­ko­mo­tywy” Tu­wima, ani sta­ty­styki Bosego-​Einsteina, choćby nawet i Ca­ra­vaggio pi­nxit. Za­miast prze­czytać „ogary po­szły w las”, mo­żemy zo­ba­czyć w te­le­wi­zorze jak psy po­biegły do lasu. Nie sądzę więc, aby wszyscy twórcy książek i prasy dali się ze­pchnąć w pry­mi­ty­wizm po­pkul­tury. Albo le­piej: jedni dadzą się, inni nie.
 Ja już tego nie zo­baczę, ale Ty Ra­fale wraz z za­wo­do­wymi przy­ja­ciółmi (i ry­wa­lami) bę­dziesz two­rzył eli­tarną grupę osób czy­ta­ją­cych, upra­wia­ją­cych dobrą ty­po­grafię, czu­ją­cych tekst, szu­ka­ją­cych au­torów, którzy mają coś do po­wie­dzenia. Owa elita bę­dzie dość szczupła, ale bardzo zna­cząca. Nie­którzy z członków ota­cza­jącej Was ludz­kiej magmy ga­dże­ciarzy, czci­cieli ob­razka oraz po­spo­litej de­mo­kracji, w której więk­szo­ścią głosów ustala się, kto ma rację, będą usilnie sta­rali do­stać się do Wa­szej elity. Wów­czas jednak będą mu­sieli „wkupić się” płodem wła­snego ro­zumu za­pi­sanym na karcie pa­pieru. Spo­łecz­ność rodem z Ga­lak­tyki Gu­ten­berga zde­cy­do­wanie się skurczy i naj­praw­do­po­dob­niej książka, ga­zeta czy in­te­lek­tu­alne cza­so­pismo, będą eks­klu­zywnym to­warem sprze­da­wanym w czymś na kształt ga­lerii albo gaju Aka­de­mosa. Bę­dzie tam przy­jemnie, a w swoim gronie znaj­dziecie roz­rywkę i szczę­ście.
 A gdzie się uczyć? Jeśli komuś nie wy­star­czają kra­jowe szkoły, im­prezy warsz­ta­towe i se­mi­na­ryjne oraz do­stępna li­te­ra­tura, nie ma pro­blemu. Zür­cher Hoch­schule der Künste albo Créa­tion Ty­po­gra­phique w pa­ry­skiej École Es­tienne pra­cują nie bojąc się mod­nego hasła „No fu­ture book”. Trzeba po­znać język i je­chać po naukę. Wszystko jedno który: an­gielski, nie­miecki, fran­cuski, włoski czy czeski, bo szkół w Eu­ropie dostatek.

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie drugie

3 listopada 2009  [Instapaper Text] [Readability]

Po­niżej dalszy ciąg roz­mowy z An­drzejem To­ma­szew­skim. Pro­wa­dzimy ją przy po­mocy do­stęp­nych środków ko­mu­ni­kacji elek­tro­nicznej, acz­kol­wiek bez zbęd­nego po­śpiechu. Za­pra­szam na ko­lejne spo­tkanie z mi­strzem — drugie, ale jeszcze nie ostatnie. Jeśli ktoś chciałby po­znać go oso­bi­ście, bę­dzie okazja pod­czas KRAK­Typo.

Andrzej Tomaszewski
Fot. Ga­briela Grusza

Wielu współ­cze­snych pro­jek­tan­tów pra­cu­je wy­łącz­nie w naj­now­szym o­progra­mowaniu, a wielu nie przy­kła­da do tego wagi. Można pro­jek­tować przy u­ży­ciu do­wol­ne­go na­rzę­dzia, nie­ko­niecz­nie pro­gra­mu kom­pu­te­rowego. A twój warsz­tat, to wier­szow­nik czy mo­ty­ka?

Pro­jek­to­wanie gra­fiki użyt­kowej bez po­mocy od­po­wiednio opro­gra­mo­wa­nego kom­pu­tera jest już w dzi­siej­szych cza­sach nie­moż­liwe, głównie z po­wodu po­trzeby uzy­skania efektu koń­co­wego (pliku prze­zna­czo­nego do re­ali­zacji). Znik­nęli już fa­chowcy, który w dru­karni przy­go­to­wali pu­bli­kację wg od­ręcz­nych ry­sunków, ma­kiet czy też ad­iu­sto­wa­nych ma­szy­no­pisów lub ilu­stracji.
 Jeśli zaś chodzi o naj­nowsze opro­gra­mo­wanie, to od­po­wiedź musi być zło­żona, bo taki wła­śnie jest pro­blem zmie­nia­ją­cego się opro­gra­mo­wania. Pa­trząc na to z punktu wi­dzenia pro­gresji moż­li­wości i ogól­nego po­stępu, jest wszystko w po­rządku. Nie chciałbym więc, żeby to, co można prze­czytać po­niżej, brzmiało jak skarga nie­po­praw­nego kon­ser­wa­tysty.
 Zmiany, z punktu wi­dzenia kon­kretnej ro­boty, nie wy­glą­dają już tak ró­żowo. Między in­nymi dla­tego, że często są wy­ni­kiem działań mar­ke­tin­go­wych i ol­brzy­miej pa­zer­ności na kasę pro­du­centów opro­gra­mo­wania. Ty­po­graf co chwila jest za­ska­ki­wany zmia­nami — od ta­kich, niby drob­nych, jak prze­sta­wienia w miej­scach menu pro­gramu na­rzę­dzio­wego lub w okienku dia­lo­gowym, do grub­szych, jak np. nowe wy­ma­gania do­ty­czące pliku wy­ni­ko­wego. Nie mamy więc ta­kiego kom­fortu, jaki mieli nasi po­przed­nicy jeszcze 30 lat temu, który raz na­uczywszy się pew­nych tech­no­lo­gicz­nych pro­cedur, uży­wali ich przez lata. Tak prawdę mó­wiąc, ty­po­graf po­wi­nien pod­czas pracy my­śleć o swojej ro­bocie, a więc o me­ry­to­rycznej i tech­nicznej ja­kości przy­go­to­wy­wanej pu­bli­kacji. Nie po­wi­nien co chwila za­przątać sobie głowy kwe­stiami pro­gra­mi­stycznej na­tury, cią­głymi zmia­nami uży­wa­nego na­rzę­dzia, pro­ble­mami z wy­mianą plików po­między uczest­ni­kami tech­no­lo­gicz­nego pro­cesu itp. Czło­wiek ostrzy tę swoją sie­kierkę, ostrzy, a na rą­banie nie ma czasu.
 Dla­tego też mam u siebie w domu trzy kom­pu­tery, dwa starsze ze sta­rymi pro­gra­mami i jeden naj­nowszy z no­wymi. Jeśli muszę coś szybko zrobić, po­wiedzmy skom­pli­ko­waną ro­botę „na wczoraj”, otwieram eMaca z sys­temem 9 i w Qu­arku Pas­sport 4.11 bły­ska­wicznie wy­ko­nuję pracę, bo mogę w nim działać „na ślepo” i je­stem pe­wien po­praw­ności tech­nicznej koń­co­wego pliku.
 Po­dobnie jak z opro­gra­mo­wa­niem, jest z tempem pracy na no­wych kom­pu­te­rach. Szybsze pro­ce­sory, wzra­sta­jąca wiel­kość RAM-​u i inne rzeczy de­cy­du­jące o sile kom­pu­tera, często wcale nie służą za­wo­dowej ro­bocie, ale są prze­jawem dą­żenia do kom­pu­tera uni­wer­sal­nego i ko­niecz­ności ob­słu­gi­wania pro­gramów w na­szym za­jęciu nie­po­trzeb­nych. A po­nieważ wszystko w no­wych sys­te­mach jest wza­jemnie po­wią­zane, czło­wiek musi uczyć się rzeczy, które go wcale nie ob­chodzą.
 Myślę, że po­dobne pro­blemy mają inni za­wo­dowcy, np. ar­chi­tekci, mu­zycy, le­karze, urzęd­nicy, którzy za­miast skupić się na swoich obo­wiąz­kach, na po­trze­bach klienta, pe­tenta czy pa­cjenta, muszą stale my­śleć o tym cho­lernym komputerze.

Wszyst­kie­mu wi­nien jest ten fo­toskład… Wy­obraź sobie, że są jesz­cze małe za­kłady po­li­gra­ficz­ne z ze­cer­nią ręcz­ną lub li­no­ty­pem czy mo­noty­pem — cza­sami ko­rzy­stam z ich usług. A ty? masz gdzieś jesz­cze stare, ze­cer­skie na­rzę­dzia?

Mam świa­do­mość, że zo­stało jeszcze nieco ta­kich miejsc. Jednak o skan­senie z czynnym mo­no­typem nie sły­szałem. To skom­pli­ko­wany tech­no­lo­gicznie sposób skła­dania, wy­ma­ga­jący po­moc­ni­czego oprzy­rzą­do­wania, mnó­stwa su­per­i­stot­nych ele­mentów wy­mien­nych w ta­strach i od­le­war­kach. Je­dyne miejsce które znam, to Mu­zeum Książki Ar­ty­stycznej u Try­znów w Łodzi. Stoją tam od­le­warki mo­no­ty­powe, które nie ko­rzy­stają z taśmy per­fo­ro­wanej na ta­strach, ale z pro­gramu kom­pu­te­ro­wego ste­ru­ją­cego ramką od­lew­niczą. Wła­śnie w Łodzi przy ulicy Ty­mie­niec­kiego, w ze­cerni Ja­dwigi i Ja­nusza Pawła Try­znów znaj­duje się mój mo­siężny, wy­słu­żony wier­szownik, któ­rego używam pod­czas wizyt w tym ma­gicznym miejscu.

Po­wiedz — jak do­brze za­pro­jek­tować książ­kę? Czym się kie­ro­wać? Kiedy ty sta­jesz przed takim za­daniem, od czego za­czy­nasz? Od­pa­lasz Qu­ar­ka 4.11 czy i­dziesz na spa­cer? Się­gasz po prób­ni­ki czy może po kor­kociąg?

Jak do­brze za­pro­jek­tować książkę? Toż to do­sko­nały tytuł dla pod­ręcz­nika, czy po­rad­nika, któ­rego nikt jeszcze w Polsce nie na­pisał. Prawdę mó­wiąc, nie po­trafię od­po­wie­dzieć bez próby upo­rząd­ko­wania wła­snej i cu­dzej wiedzy. Jak prze­kazać me­lanż wia­do­mości, po­nad­czter­dzie­sto­let­niego do­świad­czenia, es­te­tycz­nego wy­cho­wania oraz in­tu­icji?
 Można jednak sto­sun­kowo prosto po­wie­dzieć od czego za­czynam ro­botę. Szybko się okaże, że choć po­czątek za­leży od ro­dzaju za­dania, to wa­run­kiem po­wo­dzenia jest zgro­ma­dzenie mak­simum in­for­macji o pu­bli­kacji. Przed­stawię to na przy­kła­dzie wy­daw­ni­czej serii.
 Dość często mam zrobić książkę do serii już ist­nie­jącej. Wów­czas sprawa jest łatwa, bo ist­nieją wcze­śniej za­ak­cep­to­wane re­guły bu­do­wania pu­bli­kacji w danej serii. Trud­niej jest, gdy trzeba taką serię za­pro­jek­tować od po­czątku. Często wy­dawca ma jedną zre­da­go­waną książkę i po­mysł, że bę­dzie robił serię. Wtedy trzeba zgro­ma­dzić wia­do­mości o tym, co może nas w ta­kiej serii czekać. Jacy będą au­torzy: czy jedna osoba, czy kilka, czy mogą być też prace zbio­rowe. Czy książki będą miały długie, czy krótkie ty­tuły. Czy seria bę­dzie miała swój znak. Czy pu­bli­ko­wane prace będą w miarę po­dobnej ob­ję­tości. Czy po­jawią się ilu­stracje. Czarno-​białe czy ko­lo­rowe. Itd., itd., itd.
 Prze­wi­dując różne sy­tu­acje re­dak­cyjne i ty­po­gra­ficzne można zrobić pro­jekt na tyle ela­styczny, aby był póź­niej przy­datny i nie spra­wiał kło­potu. Zwykle jest tak, że po kilku książ­kach pro­jekt trzeba nieco mo­dy­fi­kować „w praniu”. Do­tyczy to naj­czę­ściej ty­po­grafii środka książki, bo­wiem dość trudno jest prze­wi­dzieć wszystkie struk­tury tekstu, jakie mogą się w przy­szłości po­jawić.
 Naj­waż­niejsze są jednak in­for­macje o treści pu­bli­kacji. Bez nich nie sposób za­pro­jek­tować żadnej książki me­ry­to­rycznie i gra­ficznie spójnej. Seria wy­daw­nicza zwykle po­świę­cona jest kon­kretnym za­gad­nie­niom i wtedy ist­nieje pe­wien kompas dla po­szu­ki­wacza zgod­ności formy i treści. Ist­nieją jednak rów­nież serie, które po­wstają ze względów for­mal­nych, np. seria dra­matu wy­daw­nictwa XYZ. Wów­czas mamy do czy­nienia z róż­no­rodną ma­terią — z jednej strony an­tyczną tra­gedią Aischy­losa, a z dru­giej no­wo­czesną ko­medią Mrożka. Wtedy trzeba szukać ta­kich form gra­ficz­nych, które po­mieszczą es­te­tyczną róż­no­rod­ność, nie po­wo­dując wi­zu­al­nego bałaganu.

In­for­ma­cje o tre­ści książ­ki chyba naj­łatwiej gro­ma­dzić, czy­ta­jąc ją. Czy­tasz wszyst­kie książ­ki, które masz za­pro­jek­tować?

Więk­szość książek czytam. By­wają jednak po­świę­cone takim za­gad­nie­niom, że za­do­walam się tylko spisem treści i wstępem, np. Rynki fi­nan­sowe a nadzór nad kor­po­racją w Ja­ponii albo Polska wobec za­gro­żenia ter­ro­ry­zmem mor­skim. Często pra­cuję nad książ­kami do­ty­czą­cymi hi­storii, bi­blio­logii, kul­tu­ro­znaw­stwa. Takie czytam z ochotą au­ten­tycznie za­in­te­re­so­wany tre­ścią.
 Obok treści jest jeszcze trochę in­for­macji, które trzeba uzy­skać. A to, gdzie wy­dawca za­mierza na­świe­tlać i dru­kować (znając re­alia da­nego za­kładu mo­żesz prze­wi­dzieć, że pewne rzeczy po­chrzanią). Albo czy można za­szaleć z pa­pierem wy­so­kiej ja­kości, twardą oprawą, szla­chet­nymi ma­te­ria­łami in­tro­li­ga­tor­skimi. Albo czy mar­ke­tin­go­wiec wy­daw­nictwa nie podjął ja­kichś zo­bo­wiązań, z któ­rych wy­nika, że bę­dziesz mu­siał upstrzyć dzieło lo­gami spon­sorów czy też gwiazd­kami z na­pisem „No­wość!”.
 Jeśli masz prze­czucie, że z otrzy­ma­nego ma­te­riału można zrobić uro­dziwą książkę, to naj­pierw na­leży za­dzwonić do au­tora. Są bo­wiem tacy, którzy nie mają za grosz za­ufania do wy­dawcy i gra­fika, nie mają zie­lo­nego po­jęcia, na czym nasza praca po­lega, na­dęci, sztywni, prze­mą­drzali. W roz­mowie wy­czuwa się to od razu i od razu też wia­domo, że do ni­czego się go nie prze­kona, i że książka bę­dzie jak „ko­tlet raz”, w naj­lep­szym przy­padku — szkolnie po­prawna.
 Różnie bywa. Czasem wszystko idzie jak po maśle i praca jest czystą przyjemnością.

Jaka więc jest me­to­da? Od czego u­za­leż­niasz dobór pa­pie­ru? Dla­cze­go wy­bie­rasz wąski lub sze­ro­ki for­mat? Jego barwa, jakie ma po­wią­za­nie z tre­ścią książ­ki? Czy rze­czy­wi­ście to po­win­no wy­ni­kać z tre­ści, czy tylko cho­dzi o funk­cjo­nal­ność? Czy to wła­ści­we kry­te­ria? A może nie one są i­stot­ne, tylko bu­dżet?

Dobór pa­pieru wy­znacza kilka czyn­ników. Na­leżą do nich oczy­wi­ście koszty pro­dukcji, do­stęp­ność na rynku, albo prze­zna­czenie do kon­kret­nego spo­sobu dru­ko­wania. Spró­bujmy jednak trzy z nich na­zwać i dla pod­kre­ślenia ich zna­czenia przy­wołać przy­kłady ne­ga­tywne, bo takie prze­ma­wiają naj­su­ge­styw­niej.
 Na po­czątek zwrócę uwagę na związek ma­te­riału z tre­ścią pu­bli­kacji. Nie­którzy w pierw­szym od­ruchu uwa­żają ten aspekt za wy­du­many albo dzi­waczny, jednak po za­sta­no­wieniu do­ce­niają jego rolę. Otóż wiele książek o miał­kiej treści, ba­nalnym po­myśle edy­tor­skim lub wręcz zbęd­nych z czy­tel­ni­czego punktu wi­dzenia, jest wy­da­wa­nych na kosz­tow­nych pa­pie­rach po­wle­ka­nych, sta­rannie apre­tu­ro­wa­nych, o szla­chetnej fak­turze i barwie. Z ta­kiego po­łą­czenia po­wstaje pu­bli­kacja ra­żąca sztucz­no­ścią, pre­ten­sjo­nalna, a gdy jeszcze do­damy do tego ja­kieś la­kierki, zło­cenia, or­na­men­ciki, mamy do czy­nienia z es­te­tyczną ka­ta­strofą — ki­czem w stanie czy­stym.
 Ko­lejne kry­te­rium wy­boru uwzględnia związek pa­pieru i ma­te­riału gra­ficz­nego pu­bli­kacji. Wy­obraźmy sobie np. książkę zło­żoną de­li­katnym Ba­ske­rvillem, z re­pro­duk­cjami mie­dzio­rytów o sub­telnym szra­funku, którą za­miast na sto­sownym pa­pierze ilu­stra­cyjnym wy­dru­ko­wano na chro­pawym of­fsecie, w do­datku z do­danym wy­bie­la­czem za­bi­ja­jącym ele­gancję i na­tu­ralne ciepło tego typu ilu­stracji. Albo dla kon­trastu: czarno-​białe zdjęcia ar­ty­styczne o wy­ra­fi­no­wanej grze pół­tonów, bie­lach i sza­ro­ściach wy­ma­ga­ją­cych drob­nego dru­kar­skiego ra­stra, które za­miast na białym gła­dzonym pa­pierze wy­dru­ko­wano na zgrzebnym cha­mois.
 Wreszcie trzecie, to związek pa­pieru i funkcji pu­bli­kacji. Wy­obraźmy sobie siebie sa­mego wie­czorem w fo­telu, w kręgu świe­cącej z boku lampy, z kie­li­szecz­kiem ko­niaku i to­mi­kiem po­ezji w ręce. Za­miast cie­płej w do­tyku i dla oka ksią­żeczki mamy błysz­czącą la­kierem okładkę, a w niej na szkli­stym kre­do­wanym pa­pierze wy­dru­ko­wane wiersze, po któ­rych śli­zgają się w du­ecie: wzrok i bliki od­bi­tego światła.
 Na czym innym bę­dziemy więc dru­ko­wali album ma­lar­stwa, książkę te­le­fo­niczną, pod­ręcznik szkolny, czy też po­cket­bo­okową powieść.

Ga­ze­ty na pa­pie­rze ga­ze­to­wym, a książ­ki na książ­ko­wym — kry­te­rium funk­cjo­nal­ne gó­ru­je. Czy po­dob­nie się dzie­je przy u­sta­laniu for­ma­tu książ­ki i wy­mia­rach ko­lum­ny? Dla­cze­go ko­lum­na jest za­zwy­czaj jed­no­ła­mowa?

Format jest pod­sta­wowym pa­ra­me­trem książki. Ma wpływ es­te­tykę, funk­cjo­nal­ność i nie­które tech­niczne wa­runki jej pro­dukcji. Wy­dawcy, w zna­ko­mitej więk­szości, nie po­trafią wy­zwolić się ze sche­ma­tycz­nego my­ślenia o for­ma­tach znor­ma­li­zo­wa­nych (sze­regi A i B). Przy­po­mnijmy więc, jaka idea przy­świe­cała twórcom nor­ma­li­zacji.
 Sto­sunek boków ar­kuszy tych sze­regów (A, B i C) wy­raża się pro­porcją a : √2, czyli boku kwa­dratu do jego prze­kątnej. Taki kształt ar­kusza ma tę za­letę, że przy skła­daniu za­cho­wuje za każdym razem iden­tyczne pro­porcje boków (A0, A1, A2, itd.). Cecha za­cho­wania pro­porcji boków ar­kusza ma ka­pi­talne zna­czenie tech­no­lo­giczne w róż­nych usta­le­niach poligraficzno-​wydawniczych, przy pro­dukcji wy­robów pa­pier­ni­czych, bu­dowie ma­szyn dru­kar­skich, czy też pod­czas wszel­kich kal­ku­lacji ce­no­wych, ob­ję­to­ścio­wych, ma­te­ria­ło­wych.
 To wszystko nie znaczy jednak, że wszystkie książki mają mieć iden­tyczne kształty! Nie miejsce tu na roz­trzą­sanie kwe­stii „for­ma­to­lo­gicz­nych”, bo skła­dają się na sporą porcję wiedzy teo­re­tycznej i prak­tycznej, z którą trzeba się za­po­znać. Za­in­te­re­so­wa­nych od­syłam do świeżo wy­danej w Kra­kowie książki Ro­berta Brin­ghursta Ele­men­tarz stylu w ty­po­grafii, albo, przy­kła­dowo, do roz­ważań Jana Tschi­cholda na temat for­matów książek i usy­tu­owania ko­lumny na stronicy.

Tschi­chold w ję­zy­ku pol­skim jest nie­do­stęp­ny. Bar­dzo cie­ka­wy jest jego po­stu­lat cia­sne­go skła­du. Mówi, że dla u­trzy­ma­nia jed­no­li­tej sza­ro­ści ko­lum­ny, można dzie­lić wy­ra­zy nie­zgod­nie z za­sadami, zwięk­szać ilość ko­lej­nych prze­niesień, po­zosta­wiać bę­kar­ty — wszyst­ko po to, by za­cho­wać jed­no­li­te od­stę­py mię­dzy­wyra­zo­we. To dość kon­tro­wer­syj­ne po­dej­ście. Zga­dzasz się z nim?

Jed­no­lita sza­rość optyczna ko­lumny tekstu jest ważna dla hi­gieny czy­tania. Mówię teraz o bitym tek­ście cią­głym, tzw. dzie­łowym. Pod­czas dłu­go­trwa­łego czy­tania, np. be­le­try­styki albo tek­stów na­uko­wych, nasz wzrok (oko sprzę­gnięte z ro­zumem) wy­ko­nuje trudną ro­botę. Fik­sacje gałki ocznej, czyli sko­kowe i ryt­miczne ruchy oka, są szybkie i pre­cy­zyjne, jeśli od­by­wają się we wła­ści­wych wa­run­kach czy­tania, przy do­brym oświe­tleniu kart i do­brej roz­po­zna­wal­ności słów. Jednym z naj­waż­niej­szych czyn­ników jest wła­śnie struk­tura czy­ta­nego tekstu. Ko­lumna w której słowa „za­to­pione” są w jed­no­litej sza­rości (nie­zbyt duże światła mię­dzy­wy­ra­zowe, ryt­miczne światła mię­dzy­li­te­rowe i in­ter­linia rów­no­wa­żąca za­czer­nienie wiersza) po­zwa­lają, aby oczy czy­tel­nika „wpadły w trans”, w nie­prze­ry­wane za­kłó­ce­niami śle­dzenie tekstu z szyb­ko­ścią do­sto­so­waną do in­dy­wi­du­al­nych pre­dys­po­zycji.
 Ba­dacze czy­tel­ności układów ty­po­gra­ficz­nych stwier­dzili, że np. skład w cho­rą­giewkę (stały od­stęp mię­dzy­wy­ra­zowy i nie­ju­sto­wana prawa kra­wędź tekstu) jest przy­jazny dla czy­ta­ją­cego wła­śnie dzięki stałym od­stępom, naj­le­piej zbli­żonym do tzw. trze­cianki (⅓ fi­reta), a jed­no­cze­śnie oka­zało się, że wy­rów­nanie lub nie­wy­rów­nanie prawej kra­wędzi wiersza zu­pełnie nie wpływa na czy­tel­ność.
 Wróćmy teraz do Tschi­cholda. Być może głosił tak ra­dy­kalne po­glądy w mło­dzień­czym, kon­struk­ty­wi­stycznym okresie swojej twór­czości zwią­zanej ze śro­do­wi­skiem Bau­hausu. Po la­tach Tschi­chold wrócił do kla­sycznej ty­po­grafii. Zresztą jedną i drugą (fu­tu­ry­styczną i kla­syczną) upra­wiał z jed­nakim mi­strzo­stwem. Myślę, że jego zdanie, które przy­to­czyłeś, mogło być wy­rwane z szer­szego kon­tekstu. Ja to ro­zu­miem tak:
— jeśli masz do wy­boru dodać jedno prze­nie­sienie więcej, albo zo­stawić w tek­ście „dziury”, dodaj prze­nie­sienie;
— jeśli masz do wy­boru zo­stawić nie­na­tu­ralnie roz­bity wiersz tekstu, albo nie­zbyt po­prawnie po­dzielić wyraz, po­dziel wyraz;
— jeśli masz do wy­boru zo­stawić szewca lub bę­karta, albo zmienić rytm in­ter­linii, zo­staw nie­zręczny wiersz.
 Takie wy­bory, bę­dące w kon­flikcie z za­sa­dami skła­dania, zda­rzają się w prak­tyce. Czasem są wy­borem gor­szego zła, a czasem przy­jęcia pewnej kon­wencji sto­so­wanej potem kon­se­kwentnie w całej książce. Odej­ścia od zasad nie po­winny jednak wy­nikać z ich ne­gacji, ale ze zro­zu­mienia ich sensu i oceny ty­po­gra­ficznej sy­tu­acji. Jest sporo zasad wy­pra­co­wa­nych przez lata prak­tyki, a nie­które z nich na­leżą do tzw. do­brego tonu. Zo­sta­wiać bę­kartów nie wy­pada tak, jak nie wy­pada „pusz­czać bąka”. Czy jednak z obawy przed ewen­tu­alnym bą­kiem mam zre­zy­gnować z je­dzenia pysznej gro­chówki (na wędzonce)?

Rze­czy­wi­ście, po­stu­lat cia­sne­go skła­du jest pro­pozy­cją wy­bo­ru mniej­szego zła. Gro­chów­ka za­zwy­czaj jest pysz­na, ale trze­ba się tro­chę na­tru­dzić, żeby ją przy­go­tować. Naj­pierw, przez kil­ka­na­ście go­dzin mo­czy­my groch, potem go­tu­je­my, do­da­je­my wę­dzon­kę… a jak wę­dzon­ki brak? to trze­ba wziąć mięso i u­wę­dzić. W swo­ich pro­jek­tach ksią­żek wy­ko­rzystywa­łeś rów­nież fonty wła­sno­ręcz­nie pod­wę­dza­ne — dla­cze­go cza­sem trze­ba po­pra­wiać cudze kroje? Jak do­konać wła­ści­we­go wy­bo­ru pisma?

Nie tyle cho­dziło o po­pra­wianie cu­dzych krojów, co o po­pra­wianie fontów lub in­ge­rencję w ich pro­gra­mi­styczną struk­turę. To dwie różne sprawy. Krój pisma, dzieło li­ter­nika, jest utworem gra­ficznym, przy którym bez wiedzy au­tora grzebać nie wy­pada. Czasem trzeba po­prawić coś, co w pol­skim tek­ście szwan­kuje, np. zrobić zwykłe „z” za­miast dłu­giego fran­cu­skiego, fa­talnie wy­glą­da­ją­cego w dy­fton­gach „cz” i „sz”. Jednak niemal za­wsze cho­dziło o sztuczne i złe ak­centy do­ra­biane ta­śmowo przez pro­gra­mi­stów z wy­twórni fontów, naj­czę­ściej nie ma­ją­cych gra­ficz­nego wy­czucia, Ame­ry­ka­nina lub An­glika nie uży­wa­ją­cych w swoim ję­zyku liter ze zna­kami dia­kry­tycz­nymi.
 Fran­cuzi po­pra­wiali swoje li­terki, Czesi swoje, Po­lacy swoje. Dzi­siaj jest już nieco le­piej, bo uni­ko­dowe fonty roz­wią­zują wiele spraw. Wcze­śniej pro­blem do­ty­czył głównie fontów Type1 ma­ją­cych 255 miejsc ko­do­wych. W fon­tach ap­plow­skich po­wstał u nas w la­tach 90. ubie­głego wieku nie­for­malny stan­dard PL-​Euro. Adobe wy­my­śliła ta­blicę ko­dową zwaną CE, gdzie pol­skie li­tery były wraz z ru­muń­skimi, li­tew­skimi, sło­wac­kimi, cze­skimi, wę­gier­skimi itd., a nie było liter ję­zyków za­chod­nio­eu­ro­pej­skich. Nasi wy­dawcy i dru­karze nie chcieli tego, bo do swo­bod­nego skła­dania trzeba było używać dwóch fontów: pry­mar­nego oraz CE. Spe­cy­fika pol­skiej kul­tury skie­ro­wanej cy­wi­li­za­cyjnie na za­chód Eu­ropy wy­ma­gała fontów z pol­skimi i za­chod­nimi li­te­rami. Jak to! — obu­rzali się nie­którzy — nie można jednym fontem składać mic­kie­wi­czow­skiego Pana Ta­de­usza, bo hrabia ra­czył coś po­wie­dzieć po fran­cusku? No więc trzeba było te PL-​Euro robić.
 Inną trud­ność spra­wiały znaki, któ­rych nie było w stan­dar­do­wych ze­sta­wach. Przy­kła­dowo w książce była łacińska trans­krypcja z arab­skiego lub ja­poń­skiego i ko­nieczne były sa­mo­głoski z po­ziomą kre­seczką u góry. Trzeba było w foncie do­robić. Pro­gram Fon­to­gra­pher cie­szył się wów­czas dużą po­pu­lar­no­ścią, bo po­zwalał grzebać w ory­gi­nal­nych fon­tach i na ich pod­stawie ge­ne­rować nowe. Takie nowe znaki, jak np. z kre­secz­kami, umiesz­czało się w fon­tach w dość przy­pad­ko­wych miej­scach, pod­mie­niając rza­dziej uży­wane znaki (jeny, krzy­żyki, funty itp.). Po­wsta­wały fonty do jed­nego przed­się­wzięcia wy­daw­ni­czego. Sam ro­biłem po­dobne, pro­jek­tując i wsta­wiając znaki trans­krypcji fo­ne­tycznej do kon­kret­nego kroju pisma, innym razem do­ra­biając wy­brane greckie ma­ju­skuły po­trzebne w tek­ście, za­mie­niając cyfry ta­be­la­ryczne na na­utyczne albo do­ra­biając śre­dnio­wieczne abre­wiacje do jednej je­dynej książki. Takie fonty, rzecz jasna, nie da­wały się kon­wer­tować i nie mogły być uży­wane poza swoim prze­zna­cze­niem.
 Na­stępne twoje py­tanie: Jak do­konać wła­ści­wego wy­boru pisma? to temat-​rzeka; więc może innym razem po­ru­szymy ja­kieś jego elementy.

Może spró­buj­my na przy­kła­dzie. Zgła­sza się do nas pro­fe­sor hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry z pro­pozy­cją wy­da­nia sie­dem­na­sto­wiecz­nej sylwy…

Gdyby na mnie tra­fiło, przy­jąłbym tę ro­botę z po­ca­ło­wa­niem ręki. Rę­ko­pi­śmienna księga jest dla ty­po­grafa wy­zwa­niem. Tym bar­dziej, że silva rerum jest zbiorem tek­stów z róż­nych dzie­dzin za­pi­sy­wa­nych naj­czę­ściej przez pro­win­cjo­nal­nego szlachcica-​grykosieja. No­tatki w stanie chaosu, pi­sane pod wra­że­niem chwili dnia co­dzien­nego, ale bez sys­te­ma­tycz­ności i czasem po kie­lichu. Mo­żemy spo­dziewać się li­te­rac­kiej ma­terii: fra­szek, anegdot, zło­tych myśli, czę­sto­chow­skich rymów. Obok tego będą pewnie prze­pisy ku­chenne, ko­men­tarze po­li­tyczne, re­cepty le­kar­skie, go­spo­darska bu­chal­teria albo no­tatki z lek­tury książki, którą trzeba oddać wła­ści­cie­lowi. Znajdą się re­fleksje po ka­zaniu księdza-​dobrodzieja, od­wie­dzi­nach znacz­nego po­se­sjo­nata i spis gości na we­selu pa­sier­bicy.
 Pod względem struk­tury tekstu dzieło bo­gate i do ty­po­gra­ficz­nego rzeź­bienia zna­ko­mite. Jeśli zaś hi­sto­rycznym tek­stom bę­dzie to­wa­rzy­szył ko­men­tarz owego pro­fe­sora, to do­dat­kowo mamy cały aparat na­ukowy, ze spi­sami, in­dek­sami, przy­pi­sami, od­nie­sie­niami itp.
 Na po­czątek więc ko­niecznie trzeba za­po­znać się z for­mami tekstu wy­stę­pu­ją­cymi w dziele i ewen­tu­al­nymi pu­łap­kami pod­czas skła­dania. Wy­bie­rając krój pisma zwró­ciłbym uwagę, jak ma się ilo­ściowo tekst hi­sto­ryczny do współ­cze­snego. Jeśli współ­cze­snego jest nie­wiele i wy­raźnie „na do­czepkę”, naj­pew­niej ja­kimś krojem pisma o XVII-​wiecznej pro­we­niencji zło­żyłbym całą książkę. Na­to­miast jeśli pro­porcje tek­stów są mniej więcej fifty-​fifty, roz­wa­żałbym moż­li­wość zło­żenia sylwy krojem hi­sto­rycznym, a ko­men­tarza współ­cze­snym, przy czym okładkę i strony ty­tu­łowe zwią­załbym wi­zu­alnie z czę­ścią współ­czesną.
 W po­dob­nych dzie­łach można spo­dziewać się ty­po­gra­ficz­nych nie­spo­dzianek. A to ja­kieś słówko wpadnie na­pi­sane al­fa­betem sta­ro­cer­kiew­no­sło­wiań­skim, a to gdzieś ja­kieś greckie li­tery, to znowu znaki dla nas dzi­siaj dziwne, a wów­czas uży­wane. Trzeba więc prosić re­dak­tora książki o wykaz ta­kich „nie­ty­po­wych” znaków i liter. Kiedyś, gdy ma­szy­no­pisy od­da­wano do skła­dania w ze­cer­niach dru­karń, ist­niał oby­czaj wy­pi­sy­wania na pierw­szej stronie ma­szy­no­pisu wszyst­kich znaków spe­cjal­nych i ak­cen­to­wa­nych liter. Oby­czaj ten byłby ze wszech miar po­ży­teczny i dzi­siaj, bo można celnie wy­brać font ma­jący w re­per­tu­arze znaki nam potrzebne.

A jakie hi­sto­rycz­ne pismo byś pro­ponował? Na­su­wa mi się na myśl Nowy ka­rak­ter pol­ski, pismo końca XVI wieku, które chyba nie we­szło do szer­szego u­ży­cia. Czy można by wy­ko­rzystać je dziś? poza tym rap­tu­larz (łac. silva rerum) był pi­sa­ny ręcz­nie, za­zwy­czaj ja­kimś pi­smem ka­li­graficz­nym, albo róż­ny­mi pi­sma­mi ka­li­graficz­nymi: kilku au­to­rów — kilka cha­rak­terów pisma lub cha­rak­ter pisma zmie­nia­ny w za­leż­no­ści od te­ma­ty­ki wpisu. Jak roz­wią­zał­byś te pro­ble­my?

Silva rerum jest zja­wi­skiem na­le­żącym do epoki ba­roku, wy­bie­rałbym więc po­śród krojów o ta­kiej wła­śnie pro­we­niencji. Na­tych­miast przy­chodzą na myśl trzy naj­po­pu­lar­niejsze an­tykwy ba­ro­kowe: Janson, Ba­ske­rville i Ca­slon. Trzeba jednak pa­miętać, że przez trzysta lat sto­so­wania po­wstały roz­maite ich wa­rianty.
 Po­wiedzmy, że wy­bieram Ba­ske­rville. Wiele od­lewni w Eu­ropie i Ame­ryce pro­du­ko­wało czcionki tego kroju. Pismo przy­sto­so­wy­wano do róż­nych technik skła­dania: ręcz­nego, li­no­ty­po­wego, mo­no­ty­po­wego czy fo­to­składu. Sporo wa­riantów Baskerville’a zna­lazło się na kom­pu­te­ro­wych fon­tach obok przy­go­to­wy­wa­nych na nowo re­plik sta­rych pism. Są wśród nich takie, które za­tra­ciły cha­rakter pier­wo­wzoru, pre­zen­tują bardzo da­lekie po­do­bień­stwo i tylko mamią na­zwi­skiem ich hi­sto­rycz­nego twórcy. Przy­kładem ta­kich mo­dy­fi­kacji może być ITC New Ba­ske­rville, któ­remu znisz­czono pro­porcje wiel­kości ma­ju­skuły i mi­nu­skuły.
 Naj­chęt­niej sięgam do ko­lekcji fontów Li­no­type Li­brary, bo uważam je za do­brze przy­go­to­wane pod względem tech­nicznym i jeszcze nigdy mnie nie za­wiodły, ani w róż­nych pro­gra­mach gra­ficz­nych, ani na RIP-​ach. Wśród fontów Li­no­type jest jeden bardzo cie­kawy, przy­go­to­wany przez pra­cownię El­sner & Flake na pod­stawie XVIII-​wiecznego ory­gi­nału z ang. gi­serni Isaaca Moore’a. Nie­stety ma tylko od­mianę zwykłą — bez pół­gru­bego i kur­sywy.
 Wy­bieram więc fonty Ba­ske­rville Clas­sico za­pro­jek­to­wane przez Franko Luina w 1995 roku na pod­stawie wzorów Johna Baskerville’a. Fonty mają na­utyczne cyfry, któ­rych chcę używać w skła­dzie. Mają też ka­pi­ta­liki. Co prawda, na mój gust, zbyt drobne, ale mogę ka­pi­ta­li­kami od biedy składać ciut więk­szym stop­niem pisma. Mam też, w razie czego, ba­ske­rvil­lową grekę i cy­ry­licę tej samej firmy — choć pro­jekty po­chodzą z in­nych ate­lier, to obo­wią­zu­jące w Li­no­type za­sady będą za­cho­wane.
 Po za­po­znaniu się z tre­ścią sylwy wiem już, że bę­dzie można wy­brać pe­wien ro­dzaj tek­stów prze­wi­ja­ją­cych się przez całą księgę, który na­daje się do wy­róż­nienia w jakiś sposób. Np. przy­słowia, sen­tencje czy złote myśli na­szego szlach­ciury. Do­brze by było, żeby ja­kieś mo­tywy ty­po­grafii na­wią­zy­wały do od­ręcz­ności ory­gi­nalnej księgi. Wy­biorę więc jakąś ba­ro­kową pi­sankę lub szla­chetną kur­sywę od któ­rejś z an­tykw, z ini­cjal­nymi ma­ju­sku­łami, dość ciasną i być może z al­ter­na­tyw­nymi li­te­rami.
 W tym mo­mencie można roz­ważyć Twoją pro­po­zycję, Ra­fale, użycia No­wego ka­rak­teru, któ­rego font za­pro­jek­tował Artur Fran­kowski (FA Ka­rakter). Wy­brałbym go gdyby nie to, że mamy tylko od­mianę prostą, a nie „ukośną” (jak ma­wiał Jan Ja­nu­szowski, twórca pisma), i że jest zro­biony ce­lowo zgrzebnie i nie­równo, aby udawać od­bitkę na czer­panym, nie­równym pa­pierze. Ja w tym dziele nie chcę ni­czego udawać. Gdyby font miał li­tery oczysz­czone z nie­rów­ności, od­wzo­ro­wu­jące czyste cięcie gra­wera pun­conów, z pew­no­ścią bym go wy­brał. Nie po to jednak szu­kałem Baskerville’a o dużym kon­tra­ście kresek cien­kich i gru­bych, o wy­raźnym i ostrym świa­tło­cieniu cha­rak­te­ry­stycznym dla ba­roku, żeby teraz wy­brać krój za­prze­cza­jący tej kon­cepcji.
 W po­przed­niej od­po­wiedzi za­kła­dałem moż­li­wość zło­żenia tekstu ko­men­tu­ją­cego sylwę cał­ko­wicie od­miennym krojem pisma. Zro­biłbym skład pi­smem jed­no­ele­men­towym, ale nie su­chym, geo­me­trycznym czy sche­ma­tycznym w swej formie. Szu­kałbym po­między li­ne­ar­nymi an­ty­kwami ce­lowo „hu­ma­ni­zo­wa­nymi”, ta­kimi jak Gill Sans czy Syntax.

Wy­bra­łeś już od­powied­nie kroje, a na jakim pa­pie­rze chciał­byś je u­mie­ścić? A może za­sto­sował­byś kilka ro­dza­jów pa­pie­ru? Na­rzu­ca się myśl o twar­dej o­pra­wie, ale czy to rze­czy­wi­ście naj­lep­szy wybór? No i — za­kładając, że pro­fe­sor-​zle­cenio­daw­ca nie jest o­gra­ni­czony kon­wen­cja­mi — jaki for­mat tej książ­ce nadasz?

Wy­brałbym pa­pier cha­mois, np. stu­gra­mowy Munken Pure 13. Format B5, ucho­dzący za aka­de­micki byłby wzorem wiel­kości. Znor­ma­li­zo­wany format zmo­dy­fi­ko­wałbym jednak ob­ci­nając z boku, aby uczynić książkę wy­smukłą. Na wy­so­kość mo­głoby to być nawet 240 mm, bo spadów w tym wy­miarze nie prze­wi­duję, a na sze­ro­kość 160 mm. Twarda oprawa ca­ło­pa­pie­rowa, do­brze opor­ko­wana, z wy­raźnym i głę­bokim żłob­kiem i ładnie wy­oką­glonym grzbietem. Blok książki ciasno zszyty. Wszystko, co na­pi­sałem o in­tro­li­ga­tor­skiej ro­bocie, nie jest ja­kimś szcze­gólnym życze­niem. Tak za­wsze być po­winno. Jest to jednak zwykle naj­trud­niejsze do zro­bienia w na­szych dru­kar­niach i trzeba sta­rannie wy­brać za­kład, który ma do­brych fa­chowców w introligatorni.

Każdy rap­tu­larz ma swój nie­po­wta­rzal­ny cha­rak­ter, cza­sami znacz­nie róż­nią­cy się od in­nych rap­tu­larzy, pi­sa­nych w tym samym cza­sie. Czy my­ślisz, że przy tak da­le­ko i­dą­cym u­po­rząd­kowa­niu, jakie pro­ponu­jesz, u­da­ło­by się oddać tę o­ry­gi­nal­ność?

Pa­miętaj, że nie mamy na­śla­dować tych rę­ko­pisów, tylko je współ­cze­śnie wydać. Miałem już po­dobną sprawę z rę­ko­pisem Stryj­kow­skiego (XVI w.), jeszcze w cza­sach przed­kom­pu­te­ro­wych w PIW-​ie. Udawać i na­śla­dować się nie da, choć­byśmy się skichali.

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie pierwsze

1 czerwca 2009  [Instapaper Text] [Readability]

Można dys­ku­tować, wy­mą­drzać się, za­snąć lub bez­wiednie roz­dziawić gębę. Po prostu można się przy nim czuć swo­bodnie, nie na­ra­żając na żadne kon­se­kwencje. Spo­tkanie z An­drzejem To­ma­szew­skim prze­biega miło. Nie pa­miętam, aby było ina­czej. Za­pra­szam na pierwsze z dwóch, a może trzech czy dzie­sięciu — szczerze nie wiem. Ale chyba bę­dzie ciekawie.

Andrzej Tomaszewski
Fot. Marek Ryćko

Po­znałem cię w 2005 roku pod­czas Aka­de­mic­kiego Kursu Ty­po­grafii. Wsze­dłem spóź­niony na twój wy­kład o hi­storii pisma. Poza tym, że po­ka­zy­wałeś slajdy, prawie nic nie mó­wiłeś. Póź­niej, pod­czas wspól­nych, gru­po­wych spo­tkań poza wy­kła­dami, było więcej okazji do swo­bod­niej­szej wy­miany myśli. Roz­ma­wiało się o ty­po­grafii i o życiu. Pa­miętam, jak po­ka­załeś kiedyś pewną kłódkę na war­szaw­skim Pod­walu…

Kłódka, o którą py­tasz, ma ponad czter­dzie­sto­letnią hi­storię. Z moim ko­legą Krzysz­tofem Mar­cin­kie­wi­czem za­wie­si­liśmy ją ok. 1967 roku, a klu­czyk wrzu­ci­liśmy do ka­nału. By­liśmy wów­czas uczniami war­szaw­skiego Tech­nikum Po­li­gra­ficz­nego. Kłódka wi­siała spo­kojnie na ba­rierce mostku do lat 90., aż za­częto re­mon­tować mury Sta­rego Miasta. Za­dzwonił do mnie Krzy­siek, który mieszkał na Sta­rówce: „An­drzeju! Ja­kieś Blade Twarze zdjęły naszą kłódkę!” Na­tych­miast ku­piłem nową na ulicy od ro­syj­sko­ję­zycz­nego han­dlarza. Dobrą, nie­rdzewną. Po­je­chałem do Krzyśka i razem po­wie­si­liśmy na wy­re­mon­to­wanej ba­rierce. Klucz — oczy­wi­ście — wy­lą­dował w ka­nale. Kłódka jest czasem na­zy­wana Kłódką Wuja An­drzeja (to już za­sługa Romka, mo­jego sio­strzeńca miesz­ka­ją­cego od lat w Pa­ryżu).


Tech­nikum po­li­gra­ficzne, to chyba nie­ty­powy wstęp do za­wodu di­zaj­nera? Spo­śród ko­le­żanek i ko­legów, z któ­rymi dwa­dzie­ścia kilka lat póź­niej koń­czyłem po­dobne tech­nikum we Wro­cławiu, w branży po­zo­stała le­dwie garstka. Więk­szość zna­lazła się w szkole z przy­padku, tylko kilka osób było zwią­za­nych z po­li­grafią ro­dzinną tra­dycją. A jak to było z tobą?

Tech­nikum w la­tach 60. było do­sko­nałym wstępem do za­wodu. Wów­czas wła­śnie w dru­kar­niach od­by­wały się wszystkie pro­cesy przy­go­to­wawcze do druku. Wszystko, co dzi­siaj ro­bimy w Pho­to­sho­pach, Qu­ar­kach czy Il­lu­stra­to­rach, w RIP-​ach, sys­te­mach im­po­zy­cyj­nych oraz na­świe­tlar­niach, wy­ko­ny­wało się w dzia­łach reprodukcyjno-​fotograficznych, w ze­cer­niach, re­tu­szer­niach, kre­ślar­niach, chemi­grafiach, ko­piach of­f­se­to­wych i w wielu in­nych dzia­łach dru­karń, za­leżnie od sto­so­wa­nych tam tech­no­logii.
 Je­stem fa­cetem, który w doj­rzałym wieku sia­dając przed kom­pu­terem, już od razu wie­dział, co chce uzy­skać no­wymi na­rzę­dziami. Nikt nie mu­siał mi tłu­ma­czyć, czym jest ra­ster, za­lewka, triada, żywa pa­gina albo szewc lub bę­kart, czy też ga­tunki pa­pieru. To nie był, rzecz jasna, ko­niec mojej ty­po­gra­ficznej edu­kacji, ale po­czątek da­jący so­lidne pod­stawy za­wodu.


A skąd po­mysł na naukę w Tech­nikum Po­li­gra­ficznym? Wy­brałeś szkołę wła­śnie dla tych „so­lid­nych pod­staw”?

Jako go­łowąs nie my­ślałem o pro­jek­to­waniu ty­po­gra­ficznym. Chciałem być dru­ka­rzem. Chętka cał­kiem na­tu­ralna, bo mój oj­ciec był szefem tech­nicznym po­tężnej Spół­dzielni Wy­daw­ni­czej Czy­telnik i re­dak­torem mie­sięcz­nika Po­li­gra­fika, a mama pra­co­wała w wy­daw­nic­twie Wiedza Po­wszechna.
 Tak więc miałem dom pełen książek, a w per­spek­tywie kon­ty­nu­ację ro­dzinnej tra­dycji poligraficzno-​wydawniczej oraz pomoc w wielu fa­cho­wych pro­ble­mach. Sio­stra wy­lą­do­wała w Li­ceum Księ­gar­skim. Tata mo­jego przy­ja­ciela z po­dwórka był ko­le­ja­rzem i on po­szedł do Tech­nikum Ko­le­jo­wego. Tak wtedy często by­wało.


A więc jednak tra­dycja… Byłeś pilnym uczniem? Na pewno nie cho­dziłeś na wa­gary? I zo­stałeś w końcu dru­ka­rzem?

Oczy­wi­ście, że cho­dziłem na wa­gary. Pa­trząc na wa­gary z per­spek­tywy czasu, do­chodzę do wniosku, że są je­dyną sen­sowną formą buntu na­sto­latka, na­bur­mu­szo­nego prze­ciwko do­ro­słym, wtła­cza­jącym go w nisz­czące swo­bodę ramy co­dziennej, ru­ty­nowej i zor­ga­ni­zo­wanej nauki. Te­le­pały się we mnie jednak resztki roz­sądku i wa­ga­ro­wałem na przed­mio­tach, z któ­rych byłem dobry. Cho­dziłem zaś na lekcje, na któ­rych byłem słabszy, aby nie pro­du­kować do­dat­ko­wych kło­potów.
 Dru­ka­rzem zo­sta­wało się chcąc nie chcąc. W sze­ścio­dniowym ty­go­dniu pię­cio­let­niej nauki mie­liśmy trzy dni do­brze zor­ga­ni­zo­wa­nych warsz­tatów na sprzęcie uży­wanym po­wszechnie w dru­kar­niach. Były też wa­ka­cyjne prak­tyki w naj­praw­dziw­szych za­kła­dach, np. w Dru­karni im. Re­wo­lucji Paź­dzier­ni­kowej na­uczyłem się składać wzory ma­te­ma­tyczne (oło­wia­nymi czcion­kami oczy­wi­ście), a w Do­świad­czalnej Ofi­cynie Gra­ficznej PSP po­znałem ty­po­gra­ficz­nego guru, Leona Urbań­skiego, który trząsł całą dru­karnią. Ma­tura tego tech­nikum była war­to­ściowa. Z mojej klasy kilka osób bez pro­blemów zdało na dzienne studia i to na różne wy­działy: handlu za­gra­nicz­nego, ger­ma­ni­styki, hi­storii czy po­li­gra­ficznej in­ży­nierii.


Nie tylko dru­kować, ale też składać — czego jeszcze na­uczyłeś sie w tech­nikum? Czy był to tylko druk ty­po­gra­ficzny i skład ręczny?

Klasy były po­dzie­lone wg spe­cjal­ności — ja byłem w ze­cer­skiej. Jednak na lek­cjach tech­no­logii i ma­szy­no­znaw­stwa uczy­liśmy się o wszystkim. Tak więc wie­działem co trzeba o in­tro­li­ga­tor­stwie lub of­fsecie, ale za­jęcia prak­tyczne do­ty­czyły wy­branej spe­cjal­ności. Istotne były lekcje chemii i ma­te­ria­ło­znaw­stwa, które da­wały wiedzę na przy­szłość. Rzecz jasna, jak w każdym innym fachu, trzeba póź­niej stale śle­dzić no­wości tech­niczne i tech­no­lo­giczne, jeśli pra­cuje się w branży.
 Czy­tałem póź­niej m.in. cza­so­pisma za­wo­dowe, w któ­rych była rze­czy­wista wiedza prak­tyczna. Dzi­siaj są one głównie zbiorem marketingowo-​reklamowych ma­te­riałów i kro­niką in­sta­lacji urzą­dzeń w po­szcze­gól­nych dru­kar­niach, o co bardzo dbają pro­du­cenci sprzętu. Dzien­ni­karz za­wo­dowy nie może na­pisać, że np. farbą firmy X źle się dru­kuje na pa­pierze firmy Y, albo że ma­szyna Z nie sprawdza się pod­czas dru­ko­wania tego lub owego. Taki ar­tykuł nie prze­chodzi, bo mie­sięcznik nie do­stanie re­klam od firm za­in­te­re­so­wa­nych, a więc straci pod­stawy bytu. Zu­pełna pa­ra­noja.


To chyba uwaga głównie do Po­li­gra­fiki? W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych za­czy­ty­wałem się w niej. Potem za­czął z nią kon­ku­rować Świat Druku i kilka in­nych. Wszystkie dość szybko za­mie­niły się w cza­so­pisma re­kla­mowe aż… prze­stałem je ku­pować. Cza­sami na ho­ry­zoncie po­ja­wiło się ja­kieś war­to­ściowe pismo, które szybko zni­kało… Oprócz Czy­tel­nika, wła­śnie w Po­li­gra­fice pra­cował twój oj­ciec, Roman. Miał ogromny ty­po­gra­ficzny do­robek. Uczył pro­jek­to­wania pism na paru uczel­niach, wy­dawał Li­terę, za­łożył Ośrodek Pism Dru­kar­skich i przez wiele lat był ak­tywnym człon­kiem ATypI. Wy­gląda na to, że więk­szość za­wo­do­wych za­in­te­re­sowań prze­jąłeś wła­śnie od niego.

Rola i przy­kład ojca były nie do prze­ce­nienia w mojej drodze za­wo­dowej. Szcze­gólnie na jej po­czątku. Primo, za­szczepił mi au­ten­tyczną mi­łość do książek i pasję książ­ko­roba. Se­cundo, był nie­zgłę­bionym źró­dłem in­for­macji i wreszcie tertio, zna­ko­micie uła­twił mi start za­wo­dowy i zna­jo­mość śro­do­wiska drukarsko-​wydawniczego.
 Róż­nica między nami jest i po­zo­stanie, a z ojcem nie za­mie­rzam się „ścigać”. On był bar­dziej or­ga­ni­za­torem i kry­ty­kiem ty­po­grafii. Jego do­robek pu­bli­cy­styczny liczy ok. 440 po­zycji bi­blio­gra­ficz­nych. Był do­sko­nałym ju­rorem w mię­dzy­na­ro­dowym wy­miarze. Miał pre­cy­zyjne oko do roz­ma­itych gra­ficz­nych ko­rekt, wy­ko­rzy­sty­wane przez liczne grono gra­fików. Swoje prace pro­wa­dził sys­te­ma­tycznie — two­rzył ideę i ją re­ali­zował. Takim przy­kładem jest wy­cho­wanie grona pro­jek­tantów pism na war­szaw­skiej ASP i w Ośrodku Pism Dru­kar­skich. Ja działam ina­czej. Je­stem przede wszystkim pro­jek­tantem książek i re­dak­torem. Jednak moją żyłkę pu­bli­cy­styczną z pew­no­ścią ge­ne­tycznie mam po ojcu.
 Jest jeszcze jedna, fun­da­men­talna róż­nica. Kiedy ja, w wieku naj­bar­dziej na naukę od­po­wiednim stu­dio­wałem bi­blio­logię na uni­wer­sy­te­tach, prak­ty­ko­wałem w wy­daw­nic­twach i dru­kar­niach, ro­biłem kursy fo­to­składu i tech­no­logii, on działał w kon­spi­ra­cyjnej dru­karni, sie­dział na Ge­stapo w po­znań­skiej cy­ta­deli, w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych w Żabi­kowie i Mau­thausen, a potem z gruzów Szcze­cina i Wroc­ławia wy­do­bywał części ma­szyn dru­kar­skich.


Tech­nikum, studia, kursy, praca w drukarniach/​wydawnictwach, pu­bli­cy­styka… chyba nie ro­biłeś wszyst­kiego naraz? Kiedy do­stałeś pierwszą praw­dziwą pracę?

Zaraz po tech­nikum zda­wałem na dzienne studia hi­storii sztuki, na uni­wer­sytet. To była stra­ceńcza szarża (16 osób na jedno miejsce). Nie do­stałem się i z miejsca po­sze­dłem pra­cować do War­szaw­skiej Dru­karni Ak­cy­den­sowej. Miała dwa za­kłady: ty­po­gra­ficzny i of­f­se­towy. Po­sze­dłem do ze­cerni w ty­po­gra­ficznym. Mu­siałem wkom­po­nować się w ze­spół ru­ty­niarzy, bo tra­fiłem do do­brze zgranej grupy ro­biącej duże ta­bele i łamiącej wie­lo­stro­ni­cowe fol­dery dla cen­tral handlu za­gra­nicz­nego. Cała ze­cernia skła­dała się z trzech współ­pra­cu­ją­cych ze sobą części: ręcznej, li­no­ty­powej i mo­no­ty­powej — łącznie ok. 35 osób. Praca na dwie zmiany.


Za­li­czyłeś każdą? Dziś skład ko­jarzy się lu­dziom przede wszystkim z kom­pu­terem. Ale ty miałeś do czy­nienia z wier­szow­ni­kiem, ju­stun­kiem, czcion­kami, kla­wia­turą li­no­typu czy ta­strem… Czy mo­żesz opo­wie­dzieć jak się pra­cuje w ołowiu?

Nie, nie skła­dałem na kla­wia­turze li­no­typu i ta­stra mo­no­ty­po­wego. Było to tylko od­skła­dy­wanie wierszy tekstu wg reguł (które zresztą do­brze znałem) — po­wiedzmy — mi­kro­ty­po­grafia. Mnie na­to­miast bar­dziej po­cią­gało two­rzenie całej pu­bli­kacji. Wo­lałem więc pra­cować jako łamacz (me­trampaż). Wśród in­strukcji tech­nicz­nych, po­wy­le­pia­nych ma­kiet po­szcze­gól­nych stronic, ko­rekt, bu­do­wania oło­wia­nych ko­lumn z od­skła­da­nych już tek­stów, che­mi­gra­ficz­nych cyn­ko­wych ilu­stracji oraz ma­te­riału ju­stun­ko­wego, czułem się jak ryba w wo­dzie.
 Dzi­siejsze skła­danie w kom­pu­te­ro­wych pro­gra­mach jest dużo łatwiejsze i nie­po­rów­ny­walnie szybsze. Po­niżej za­sad­nicze róż­nice:
— brak ogra­ni­czeń wy­ni­ka­ją­cych ze sztywnej „pro­sto­kąt­ności” ka­wałków me­talu. Nie mo­głeś nic przy­sunąć bez cięcia, pi­ło­wania, lub szli­fo­wania;
— au­to­ma­tyczne na­rzę­dzia pro­gramów wy­ko­nują ju­sto­wanie. Wy­liczą za ciebie sze­ro­kości ele­mentów ko­lumny, ta­beli, ma­te­ma­tycznej for­muły itp. Ko­niecz­ność ze­sta­wienia ide­alnie wy­li­czo­nych pro­sto­kąt­nych ko­lumn była w ze­cer­stwie naj­waż­niejszą umie­jęt­no­ścią. Nie­równe, nie­do­li­czone ko­lumny i ich frag­menty sy­pały się pod­czas ma­ni­pu­lacji oraz dru­ko­wania na ma­szynie;
— nie trzeba prze­rzucać setek kil­ko­gramów ołowiu, np. po­pra­wiając ko­rektę;
— nie trzeba roz­bierać ko­lumn po wy­dru­ko­waniu w celu od­zy­skania cen­nego ma­te­riału ze­cer­skiego i złomu do prze­to­pienia;
— nie mu­sisz wdy­chać pyłów i oparów ołowiu.
A reszta, to wła­ściwie to samo.


A fo­to­skład? Hi­storia Do­nalda Knutha i jego kom­pu­te­ro­wego sys­temu składu — który opra­cował po­dobno pod wpływem nie­za­do­wo­lenia z pracy fo­to­skła­daczy nad jego książką — su­ge­ruje, że była to ciemna era ty­po­grafii. Czy to prawda?

Wręcz prze­ciwnie, to snop czy­stego światła! Re­wo­lucja, która spo­wo­do­wała gwał­towny rozwój tech­niczny w po­li­grafii, ze­rwanie z me­talem, cię­żarem oraz ogra­ni­cze­niami ma­terii. Dzi­siaj tech­niki dru­ko­wania wy­pu­kłego, z wy­jąt­kiem flek­so­grafii, znaj­dują się już w skan­senie dru­kar­stwa, a sprawił to fo­to­skład. Bez tej fazy tech­no­lo­gicznej nie by­łoby pro­gramów edy­tor­skich, fontów kom­pu­te­ro­wych, na­świe­tlarek i wy­daj­nych ska­nerów.
 Oczy­wi­ście fo­to­skład to tylko hasło. Nie można urzą­dzeń optycz­nych, skła­da­ją­cych pry­mi­tyw­nymi fo­to­ma­try­cami, po­rów­nywać z elek­tro­nicz­nymi urzą­dze­niami na­świe­tla­ją­cymi film li­ter­kami z lampy elektrono-​promiennej CRT. Tech­niki na­świe­tlania, spo­soby mon­tażu, przy­go­to­wanie blach of­f­se­to­wych — wszystko zmie­niało się jak w ka­lej­do­skopie.
 Pro­fesor Knuth miał nie­fart, jako autor pu­bli­kacji. Był ma­te­ma­ty­kiem i in­for­ma­ty­kiem, któ­rego prace wy­ma­gały umie­jęt­ności skła­dania no­wymi na­rzę­dziami, nie­przy­sto­so­wa­nymi jeszcze do ar­cy­trud­nych tek­stów. Tech­no­lo­gowie fo­to­składu pra­co­wali nad roz­wią­za­niami tech­nicz­nymi, mechaniczno-​optyczno-​elektro­nicznymi, a sprawom kom­pli­kacji ze­cer­skich po­świę­cano wów­czas mniej uwagi. Nie można już było złożyć wzoru ma­te­ma­tycz­nego ręcznie, ani sys­temem czte­ro­wier­szowym na mo­no­typie. Coś trzeba było wy­kom­bi­nować. Knuth to zrobił i za­mknął swój po­mysł w jednym spójnym sys­temie „cho­dzącym” na każdej plat­formie cy­frowej.


Mó­wimy, oczy­wi­ście, o TeX-​u. Za­rze­kałeś się wcze­śniej, że w od­róż­nieniu od ojca, zaj­mu­jesz się głównie re­dakcją i pro­jek­to­wa­niem książek. Ale prze­cież uczest­ni­czysz w pra­cach Pol­skiej Grupy Użyt­kow­ników Sys­temu TeX (któ­rego za­pewne uży­wasz na co dzień), jako członek za­rządu. Pro­wa­dzisz prze­różne warsz­taty i wy­kłady. Pi­sałeś bądź pi­szesz w fa­cho­wych cza­so­pi­smach. Na­pi­sałeś kilka książek (nawet w tej chwili jest w przy­go­to­waniu ko­lejna!). Zaj­mo­wałeś się też pro­jek­to­wa­niem i sys­te­ma­tyką pism dru­kar­skich.

A jednak mó­wiłem prawdę. Ina­czej są roz­ło­żone ak­centy i za­kręty za­wo­do­wych dróg — ojca i mojej. Mi­nęło już 16 lat odkąd po­znałem użyt­kow­ników sys­temu TeX. Sam go nie sto­suję, choć dużo o nim wiem. Z Te­Xow­cami je­stem w przy­jaźni i często wspólnie pra­cuję. Staram się w ich śro­do­wisku pro­pa­gować kul­turę ty­po­gra­ficzną, po­ka­zywać sens wy­daw­ni­czego pro­jek­to­wania i znaj­duję uważ­nych słu­chaczy. Po­ma­gają mi tacy wspa­niali lu­dzie z poza TeXa, jak: Adam Twar­doch, To­masz Bier­kowski, Mał­gosia Du­bo­wiak, Ro­bert Chwa­łowski i inni.
 Przed­miotem moich wy­kładów i warsz­tatów jest ty­po­grafia upra­wiana nie­za­leżnie od na­rzę­dzia. Quark, TeX, Corel, Il­lu­strator, wier­szownik czy mo­tyka — wszystko jest dobre tylko wów­czas, gdy ma się dobry po­mysł. Jest mi rów­nież bliska, pro­pa­go­wana przez mię­dzy­na­ro­dowe śro­do­wisko Te­Xowe, idea wol­nego opro­gra­mo­wania.


Człon­kowie GUST pod­jęli ini­cja­tywę udo­stęp­niania fontów, jako dobra pu­blicz­nego. Znaj­dują się wśród nich kroje przed laty uży­wane w skła­dzie go­rącym, jak Cy­klop, An­tykwa Pół­taw­skiego czy An­tykwa To­ruńska. Twórca ich fon­to­wych wersji, Ja­nusz M. No­wacki, wspo­mina cię w po­dzię­ko­wa­niach. Jak głę­boki był twój udział w ich po­wstaniu? Świa­do­mość two­jego du­żego do­świad­czenia w pro­jek­to­waniu i po­pra­wianiu pism, na­suwa rów­nież py­tanie: Gdzie można nabyć kroje przez ciebie za­pro­jek­to­wane lub spo­lo­ni­zo­wane, albo czy można je cho­ciaż obej­rzeć? Mó­wiąc o pi­smach dru­kar­skich, mam rów­nież na myśli ART — cóż to ta­kiego? — i Lek­sykon pism dru­kar­skich. Bardzo wiele osób, które grzebią w li­te­rach, chcia­łoby mieć tę książkę. Po­szu­kują jej w an­ty­kwa­ria­tach lub au­kcjach in­ter­ne­to­wych. Czy, wobec tego, ukaże się jej nowe wy­danie?

GU­STowne fonty po­wsta­wały w ciągu całej hi­storii tej or­ga­ni­zacji. Naj­większe za­sługi w ich two­rzeniu mają: Ja­nusz M. No­wacki, Bo­gu­sław Jac­kowski i Piotr Strzel­czyk — twórcy fon­to­wego pro­gramu Me­ta­Type opar­tego na ma­szy­nerii Te­Xo­wego Me­ta­Posta. Nie wy­łożę tu całej hi­storii kil­ku­nastu krojów pism, ale kto chce, może do­trzeć do dru­ko­wa­nych ar­ty­kułów na ten temat. Mój udział był skromny. Po­legał na szu­kaniu źródeł gra­ficz­nych, spo­ra­dycz­nych kon­sul­ta­cjach, te­stach fontów Type1 na Ma­kin­toszu, pro­pa­go­waniu ich na łamach prasy. Do­ty­czył głównie An­tykwy Pół­taw­skiego i krojów, które po­wstały na bazie Ku­riera, pro­jek­to­wa­nego w OPD.
 Nie bardzo wiem, jak po­wstał mit o pro­jek­to­waniu przeze mnie pism. Nigdy w życiu tego nie ro­biłem. Na­to­miast pra­cując dla SAD-​u (Apple Com­puter IMC Po­land) spo­lo­ni­zo­wałem ok. 900 fontów Type1. Sporo z nich można zo­ba­czyć we wkład­kach mie­sięcz­nika Wy­dawca z lat 19932003. Fonty z SAD-​u nie cho­dziły na PC-​tach, a po wej­ściu uni­ko­do­wych Open­Typów stały się już hi­storią.
ART — (A)ndrzej i ®oman (T)omaszewscy — to nazwa kla­sy­fi­kacji dru­kar­skich pism al­fa­betu łaciń­skiego, którą spo­rzą­dzi­liśmy wraz z ojcem. Jest jedną z wielu pro­po­no­wa­nych na świecie kla­sy­fi­kacji. Można się z nią za­po­znać m.in. w Lek­sy­konie pism dru­kar­skich. Lek­sykon po­wstał 13 lat temu. W dzie­dzinie tech­niki DTP, czas pędzi na łeb, na szyję. Książka wy­maga więc ak­tu­ali­zacji wielu haseł i do­pi­sania no­wych. To przy­naj­mniej rok in­ten­sywnej pracy, na którą nie mogę sobie po­zwolić, bo nie miałbym co do garnka włożyć.


Mimo to, pi­szesz inne książki — Za­piski książ­ko­roba, a teraz ko­lejna. Lu­dzie ga­dają, że to bę­dzie książka o… książ­kach? Twoje na­zwisko na pierw­szej stronie bę­dzie dla wielu osób wy­star­cza­jącym ar­gu­mentem do za­kupu, ale może są jeszcze ja­kieś? Kiedy i pod jakim ty­tułem szukać jej w księ­gar­niach? czego ocze­kiwać między okład­kami?

Do­brze lu­dzie ga­dają — rze­czy­wi­ście bę­dzie o książ­kach. Jest to ro­dzaj ad­no­to­wanej bi­blio­grafii. Na­zwałem ją bi­blio­grafią sen­ty­men­talną, a do­tyczy mojej pry­watnej bi­blio­teki. Opi­suję w niej książki z ich ce­chami in­dy­wi­du­al­nymi i za­war­to­ścią tre­ściową. Takie, które były dla mnie ważne, bu­do­wały za­wo­dową oso­bo­wość oraz wią­zały się z nie­któ­rymi wy­da­rze­niami. Książkę pro­jek­tuje Mał­gosia Du­bo­wiak, fo­to­grafie do niej zrobił Marek Ryćko, wstęp na­pisał Stefan Szczypka, a wy­dawać za­mierza Ro­bert Chwa­łowski.


Pro­jek­to­wanie książek, znaków dia­kry­tycz­nych, skła­danie i łamanie — w ołowiu i na kom­pu­terze — to wszystko umiesz. Umiesz też pisać i re­da­gować. Można by wy­snuć wniosek, że jak ktoś pro­jek­tuje albo przy­go­to­wuje książki, to po pewnym czasie zo­stanie pi­sa­rzem. Jednak stu­dio­wałeś bi­blio­logię — nie od razu po tech­nikum, a więc kiedy? Co no­wego wniosły studia? Czy po ich roz­po­częciu prze­rwałeś pracę w ze­cerni? Co było dalej?

Jak już wiesz, nie do­stałem się za pierw­szym razem na studia i po­sze­dłem do dru­karni. Byłem wtedy w takim wieku, w którym — bez zna­jo­mości w ko­misji re­kru­ta­cyjnej — bez­a­pe­la­cyjnie szło się do wojska. Od­słu­żyłem więc ku chwale oj­czyzny bite dwa lata na lot­nisku, w telefoniczno-​telegraficznej kom­panii. Na uni­wer­sytet zda­wałem z wojska. Na pi­semnym eg­za­minie wy­glą­dałem sen­sa­cyjnie — w mun­durze po­śród dziew­czę­cych bia­łych blu­ze­czek (mocno sfe­mi­ni­zo­wany kie­runek stu­diów).
 Stu­dio­wałem w War­szawie i we Wro­cławiu, ale stu­diów nie skoń­czyłem. Bardzo nie­pe­da­go­gicznie to za­brzmi, ale w któ­rymś mo­mencie uświa­do­miłem sobie, że nie tego chcę się uczyć, i że są cie­kawsze rzeczy do ro­bienia. Nigdy nie za­le­żało mi na stu­dio­waniu dla pa­pierka, na­to­miast dzięki stu­diom po­znałem kilka osób, które miały znaczny wpływ na moją dalszą, już in­dy­wi­du­alną, edu­kację.


In­dy­wi­du­alna edu­kacja? Czyżbyś jednak był out­si­derem? Od­ciętym od świata molem książ­kowym, po­chło­niętym wy­łącznie zdo­by­wa­niem wiedzy?

Nie, nie byłem na uboczu, cho­ciaż za­wsze po­ły­kałem książki. Zmie­niłem tylko teren dzia­łania, bo aka­de­mickie życie oka­zało się dla mnie nudne. Cią­gnęło mnie znowu do kon­kretnej pracy. Nie miejsce tutaj na ko­lejne CV, ale pra­co­wałem w po­li­grafii (m.in. Ośrodek Badawczo-​Rozwojowy) i wy­daw­nic­twach (m.in. PIW), prze­ży­wałem au­ten­tyczne bi­blio­teczne przy­gody in­te­lek­tu­alne, np. z XIX-​wiecznym ka­ta­lo­giem Bi­blio­teki Ja­giel­loń­skiej, uczyłem się fo­to­składu, pró­bo­wałem robić re­print atlasu He­we­liusza itp., itp. Przy tym za­ra­białem pie­niądze. Żyć, nie umierać. Nijak się to miało do sys­te­ma­tycznej uczel­nianej nauki.


No, a jak było z pu­bli­cy­styką? Za­cząłeś pi­sywać do cza­so­pism? W którym mo­mencie po­ja­wiło się Pro­Typo? Mo­żesz coś więcej o nim po­wie­dzieć?

Z hi­storią mojej pi­sa­niny można za­po­znać się na stronie in­ter­ne­towej, a po­czątek przed­sta­wiłem w Za­pi­skach książ­ko­roba. Pro­Typo po­wstało w czasie, gdy rządy Ma­zo­wiec­kiego i Bie­lec­kiego na­wo­ły­wały aby „brać sprawy w swoje ręce”. Na po­czątek za­ło­żyłem wy­daw­nictwo Pro Li­bris i przy fi­nan­sowej po­mocy ojca wy­dałem książkę dla dzieci Se­krety słów. Na­pi­sana przez moja sio­strę i jej przy­ja­ciela była la­tach 80. hitem Na­szej Księ­garni. Roz­sprze­dano wów­czas dwa duże na­kłady. Moje przed­się­wzięcie oka­zało się wielką klapą, o której przy­czy­nach długo by mówić.
 Drugą ini­cja­tywą Pro Li­bris była próba pu­bli­ko­wania kwar­tal­nika Pro­Typo. Miał na­wią­zywać do re­da­go­wanej nie­gdyś przez ojca Li­tery. Udało się wy­pu­ścić tylko pięć ze­szytów. Miałem 500 pre­nu­me­ra­torów, jednak żeby co naj­mniej „wyjść na zero” po­trzeba było ok. 900. Pró­bo­wałem ra­tować pismo or­ga­ni­zując z ojcem płatne se­mi­naria Pro­Typo. W 1992 roku od­były się dwu­krotnie w In­sty­tucie Wzor­nictwa Prze­my­sło­wego. Jako cie­ka­wostkę mogę podać, że koszt uczest­nictwa w drugim se­mi­na­rium wy­nosił 2 000 000 in­fla­cyj­nych zło­tych.
 Po­mimo kil­ku­nastu krze­pią­cych głosów i pod­trzy­mu­ją­cych na duchu przy­ja­ciół, mu­siałem zre­zy­gnować z Pro­Typo. Prze­ko­nałem się — biz­nes­menem nie zo­stanę. Zli­kwi­do­wałem firmę i roz­go­ry­czony, po­sze­dłem do nor­malnej, eta­towej pracy. 1992 był też ro­kiem śmierci mego ojca. Nie miałem już dla kogo się starać.


Ale czy eta­towa praca po­zwala na swo­bodę twórczą? We wła­snym wy­daw­nic­twie ty de­cy­do­wałeś, jak ma wy­glądać książka. Ty­po­graf na etacie jest pod tym względem trochę ubez­wła­sno­wol­niony. W nie­któ­rych wy­daw­nic­twach nie ma świa­do­mości, że książka po­winna być od­po­wiednio za­pro­jek­to­wana. Wobec tego, można by za­pytać, czy w ogóle warto zaj­mować się ty­po­grafią?

Za­leży, gdzie i z kim się pra­cuje. Są miejsca, które za­bi­jają oso­bo­wość. Są też takie, które sprzy­jają twór­czej pracy. Ja miałem szczę­ście do pra­co­dawców, czy pań­stwo­wych, czy to pry­wat­nych.
 Moje pro­jek­to­wanie książek za­częło się wła­śnie od eta­towej pracy, w la­tach 70. w Pań­stwowym In­sty­tucie Wy­daw­ni­czym, gdzie byłem kie­row­ni­kiem re­dakcji tech­nicznej. To czasy „przed­kom­pu­te­rowe” i o DTP się jeszcze nie śniło. Każdy ma­szy­nopis książki na­le­żało ad­iu­stować do składu w dru­karni, opisać ilu­stracje, przy­go­tować ma­kietę dla ze­cerów. PIW wy­dawał wtedy ponad 200 ty­tułów rocznie. Było więc co robić. Pra­cownią gra­ficzną wy­daw­nictwa kie­ro­wała nie­ży­jąca już Jo­lanta Ba­rącz, wów­czas znana gra­ficzka książ­kowa. Mając gra­fików za­trud­nio­nych eta­towo, współ­pra­co­wała do­dat­kowo ze zna­nymi twór­cami: Ja­nu­szem Stannym, Le­onem Urbań­skim, Ro­manem Cie­śle­wi­czem, Woj­cie­chem Freu­den­re­ichem, Janem Bo­kie­wi­czem i wie­loma in­nymi, którym za­le­żało na pracy dla PIW-​u. To wła­śnie Jo­lanta Ba­rącz dała mi pierwsze książki do za­pro­jek­to­wania od A do Z. Kon­taktom z gra­fi­kami oraz zna­ko­mi­tymi re­dak­to­rami za­wdzię­czam swoją wy­daw­niczą wiedzę i umie­jęt­ności. To były osoby-​instytucje, nie­którzy o cha­ry­zma­tycznym au­to­ry­tecie, np. re­dak­torzy Ma­rian Bizan i An­to­nina Je­licz. Wszystko to miałem w pracy na etacie.
 Dzi­siaj wy­da­wa­niem książek zaj­mują się często osoby za­wo­dowo nie­zbyt przy­go­to­wane. Nie ma już wiel­kich wy­daw­nictw za­trud­nia­ją­cych licz­nych fa­chowców, bo nie ma ta­kiej eko­no­micznej i tech­no­lo­gicznej po­trzeby. Wiele rzeczy robi się na ze­wnątrz, m.in. pro­jekty książek. Dużo więc za­leży od nas sa­mych: po­tra­fimy czy nie po­tra­fimy prze­konać wy­dawcę do cie­kaw­szej kon­cepcji, przed­stawić wi­zu­alnie i rze­czowo swój po­mysł, na­mówić na lepszy pa­pier lub in­tro­li­ga­tor­skie płótno, prze­konać do zmiany dru­karni albo na­świe­tlarni. Czyli, ge­ne­ralnie, za­leży od daru prze­ko­ny­wania i ta­kiego przed­sta­wienia sprawy, aby de­cy­dent chciał nas słu­chać. To trudne, ale umie­jęt­ności ne­go­cja­cyjne rosną wraz z do­świad­cze­niem za­wo­dowym. Czasem się nie udaje. Mówi się trudno — nie wy­szło z Ko­wal­skim, wyj­dzie z Wi­śniew­skim. Zdaję sobie sprawę, że młodzi lu­dzie mają więcej do stra­cenia. Dbają o małe dzieci, urzą­dzają gniazdka do­mowe i często, dla pie­niędzy, muszą coś robić prze­ciwko sobie. Póź­niej jednak, gdy la­to­rośle od­cho­wane i nie kapie na głowę, można trochę po­ma­ru­dzić, przyj­mując pracę.


Wy­daje mi się, że oso­bo­wość zawodowa/​artystyczna roz­wija się rów­nież poza pracą. Do­ra­stałeś w spe­cy­ficznej, twór­czej at­mos­ferze. Dziś także po­ru­szasz się w ja­kimś, kon­kretnym oto­czeniu. Jakie ono jest?

Kasia — żona — pe­dagog szkolny, ku­rator są­dowy; Ewa — córka — et­nolog (Uniw. War­szawski), ma­ster of art (Brunel Uni­wer­sity, London); Kleks — kot — obecny du­chem, choć prze­niósł się do lep­szego świata.
 Na­to­miast moje oto­czenie zawodowo-​towarzyskie tworzą głównie osoby zwią­zane z książ­kami. Są wśród nich bi­blio­te­karze, wy­dawcy, gra­ficy, li­te­raci, dru­karze, a ostatnio rów­nież księ­garze. Nie znaczy to, że z ludźmi in­nych za­wodów nie mam kon­taktu. Z in­ży­nierem bu­dowy dróg jeżdżę na grzyby, z ma­te­ma­ty­kiem robię re­print, z poetą piję wódkę, z par­kin­gowym, ger­ma­nistą i księ­gowym gram w szachy, kum­pluję się z so­cjo­lo­giem i hi­sto­ry­kiem, a także z pe­da­go­giem spe­cjalnym oraz sto­la­rzem w jednej osobie. Bardzo mnie cieszy, że nie muszę ob­racać się w śro­do­wisku pia­rowców, ma­na­gerów pro­duktu, za­rzą­dza­ją­cych marką itp. spe­cja­li­stów od so­cjo­tech­nicz­nego ma­ni­pu­lo­wania ludźmi. Nie in­te­re­suje mnie „od­kry­wanie świata nowej for­muły pio­rącej”, a więc pro­jek­to­wa­niem nie­zwią­zanym z książ­kami, np. re­kla­mowym, kor­po­ra­cyjnym czy han­dlowym w ogóle się nie zaj­muję.

cdn.