Drukarnia | Typografia po polsku

Oznaczone tagiem „drukarnia”

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie trzecie, ostatnie

14 czerwca 2010

Trze­cie spo­tka­nie koń­czy cykl. Czy ty­po­gra­fia jest czę­ścią na­szego życia? Czy jest ważna? Na czym po­lega jej zna­cze­nie? Sty­kamy się z nią na co dzień, ale czy ją do­ce­niamy lub choćby do­strze­gamy? Mam na­dzieję, że wszystko, o czym z An­drze­jem To­ma­szew­skim mó­wi­li­śmy, sta­nowi ja­kąś po­moc dla pro­jek­tan­tów, a przy­naj­mniej inspirację.

Andrzej Tomaszewski
Fot. An­drzej Odyniec

Czy ist­nieje etyka za­wo­dowa ty­po­grafa?

Oczy­wi­ście, po­dob­nie jak w każ­dej pro­fe­sji. Je­żeli okre­ślimy ty­po­grafa, jako osobę zaj­mu­jącą się pro­jek­to­wa­niem i przy­go­to­wa­niem do druku (lub in­nego upo­wszech­nie­nia) pu­bli­ka­cji, to jego za­cho­wa­nia etyczne do­ty­czą głów­nie trzech re­la­cji mię­dzy­ludz­kich:
1) pomiędzy ty­po­gra­fem a autorem-​nadawcą opra­co­wy­wa­nego ko­mu­ni­katu (tre­ści tek­sto­wej lub iko­no­gra­ficz­nej);
2) typografem a od­biorcą ko­mu­ni­katu, czyli czy­tel­ni­kiem tre­ści;
3) wreszcie re­la­cji z dru­ka­rzem jako wy­twórcą pu­bli­ka­cji na pod­sta­wie pracy ty­po­grafa.
 Świa­do­mie po­mi­jam tu wszel­kie kwe­stie zwią­zane z re­la­cją zle­ce­nio­dawca – zle­ce­nio­biorca, po­nie­waż re­gu­lo­wane są od­po­wied­nimi prze­pi­sami praw­nymi oraz umo­wami o dzieło. Rów­nież pro­ble­ma­tyka prawa au­tor­skiego lub pa­ten­to­wego jest sze­roko opi­sana w li­te­ra­tu­rze prawno-​zawodowej. Skupmy się więc na wy­żej wy­mie­nio­nych trzech punk­tach.
 Ad 1) Imperatyw mo­ralny spro­wa­dza się do tego, że po­dej­mu­jąc się opra­co­wa­nia ko­mu­ni­katu (ulotki re­kla­mo­wej, ar­ty­kułu na­uko­wego, ar­ku­sza po­etyc­kiego, książki te­le­fo­nicz­nej, pro­gramu te­atral­nego, bi­letu na mecz, le­gi­ty­ma­cji par­tyj­nej czy in­nego druku) mamy obo­wią­zek do­głęb­nie po­znać in­ten­cje au­tora i jego ocze­ki­wa­nia. Prze­ko­ny­wa­nie autora-​nadawcy ko­mu­ni­katu do wła­snych kon­cep­cji es­te­tycz­nych i wi­zu­al­nych ma swoje gra­nice. Nie można przy­go­to­wy­wać pu­bli­ka­cji wbrew woli nadawcy. Zbyt czę­sto bywa, że po­wstaje pro­dukt, w któ­rym prze­staje on być au­to­rem prze­ka­zy­wa­nej tre­ści lub to, co chciał prze­ka­zać, ulega de­for­ma­cji.
 Ad 2) Końcowy od­biorca tre­ści, a więc jej czy­tel­nik, ni­gdy nie po­wi­nien umknąć uwa­dze pro­jek­tanta. Naj­prost­sza i w miarę ja­sna jest tu kwe­stia nie­utrud­nia­nia per­cep­cji ko­mu­ni­katu, a więc za­cho­wa­nia wa­lo­rów czy­tel­no­ści, roz­po­zna­wal­no­ści i rze­mieśl­ni­czej ja­ko­ści pu­bli­ka­cji. Na­to­miast są sprawy, które mu­simy roz­wa­żać we wła­snym su­mie­niu. Na­leżą do nich np.: opra­co­wy­wa­nie tre­ści fał­szy­wych lub wąt­pli­wych mo­ral­nie, uczest­nic­two w oszu­stwach po­li­tycz­nych lub mar­ke­tin­go­wych, an­ty­edu­ka­cja es­te­tyczna i pro­pa­go­wa­nie ki­czu — z ta­kich de­cy­zji żaden pro­jek­tant nie może czuć się zwol­niony. Sam wy­biera: do­chód czy re­zy­gna­cja z so­cjo­tech­nicz­nej blagi, pie­nią­dze na ubra­nie dla dziecka czy od­rzu­ce­nie pro­po­zy­cji łama­nia por­nosa, fajne wa­ka­cje czy od­mowa pro­duk­cji ulo­tek pi­ra­midy fi­nan­so­wej. Ale po­dobne de­cy­zje są, rzecz ja­sna, udzia­łem lu­dzi wielu za­wo­dów.
 Ad 3) Do nie­dawna sprawa była ja­sna — całe przy­go­to­wa­nie pro­duk­cji od­by­wało się w dru­karni i po­li­graf… jak so­bie po­ście­lił, tak się wy­spał. Dzi­siaj pracą w dru­karni „rzą­dzą” przy­go­to­wane przez nas pliki post­scrip­towe, pe­de­efy, in­struk­cje szcze­gó­łowe i wszel­kie wy­ma­ga­nia po­cho­dzące spoza dru­karni. Jest rze­czą bar­dzo ważną, aby za­cho­wać od­po­wied­nie sto­sunki in­ter­per­so­nalne z tech­no­lo­gami dru­karń i in­nymi pra­cow­ni­kami po­li­gra­fii, kon­sul­to­wać sprawy trudne, wspól­nie po­dej­mo­wać kło­po­tliwe tech­no­lo­gicz­nie de­cy­zje itp. Oczy­wi­ście nie zna­czy to, aby re­zy­gno­wać z wy­ma­gań ja­ko­ścio­wych lub prób wpro­wa­dze­nia ja­kiejś in­no­wa­cji. Niby zro­zu­miała, ludzka sprawa, a jed­nak po­wszechne są z jed­nej i dru­giej strony za­cho­wa­nia pełne pre­ten­sji, zło­śli­wo­ści i ir­ra­cjo­nal­nych po­staw w ro­dzaju: na złość ma­mie od­mrożę so­bie uszy.
 Za­sta­na­wiam się, czy można mó­wić o eto­sie śro­do­wi­ska ty­po­gra­fów. My­ślę, że jest on ści­śle zwią­zany z wie­lo­wie­ko­wym zna­cze­niem dru­kar­skiej pro­fe­sji. W dru­kar­skich spra­wach ist­nieje etos za­wodu, w in­ter­ne­to­wych jesz­cze się nie wykształcił.

Etos. Wielu pro­jek­tan­tów — ba, wielu dru­ka­rzy — nie ma o nim po­ję­cia. Kie­dyś prawo na­zy­wa­nia się to­wa­rzy­szem sztuki dru­kar­skiej było wy­ra­zem dumy i od­po­wie­dzial­no­ści. Drukarz-​typograf był zo­bo­wią­zany… No wła­śnie, czy etos upada? Mo­żesz go jesz­cze bar­dziej przybliżyć?

Jest ars między inszymi taka, iż nie tylko plebeium,
ale vere ipsum nobilem nie szkaradzi.

Bar­tosz Pa­procki: Herby ry­cer­stwa pol­skiego, Kra­ków 1584

O kim tak pięk­nie mó­wił zna­ko­mity szes­na­sto­wieczny polsko-​czeski he­ral­dyk? O nas! O dru­ka­rzach mia­no­wi­cie (w pierw­szych wie­kach dru­kar­stwa łac. ty­po­gra­phus = dru­karz). Pi­sał to już po­nad sto lat po uru­cho­mie­niu ofi­cyny mo­gunc­kiego miesz­cza­nina Jo­han­nesa Gu­ten­berga.
 Szla­chet­nie uro­dzo­nym ho­nor nie po­zwa­lał pa­rać się rze­mio­słem. Po­dobne za­ję­cie gro­ziło wręcz utratą szla­chec­twa. No­bi­les byli człon­kami ry­cer­skiego stanu i mo­gli tru­dzić się tylko w mi­li­tar­nej po­trze­bie albo za­rzą­dzać ma­jąt­kiem. Tym­cza­sem w XVI stu­le­ciu — zło­tym wieku pol­skiego dru­kar­stwa — znaj­du­jemy przy­kłady wy­nie­sie­nia ple­be­ju­szy do stanu szla­chec­kiego, wła­śnie spo­śród grona dru­ka­rzy.
 Naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nym przy­kła­dem jest no­bi­li­ta­cja Jana Łazarzowica-​Januszowskiego, by­łego se­kre­ta­rza kró­lew­skiego Zyg­munta Au­gu­sta, hu­ma­ni­sty i twórcy ory­gi­nal­nego kroju czcio­nek — No­wego ka­rak­teru pol­skiego. Syn dru­ka­rza Łaza­rza An­dry­so­wica zo­stał dzie­dzi­cem słyn­nej kra­kow­skiej Ofi­cyny Łaza­rzo­wej — kon­ty­nu­ują­cej tra­dy­cje warsz­tatu re­ne­san­so­wego ty­po­grafa Hie­ro­nima Wie­tora. Na sej­mie w 1588 roku Ja­nu­szow­ski uzy­skał in­dy­ge­nat szla­checki wraz z her­bem Kło­śnik (Rola), a dwa lata póź­niej od Zyg­munta III Wazy ty­tuł Ar­chi­ty­po­grafa wraz z przy­wi­le­jami.
 Mamy też inne przy­padki. Uszlach­cono Wa­len­tego Łapkę-​Łapczyńskiego, który tło­czył w dru­karni wę­drow­nej (tzw. la­ta­ją­cej), to­wa­rzy­szą­cej wy­pra­wom wo­jen­nym Ste­fana Ba­to­rego. Łapka w po­trze­bie po­rzu­cał swoje czcionki i chwy­tał za oręż. Na­wia­sem mó­wiąc, na jego pra­sie w War­sza­wie wy­dru­ko­wano po raz pierw­szy „Od­prawę po­słów grec­kich” Jana Ko­cha­now­skiego. Przy­pu­ścił go do herbu Je­lita wielki kanc­lerz i het­man ko­ronny Jan Za­moy­ski.
 No­bi­lami zo­stali po­tom­ko­wie kra­kow­skich Szar­fen­ber­gów, szlach­ci­cem był Ra­fał Skrzetuski-​Hoffhalter — dru­karz w Au­strii i na Wę­grzech, także Cy­prian Ba­zy­lik — kom­po­zy­tor [rów­nież po­eta; przyp. red.] i wła­ści­ciel dru­karni, Sta­ni­sław Koc­my­rzow­ski no­bi­li­to­wany przez ce­sa­rza Le­opolda I w Wied­niu oraz kilku in­nych przed­sta­wi­cieli na­szej pro­fe­sji.
 Stąd wła­śnie na­zwa — to­wa­rzysz. Na po­do­bień­stwo np. to­wa­rzy­szy pan­cer­nych w hu­sa­rii, albo też grona osób szla­chet­nych, któ­rzy dru­ka­rzy alias ty­po­gra­fów do­pusz­czali chęt­nie do swego to­wa­rzy­stwa.
 God­ność to­wa­rzy­sza sztuki dru­kar­skiej zdo­by­wało się ciężką, dłu­go­let­nią pracą uwień­czoną ak­tem rze­mieśl­ni­czych „wy­zwo­lin” spod wła­dzy drukarza-​pryncypała. My­ślę że warto o tym przy­po­mnieć, bo po­dobne im­pon­de­ra­bi­lia zwią­zane z za­wo­dową dumą miesz­czą się w sze­roko po­ję­tym eto­sie drukarstwa.

A więc upra­wiamy szla­chetny za­wód. Ale czy dru­kar­ski (ty­po­gra­ficzny) etos — po­dob­nie, jak słowo „to­wa­rzysz” — nie zo­stał zbru­kany?

Etos może nie tyle zo­stał zbru­kany, co za­po­mniany. Za­wód dru­ka­rza, ty­po­grafa, od po­czątku swego ist­nie­nia od­bie­rany był jako swego ro­dzaju kul­tu­rowa mi­sja. Dru­kar­stwo stało się spo­so­bem re­je­stro­wa­nia i prze­ka­zy­wa­nia zdo­by­czy cy­wi­li­za­cji. Za­pew­niło mię­dzy­po­ko­le­niowy kon­takt in­te­lek­tu­alny. Druk dał lu­dziom no­wo­cze­sny spo­sób po­rząd­ko­wa­nia my­śli. Tempo pracy drukarsko-​wydawniczej po­zwala na bie­żąco re­ago­wać w spra­wach po­li­tycz­nych, na­uko­wych, ar­ty­stycz­nych czy edu­ka­cyj­nych, a każda dzie­dzina wy­kształ­ciła so­bie wła­ściwe formy pu­bli­ka­cji. Nie jest przy­pad­kiem, że np. Cen­tralny Ośro­dek Badawczo-​Rozwojowy Prze­my­słu Po­li­gra­ficz­nego, w któ­rym pra­cuję, pod­lega Mi­ni­ster­stwu Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego.
 Na­wet je­śli po­pa­trzymy na po­li­gra­fię zwią­zaną z mar­ke­tin­go­wym ob­sza­rem dzia­ła­nia: dru­ko­wa­niem opa­ko­wań, ety­kiet, pro­spek­tów, fol­de­rów re­kla­mo­wych itp., mo­żemy do­strzec w niej na­rzę­dzie kre­owa­nia gu­stów spo­łecz­nych, pre­fe­ren­cji es­te­tycz­nych, czy wręcz za­cho­wań mo­ral­nych.
 Pa­trzę jed­nak opty­mi­styczne w przy­szłość, bo chyba pięk­no­du­chy nie dały się do końca po­ko­nać wszech­ogar­nia­ją­cej ko­mer­cji. Dzia­ła­nia wielu osób lub in­sty­tu­cji kra­jo­wych i za­gra­nicz­nych po­zwa­lają na taki optymizm.

Ale nie da się wrę­czyć etosu przy­szłym dru­ka­rzom czy ty­po­gra­fom ra­zem ze świa­dec­twem ukoń­cze­nia szkół. To jest prze­cież zbiór za­cho­wań i wła­ściwy tylko dla człon­ków śro­do­wi­ska spo­sób my­śle­nia, któ­rego się czło­wiek uczy od swo­ich men­to­rów.

My­ślę, że można po­ku­sić się o „wrę­cza­nie” etosu w szko­łach. Wszystko za­leży od na­uczy­cieli. Młody czło­wiek jest szcze­gól­nie po­datny na su­ge­stie do­ty­czące za­cho­wań i życio­wych po­staw. Jego oso­bo­wość jest jesz­cze czy­stą, nie­za­pi­saną kartą. Po­zba­wiony wzor­ców chło­nie jak gąbka np. wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury. Je­śli jed­nak na­uczy­ciele nie będą po­tra­fili wy­zwo­lić sa­tys­fak­cji z wy­ko­ny­wa­nej pracy i dumy z za­wodu, to oczy­wi­ście nic z tego nie bę­dzie.
 Zwróć uwagę, że obaj od­czu­wamy po­trzebę do­war­to­ścio­wa­nia ty­po­gra­fii. Twoje py­ta­nia i moje od­po­wie­dzi są tego naj­lep­szym do­wo­dem. Prze­cież po­win­ni­śmy ra­czej roz­ma­wiać o li­ter­kach, ty­tu­la­riach i pa­gi­nach. A my co?

Wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury, a słowo na­uczy­ciela… An­drzeju, sam prze­cież cho­dzi­łeś na wa­gary. Co było bar­dziej in­te­re­su­jące — teo­ria (szkoła), czy prak­tyka (dru­kar­nia)? Gdzie z tym eto­sem się można było za­po­znać? Sta­rzy maj­stro­wie nie wy­kła­dali go prze­cież zza biurka, a ra­czej sami go kul­ty­wo­wali. A nie by­wało też tak, że etos w dru­ka­rzu się wy­czer­py­wał i trzeba było go uzu­peł­nić, po­pi­ja­jąc szkla­neczką?

Masz ra­cję. Ja mia­łem w ro­zu­mie „na­uczy­ciela” w sen­sie ogól­niej­szym, ale w szkol­nym kon­tek­ście wy­szło, jak wy­szło. Nie­mniej w moim tech­ni­kum było dwóch, trzech na­uczy­cieli, któ­rzy wręcz za­ra­żali sza­cun­kiem i sym­pa­tią dla za­wodu. Inż. Jan Barszcz, przed­wo­jenny ma­szy­ni­sta ty­po­gra­ficzny, uczył ma­szy­no­znaw­stwa, a opo­wia­dał nam o spo­tka­niach z nie­zwy­kłymi oso­bami w dru­karni (na­wet o wie­wiórce bie­gną­cej po pa­sie trans­mi­syj­nym po­śpiesz­nej ma­szyny). Po­lo­nistka Zo­fia Cie­cha­now­ska pod­po­wia­dała, gdzie są wy­stawy ksią­żek, im­prezy wy­daw­ni­cze, spo­tka­nia z au­to­rami. My­ślisz, że nie cho­dzi­li­śmy? W ni­czym nam to nie prze­szka­dzało iść po­tem na mecz, na randkę albo na pry­watkę. Jan Jużda, na­uczy­ciel z ze­cerni, ho­łu­bił czcio­neczki i uczył wi­dzieć w nich coś wię­cej, niż ka­wa­łek brud­nego me­talu. Na fi­zyce, gdy była mowa o świe­tle i bar­wach, po­szli­śmy do Za­chęty na film o cza­ro­wa­niu ko­lo­rami przez ma­la­rzy im­pre­sjo­ni­zmu. Itd., itd.
 Od na­uczy­cieli wiele za­leży. Nie twier­dzę, że z mo­jej klasy wy­szli sami ar­ty­ści i mi­ło­śnicy czar­nej sztuki. Jed­nak kilka du­szy­czek zo­stało zło­wio­nych na całe życie. Przy naj­bar­dziej brud­nej ze­cer­skiej ro­bo­cie, albo przy mie­sza­niu farby, przy my­ciu wal­ców ma­szyny dru­kar­skiej, na­prawdę czu­li­śmy się pra­cow­ni­kami kul­tury. Być może brzmi to gór­no­lot­nie, ale tak bywa, gdy chce się wy­po­wie­dzieć, co się czuje.
 Mi­strzo­wie, sta­rzy wy­ja­da­cze w dru­kar­niach, to jesz­cze inna sprawa. Wów­czas nie­któ­rzy pa­mię­tali jesz­cze przed­wo­jenne czasy, gdy Pan Ze­cer wy­cho­dził po wy­pła­cie z dru­karni ga­ze­to­wej i za­ma­wiał dwie do­rożki. W pierw­szej je­chała la­ska i me­lo­nik, a w dru­giej Pan Ze­cer. Oczy­wi­ście nie je­chał pro­sto do domu, ale do ulu­bio­nego lo­kalu, aby z ko­leż­kami po­krze­pić się ja­kimś we­so­łym na­po­jem. Pa­no­wało bo­wiem ni­czym nie uza­sad­nione, a jed­nak po­wszechne mnie­ma­nie, że al­ko­hol jest świetną od­trutką na tlenki oło­wiu wdy­chane w znacz­nych daw­kach w dru­kar­niach. Znaczne dawki oło­wiu wy­ma­gały znacz­nych da­wek trunku.

Ręka rękę myje, a wszy­scy je­dziemy na tym sa­mym wózku. Być może ja­kieś po­czu­cie za­wo­do­wej jed­no­ści jest nam po­trzebne. Tylko po co?

Nie lu­bię po­rze­ka­dła „ręka rękę myje”, bo ko­ja­rzy się z si­twą albo kliką. Na­to­miast wspól­nota in­te­re­sów pro­jek­tan­tów, dru­ka­rzy, re­dak­to­rów czy mar­ke­tin­gow­ców jest fak­tem i wy­nika ze wspól­nej pracy nad fi­nal­nym pro­duk­tem.
 Dru­karz dru­ka­rza czy pro­jek­tant pro­jek­tanta może trak­to­wać jako kon­ku­ren­cję za­gra­ża­jącą wła­snym in­te­re­som. Za­wsze tak było i bę­dzie. Hi­sto­ria walki o przy­wi­leje dru­kar­skie XVI-​wiecznych kra­kow­skich ty­po­gra­fów prze­ciwko he­ge­mo­nii Hal­lera jest tego naj­lep­szym do­wo­dem. Jed­no­cze­śnie nie brak przy­kła­dów współ­pracy dru­ka­rzy w tam­tym okre­sie: wspól­nego ko­rzy­sta­nia z za­so­bów ty­po­gra­ficz­nych, mię­dzy­dru­kar­nia­nego współ­dzia­ła­nia fa­chow­ców i ich pryn­cy­pa­łów.
 Nie ma zresztą po­trzeby się­gać do przy­kła­dów z tak od­le­głych cza­sów. Wiemy prze­cież, że dzi­siaj pra­cu­jemy tu­taj, a ju­tro gdzie in­dziej, że za­kłady po­dej­mują ko­ope­ra­cję, że ist­nieje sze­roka wy­miana do­świad­czeń po­przez kon­fe­ren­cje, se­mi­na­ria, targi, in­ter­net, spo­tka­nia to­wa­rzy­skie. Nie ma więc sensu walka z in­nymi oraz kwasy i nie­chęć do osób dzia­ła­ją­cych w na­szej pro­fe­sji. Wcze­śniej czy póź­niej od­bija się to czkawką lub śro­do­wi­sko­wym ostracyzmem.

Przy­kłady do­brego i złego pro­jek­to­wana ty­po­gra­ficz­nego znaj­du­jemy nie­mal w każ­dym me­dium. Wszę­dzie, gdzie po­ja­wia się ja­ki­kol­wiek prze­kaz, za­zwy­czaj po­ja­wia się rów­nież tekst, a je­śli jest to tekst pi­sany (dru­ko­wany, wy­świe­tlany etc.) już mamy do czy­nie­nia z ty­po­gra­fią. Wy­daje się, że jest ona wszech­obecna, ale bar­dzo czę­sto igno­ro­wana. Wielu pro­jek­tan­tów we­szło do za­wodu przez ukoń­cze­nie szkoły wyż­szej, ale chyba więk­sza część jest sa­mo­ukami. Dziś można zdo­by­wać wie­dzę o pro­jek­to­wa­niu np. w cza­so­pi­smach dla gra­fi­ków czy róż­nych in­ter­ne­to­wych po­rad­ni­kach. Od czasu do czasu or­ga­ni­zo­wane są kon­fe­ren­cje albo warsz­taty pro­jek­towe, w któ­rych udział bywa bar­dzo kosz­towny. Jak i gdzie naj­le­piej zdo­by­wać wie­dzę na te­mat pro­jek­to­wa­nia w ogóle? jak i gdzie na te­mat ty­po­gra­fii?

Ilość in­for­ma­cji, jaka do­ciera do nas w dzi­siej­szych cza­sach osią­gnęła masę kry­tyczną. Co­raz czę­ściej łapiemy się na omi­ja­niu wzro­kiem re­klam, wy­rzu­ca­niu nie­czy­ta­nych dru­ków, „wy­łą­cza­niu” swo­ich re­cep­to­rów w na­dziei na nieco spo­koju oraz aby ze­brać i usły­szeć wła­sne my­śli. Ale nic z tego! Oto przy­słali znowu SMS, mu­sisz spraw­dzić ma­ile, do ki­bla i do łazienki bie­rzesz te­le­fon, z te­le­wi­zora wrzesz­czy gło­śniej emi­to­wana re­klama, itd., itd. Jesz­cze pró­buję się z tym bo­ry­kać. Mam jed­nak ko­le­gów, któ­rzy już się pod­dali i tylko od czasu do czasu, jak bły­ska­wica prze­la­tuje im myśl: Boże, jesz­cze kilka lat temu czy­ta­łem Kon­wic­kiego i He­gla, a te­raz we łbie no­szę błoto.
 Pi­szesz o złej i do­brej ty­po­gra­fii wo­kół nas. Tak jest. Za­wsze było po­dob­nie i naj­pew­niej długo bę­dzie. Bę­dzie zły ty­po­graf i do­bry. Bę­dzie zły i do­bry mu­rarz, zły le­karz i ko­no­wał. Ale ja so­bie zro­bi­łem z ja­ko­ści ty­po­gra­fii wła­sną, pry­watną ma­szy­ne­rię se­lek­cyjną. Mia­no­wi­cie na­uczy­łem się nie czy­tać nie­chluj­nych tek­stów i od­rzu­cać je, jak od­rzuca się pod­gniłe tru­skawki. Nadawca tek­sto­wego ko­mu­ni­katu, dla któ­rego wszystko jedno, że cu­dzy­słów w pol­skim tek­ście jest an­giel­ski, albo nie roz­róż­nia myśl­nika i łącznika, czy też pi­sze słowa po­spo­lite wielką li­terą a imiona wła­sne małą, jest przeze mnie na wstę­pie „zwol­niony”. On nie pi­sze do mnie, ale do ja­kie­goś bez­ro­zum­nego plebsu. Do ludz­kiej tłusz­czy, która po­dob­nie jak on za­po­mniała już, czego uczono w pod­sta­wówce. Od­bie­ram to jako wci­ska­nie kitu lub czę­sto­wa­nie tek­stem nie­przy­go­to­wa­nym, a więc — naj­praw­do­po­dob­niej nie­wia­ry­god­nym.
 Sza­cu­nek dla pi­sma two­rzy ty­po­grafa. Trzeba zro­zu­mieć jego fe­no­men, do­strze­gać piękno, znać i sto­so­wać za­sady pi­sowni, czuć du­cha hi­sto­rii pi­sma i no­wo­cze­sno­ści. Bez uży­cia pi­sma, klu­czo­wego wy­na­lazku ziem­skiej cy­wi­li­za­cji, nie spo­sób utrwa­lić żad­nej głęb­szej my­śli. Ob­raz­kami nie za­pi­szemy ani „Lo­ko­mo­tywy” Tu­wima, ani sta­ty­styki Bosego-​Einsteina, choćby na­wet i Ca­ra­vag­gio pi­nxit. Za­miast prze­czy­tać „ogary po­szły w las”, mo­żemy zo­ba­czyć w te­le­wi­zo­rze jak psy po­bie­gły do lasu. Nie są­dzę więc, aby wszy­scy twórcy ksią­żek i prasy dali się ze­pchnąć w pry­mi­ty­wizm po­pkul­tury. Albo le­piej: jedni da­dzą się, inni nie.
 Ja już tego nie zo­ba­czę, ale Ty Ra­fale wraz z za­wo­do­wymi przy­ja­ciółmi (i ry­wa­lami) bę­dziesz two­rzył eli­tarną grupę osób czy­ta­ją­cych, upra­wia­ją­cych do­brą ty­po­gra­fię, czu­ją­cych tekst, szu­ka­ją­cych au­to­rów, któ­rzy mają coś do po­wie­dze­nia. Owa elita bę­dzie dość szczu­pła, ale bar­dzo zna­cząca. Nie­któ­rzy z człon­ków ota­cza­ją­cej Was ludz­kiej magmy ga­dże­cia­rzy, czci­cieli ob­razka oraz po­spo­li­tej de­mo­kra­cji, w któ­rej więk­szo­ścią gło­sów ustala się, kto ma ra­cję, będą usil­nie sta­rali do­stać się do Wa­szej elity. Wów­czas jed­nak będą mu­sieli „wku­pić się” pło­dem wła­snego ro­zumu za­pi­sa­nym na kar­cie pa­pieru. Spo­łecz­ność ro­dem z Ga­lak­tyki Gu­ten­berga zde­cy­do­wa­nie się skur­czy i naj­praw­do­po­dob­niej książka, ga­zeta czy in­te­lek­tu­alne cza­so­pi­smo, będą eks­klu­zyw­nym to­wa­rem sprze­da­wa­nym w czymś na kształt ga­le­rii albo gaju Aka­de­mosa. Bę­dzie tam przy­jem­nie, a w swoim gro­nie znaj­dzie­cie roz­rywkę i szczę­ście.
 A gdzie się uczyć? Je­śli ko­muś nie wy­star­czają kra­jowe szkoły, im­prezy warsz­ta­towe i se­mi­na­ryjne oraz do­stępna li­te­ra­tura, nie ma pro­blemu. Zür­cher Hoch­schule der Kün­ste albo Créa­tion Ty­po­gra­phi­que w pa­ry­skiej École Es­tienne pra­cują nie bo­jąc się mod­nego ha­sła „No fu­ture book”. Trzeba po­znać ję­zyk i je­chać po na­ukę. Wszystko jedno który: an­giel­ski, nie­miecki, fran­cu­ski, wło­ski czy cze­ski, bo szkół w Eu­ro­pie dostatek.

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie drugie

3 listopada 2009

Po­ni­żej dal­szy ciąg roz­mowy z An­drze­jem To­ma­szew­skim. Pro­wa­dzimy ją przy po­mocy do­stęp­nych środ­ków ko­mu­ni­ka­cji elek­tro­nicz­nej, acz­kol­wiek bez zbęd­nego po­śpie­chu. Za­pra­szam na ko­lejne spo­tka­nie z mi­strzem — dru­gie, ale jesz­cze nie ostat­nie. Je­śli ktoś chciałby po­znać go oso­bi­ście, bę­dzie oka­zja pod­czas KRAK­Typo.

Andrzej Tomaszewski
Fot. Ga­briela Grusza

Wielu współ­cze­snych pro­jek­tan­tów pra­cu­je wy­łącz­nie w naj­now­szym o­progra­mowaniu, a wielu nie przy­kła­da do tego wagi. Można pro­jek­tować przy u­ży­ciu do­wol­ne­go na­rzę­dzia, nie­ko­niecz­nie pro­gra­mu kom­pu­te­rowego. A twój warsz­tat, to wier­szow­nik czy mo­ty­ka?

Pro­jek­to­wa­nie gra­fiki użyt­ko­wej bez po­mocy od­po­wied­nio opro­gra­mo­wa­nego kom­pu­tera jest już w dzi­siej­szych cza­sach nie­moż­liwe, głów­nie z po­wodu po­trzeby uzy­ska­nia efektu koń­co­wego (pliku prze­zna­czo­nego do re­ali­za­cji). Znik­nęli już fa­chowcy, który w dru­karni przy­go­to­wali pu­bli­ka­cję wg od­ręcz­nych ry­sun­ków, ma­kiet czy też ad­iu­sto­wa­nych ma­szy­no­pi­sów lub ilu­stra­cji.
 Je­śli zaś cho­dzi o naj­now­sze opro­gra­mo­wa­nie, to od­po­wiedź musi być zło­żona, bo taki wła­śnie jest pro­blem zmie­nia­ją­cego się opro­gra­mo­wa­nia. Pa­trząc na to z punktu wi­dze­nia pro­gre­sji moż­li­wo­ści i ogól­nego po­stępu, jest wszystko w po­rządku. Nie chciał­bym więc, żeby to, co można prze­czy­tać po­ni­żej, brzmiało jak skarga nie­po­praw­nego kon­ser­wa­ty­sty.
 Zmiany, z punktu wi­dze­nia kon­kret­nej ro­boty, nie wy­glą­dają już tak ró­żowo. Mię­dzy in­nymi dla­tego, że czę­sto są wy­ni­kiem dzia­łań mar­ke­tin­go­wych i ol­brzy­miej pa­zer­no­ści na kasę pro­du­cen­tów opro­gra­mo­wa­nia. Ty­po­graf co chwila jest za­ska­ki­wany zmia­nami — od ta­kich, niby drob­nych, jak prze­sta­wie­nia w miej­scach menu pro­gramu na­rzę­dzio­wego lub w okienku dia­lo­go­wym, do grub­szych, jak np. nowe wy­ma­ga­nia do­ty­czące pliku wy­ni­ko­wego. Nie mamy więc ta­kiego kom­fortu, jaki mieli nasi po­przed­nicy jesz­cze 30 lat temu, który raz na­uczyw­szy się pew­nych tech­no­lo­gicz­nych pro­ce­dur, uży­wali ich przez lata. Tak prawdę mó­wiąc, ty­po­graf po­wi­nien pod­czas pracy my­śleć o swo­jej ro­bo­cie, a więc o me­ry­to­rycz­nej i tech­nicz­nej ja­ko­ści przy­go­to­wy­wa­nej pu­bli­ka­cji. Nie po­wi­nien co chwila za­przą­tać so­bie głowy kwe­stiami pro­gra­mi­stycz­nej na­tury, cią­głymi zmia­nami uży­wa­nego na­rzę­dzia, pro­ble­mami z wy­mianą pli­ków po­mię­dzy uczest­ni­kami tech­no­lo­gicz­nego pro­cesu itp. Czło­wiek ostrzy tę swoją sie­kierkę, ostrzy, a na rą­ba­nie nie ma czasu.
 Dla­tego też mam u sie­bie w domu trzy kom­pu­tery, dwa star­sze ze sta­rymi pro­gra­mami i je­den naj­now­szy z no­wymi. Je­śli mu­szę coś szybko zro­bić, po­wiedzmy skom­pli­ko­waną ro­botę „na wczo­raj”, otwie­ram eMaca z sys­te­mem 9 i w Qu­arku Pas­sport 4.11 bły­ska­wicz­nie wy­ko­nuję pracę, bo mogę w nim dzia­łać „na ślepo” i je­stem pe­wien po­praw­no­ści tech­nicz­nej koń­co­wego pliku.
 Po­dob­nie jak z opro­gra­mo­wa­niem, jest z tem­pem pracy na no­wych kom­pu­te­rach. Szyb­sze pro­ce­sory, wzra­sta­jąca wiel­kość RAM-​u i inne rze­czy de­cy­du­jące o sile kom­pu­tera, czę­sto wcale nie służą za­wo­do­wej ro­bo­cie, ale są prze­ja­wem dą­że­nia do kom­pu­tera uni­wer­sal­nego i ko­niecz­no­ści ob­słu­gi­wa­nia pro­gra­mów w na­szym za­ję­ciu nie­po­trzeb­nych. A po­nie­waż wszystko w no­wych sys­te­mach jest wza­jem­nie po­wią­zane, czło­wiek musi uczyć się rze­czy, które go wcale nie ob­cho­dzą.
 My­ślę, że po­dobne pro­blemy mają inni za­wo­dowcy, np. ar­chi­tekci, mu­zycy, le­ka­rze, urzęd­nicy, któ­rzy za­miast sku­pić się na swo­ich obo­wiąz­kach, na po­trze­bach klienta, pe­tenta czy pa­cjenta, mu­szą stale my­śleć o tym cho­ler­nym komputerze.

Wszyst­kie­mu wi­nien jest ten fo­toskład… Wy­obraź so­bie, że są jesz­cze małe za­kłady po­li­gra­ficz­ne z ze­cer­nią ręcz­ną lub li­no­ty­pem czy mo­noty­pem — cza­sami ko­rzy­stam z ich usług. A ty? masz gdzieś jesz­cze stare, ze­cer­skie na­rzę­dzia?

Mam świa­do­mość, że zo­stało jesz­cze nieco ta­kich miejsc. Jed­nak o skan­se­nie z czyn­nym mo­no­ty­pem nie sły­sza­łem. To skom­pli­ko­wany tech­no­lo­gicz­nie spo­sób skła­da­nia, wy­ma­ga­jący po­moc­ni­czego oprzy­rzą­do­wa­nia, mnó­stwa su­per­i­stot­nych ele­men­tów wy­mien­nych w ta­strach i od­le­war­kach. Je­dyne miej­sce które znam, to Mu­zeum Książki Ar­ty­stycz­nej u Try­znów w Łodzi. Stoją tam od­le­warki mo­no­ty­powe, które nie ko­rzy­stają z ta­śmy per­fo­ro­wa­nej na ta­strach, ale z pro­gramu kom­pu­te­ro­wego ste­ru­ją­cego ramką od­lew­ni­czą. Wła­śnie w Łodzi przy ulicy Ty­mie­niec­kiego, w ze­cerni Ja­dwigi i Ja­nu­sza Pawła Try­znów znaj­duje się mój mo­siężny, wy­słu­żony wier­szow­nik, któ­rego uży­wam pod­czas wi­zyt w tym ma­gicz­nym miejscu.

Po­wiedz — jak do­brze za­pro­jek­tować książ­kę? Czym się kie­ro­wać? Kiedy ty sta­jesz przed ta­kim za­daniem, od czego za­czy­nasz? Od­pa­lasz Qu­ar­ka 4.11 czy i­dziesz na spa­cer? Się­gasz po prób­ni­ki czy może po kor­kociąg?

Jak do­brze za­pro­jek­to­wać książkę? Toż to do­sko­nały ty­tuł dla pod­ręcz­nika, czy po­rad­nika, któ­rego nikt jesz­cze w Pol­sce nie na­pi­sał. Prawdę mó­wiąc, nie po­tra­fię od­po­wie­dzieć bez próby upo­rząd­ko­wa­nia wła­snej i cu­dzej wie­dzy. Jak prze­ka­zać me­lanż wia­do­mo­ści, po­nad­czter­dzie­sto­let­niego do­świad­cze­nia, es­te­tycz­nego wy­cho­wa­nia oraz in­tu­icji?
 Można jed­nak sto­sun­kowo pro­sto po­wie­dzieć od czego za­czy­nam ro­botę. Szybko się okaże, że choć po­czą­tek za­leży od ro­dzaju za­da­nia, to wa­run­kiem po­wo­dze­nia jest zgro­ma­dze­nie mak­si­mum in­for­ma­cji o pu­bli­ka­cji. Przed­sta­wię to na przy­kła­dzie wy­daw­ni­czej se­rii.
 Dość czę­sto mam zro­bić książkę do se­rii już ist­nie­ją­cej. Wów­czas sprawa jest łatwa, bo ist­nieją wcze­śniej za­ak­cep­to­wane re­guły bu­do­wa­nia pu­bli­ka­cji w da­nej se­rii. Trud­niej jest, gdy trzeba taką se­rię za­pro­jek­to­wać od po­czątku. Czę­sto wy­dawca ma jedną zre­da­go­waną książkę i po­mysł, że bę­dzie ro­bił se­rię. Wtedy trzeba zgro­ma­dzić wia­do­mo­ści o tym, co może nas w ta­kiej se­rii cze­kać. Jacy będą au­to­rzy: czy jedna osoba, czy kilka, czy mogą być też prace zbio­rowe. Czy książki będą miały dłu­gie, czy krót­kie ty­tuły. Czy se­ria bę­dzie miała swój znak. Czy pu­bli­ko­wane prace będą w miarę po­dob­nej ob­ję­to­ści. Czy po­ja­wią się ilu­stra­cje. Czarno-​białe czy ko­lo­rowe. Itd., itd., itd.
 Prze­wi­du­jąc różne sy­tu­acje re­dak­cyjne i ty­po­gra­ficzne można zro­bić pro­jekt na tyle ela­styczny, aby był póź­niej przy­datny i nie spra­wiał kło­potu. Zwy­kle jest tak, że po kilku książ­kach pro­jekt trzeba nieco mo­dy­fi­ko­wać „w pra­niu”. Do­ty­czy to naj­czę­ściej ty­po­gra­fii środka książki, bo­wiem dość trudno jest prze­wi­dzieć wszyst­kie struk­tury tek­stu, ja­kie mogą się w przy­szło­ści po­ja­wić.
 Naj­waż­niej­sze są jed­nak in­for­ma­cje o tre­ści pu­bli­ka­cji. Bez nich nie spo­sób za­pro­jek­to­wać żad­nej książki me­ry­to­rycz­nie i gra­ficz­nie spój­nej. Se­ria wy­daw­ni­cza zwy­kle po­świę­cona jest kon­kret­nym za­gad­nie­niom i wtedy ist­nieje pe­wien kom­pas dla po­szu­ki­wa­cza zgod­no­ści formy i tre­ści. Ist­nieją jed­nak rów­nież se­rie, które po­wstają ze wzglę­dów for­mal­nych, np. se­ria dra­matu wy­daw­nic­twa XYZ. Wów­czas mamy do czy­nie­nia z róż­no­rodną ma­te­rią — z jed­nej strony an­tyczną tra­ge­dią Aischy­losa, a z dru­giej no­wo­cze­sną ko­me­dią Mrożka. Wtedy trzeba szu­kać ta­kich form gra­ficz­nych, które po­miesz­czą es­te­tyczną róż­no­rod­ność, nie po­wo­du­jąc wi­zu­al­nego bałaganu.

In­for­ma­cje o tre­ści książ­ki chyba naj­łatwiej gro­ma­dzić, czy­ta­jąc ją. Czy­tasz wszyst­kie książ­ki, które masz za­pro­jek­tować?

Więk­szość ksią­żek czy­tam. By­wają jed­nak po­świę­cone ta­kim za­gad­nie­niom, że za­do­wa­lam się tylko spi­sem tre­ści i wstę­pem, np. Rynki fi­nan­sowe a nad­zór nad kor­po­ra­cją w Ja­po­nii albo Pol­ska wo­bec za­gro­że­nia ter­ro­ry­zmem mor­skim. Czę­sto pra­cuję nad książ­kami do­ty­czą­cymi hi­sto­rii, bi­blio­lo­gii, kul­tu­ro­znaw­stwa. Ta­kie czy­tam z ochotą au­ten­tycz­nie za­in­te­re­so­wany tre­ścią.
 Obok tre­ści jest jesz­cze tro­chę in­for­ma­cji, które trzeba uzy­skać. A to, gdzie wy­dawca za­mie­rza na­świe­tlać i dru­ko­wać (zna­jąc re­alia da­nego za­kładu mo­żesz prze­wi­dzieć, że pewne rze­czy po­chrza­nią). Albo czy można za­sza­leć z pa­pie­rem wy­so­kiej ja­ko­ści, twardą oprawą, szla­chet­nymi ma­te­ria­łami in­tro­li­ga­tor­skimi. Albo czy mar­ke­tin­go­wiec wy­daw­nic­twa nie pod­jął ja­kichś zo­bo­wią­zań, z któ­rych wy­nika, że bę­dziesz mu­siał upstrzyć dzieło lo­gami spon­so­rów czy też gwiazd­kami z na­pi­sem „No­wość!”.
 Je­śli masz prze­czu­cie, że z otrzy­ma­nego ma­te­riału można zro­bić uro­dziwą książkę, to naj­pierw na­leży za­dzwo­nić do au­tora. Są bo­wiem tacy, któ­rzy nie mają za grosz za­ufa­nia do wy­dawcy i gra­fika, nie mają zie­lo­nego po­ję­cia, na czym na­sza praca po­lega, na­dęci, sztywni, prze­mą­drzali. W roz­mo­wie wy­czuwa się to od razu i od razu też wia­domo, że do ni­czego się go nie prze­kona, i że książka bę­dzie jak „ko­tlet raz”, w naj­lep­szym przy­padku — szkol­nie po­prawna.
 Róż­nie bywa. Cza­sem wszystko idzie jak po ma­śle i praca jest czy­stą przyjemnością.

Jaka więc jest me­to­da? Od czego u­za­leż­niasz do­bór pa­pie­ru? Dla­cze­go wy­bie­rasz wą­ski lub sze­ro­ki for­mat? Jego barwa, ja­kie ma po­wią­za­nie z tre­ścią książ­ki? Czy rze­czy­wi­ście to po­win­no wy­ni­kać z tre­ści, czy tylko cho­dzi o funk­cjo­nal­ność? Czy to wła­ści­we kry­te­ria? A może nie one są i­stot­ne, tylko bu­dżet?

Do­bór pa­pieru wy­zna­cza kilka czyn­ni­ków. Na­leżą do nich oczy­wi­ście koszty pro­duk­cji, do­stęp­ność na rynku, albo prze­zna­cze­nie do kon­kret­nego spo­sobu dru­ko­wa­nia. Spró­bujmy jed­nak trzy z nich na­zwać i dla pod­kre­śle­nia ich zna­cze­nia przy­wo­łać przy­kłady ne­ga­tywne, bo ta­kie prze­ma­wiają naj­su­ge­styw­niej.
 Na po­czą­tek zwrócę uwagę na zwią­zek ma­te­riału z tre­ścią pu­bli­ka­cji. Nie­któ­rzy w pierw­szym od­ru­chu uwa­żają ten aspekt za wy­du­many albo dzi­waczny, jed­nak po za­sta­no­wie­niu do­ce­niają jego rolę. Otóż wiele ksią­żek o miał­kiej tre­ści, ba­nal­nym po­my­śle edy­tor­skim lub wręcz zbęd­nych z czy­tel­ni­czego punktu wi­dze­nia, jest wy­da­wa­nych na kosz­tow­nych pa­pie­rach po­wle­ka­nych, sta­ran­nie apre­tu­ro­wa­nych, o szla­chet­nej fak­tu­rze i bar­wie. Z ta­kiego po­łą­cze­nia po­wstaje pu­bli­ka­cja ra­żąca sztucz­no­ścią, pre­ten­sjo­nalna, a gdy jesz­cze do­damy do tego ja­kieś la­kierki, zło­ce­nia, or­na­men­ciki, mamy do czy­nie­nia z es­te­tyczną ka­ta­strofą — ki­czem w sta­nie czy­stym.
 Ko­lejne kry­te­rium wy­boru uwzględ­nia zwią­zek pa­pieru i ma­te­riału gra­ficz­nego pu­bli­ka­cji. Wy­obraźmy so­bie np. książkę zło­żoną de­li­kat­nym Ba­ske­rvil­lem, z re­pro­duk­cjami mie­dzio­ry­tów o sub­tel­nym szra­funku, którą za­miast na sto­sow­nym pa­pie­rze ilu­stra­cyj­nym wy­dru­ko­wano na chro­pa­wym of­fse­cie, w do­datku z do­da­nym wy­bie­la­czem za­bi­ja­ją­cym ele­gan­cję i na­tu­ralne cie­pło tego typu ilu­stra­cji. Albo dla kon­tra­stu: czarno-​białe zdję­cia ar­ty­styczne o wy­ra­fi­no­wa­nej grze pół­to­nów, bie­lach i sza­ro­ściach wy­ma­ga­ją­cych drob­nego dru­kar­skiego ra­stra, które za­miast na bia­łym gła­dzo­nym pa­pie­rze wy­dru­ko­wano na zgrzeb­nym cha­mois.
 Wresz­cie trze­cie, to zwią­zek pa­pieru i funk­cji pu­bli­ka­cji. Wy­obraźmy so­bie sie­bie sa­mego wie­czo­rem w fo­telu, w kręgu świe­cą­cej z boku lampy, z kie­li­szecz­kiem ko­niaku i to­mi­kiem po­ezji w ręce. Za­miast cie­płej w do­tyku i dla oka ksią­żeczki mamy błysz­czącą la­kie­rem okładkę, a w niej na szkli­stym kre­do­wa­nym pa­pie­rze wy­dru­ko­wane wier­sze, po któ­rych śli­zgają się w du­ecie: wzrok i bliki od­bi­tego świa­tła.
 Na czym in­nym bę­dziemy więc dru­ko­wali al­bum ma­lar­stwa, książkę te­le­fo­niczną, pod­ręcz­nik szkolny, czy też po­cket­bo­okową powieść.

Ga­ze­ty na pa­pie­rze ga­ze­to­wym, a książ­ki na książ­ko­wym — kry­te­rium funk­cjo­nal­ne gó­ru­je. Czy po­dob­nie się dzie­je przy u­sta­laniu for­ma­tu książ­ki i wy­mia­rach ko­lum­ny? Dla­cze­go ko­lum­na jest za­zwy­czaj jed­no­ła­mowa?

For­mat jest pod­sta­wo­wym pa­ra­me­trem książki. Ma wpływ es­te­tykę, funk­cjo­nal­ność i nie­które tech­niczne wa­runki jej pro­duk­cji. Wy­dawcy, w zna­ko­mi­tej więk­szo­ści, nie po­tra­fią wy­zwo­lić się ze sche­ma­tycz­nego my­śle­nia o for­ma­tach znor­ma­li­zo­wa­nych (sze­regi A i B). Przy­po­mnijmy więc, jaka idea przy­świe­cała twór­com nor­ma­li­za­cji.
 Sto­su­nek bo­ków ar­ku­szy tych sze­re­gów (A, B i C) wy­raża się pro­por­cją a : √2, czyli boku kwa­dratu do jego prze­kąt­nej. Taki kształt ar­ku­sza ma tę za­letę, że przy skła­da­niu za­cho­wuje za każ­dym ra­zem iden­tyczne pro­por­cje bo­ków (A0, A1, A2, itd.). Ce­cha za­cho­wa­nia pro­por­cji bo­ków ar­ku­sza ma ka­pi­talne zna­cze­nie tech­no­lo­giczne w róż­nych usta­le­niach poligraficzno-​wydawniczych, przy pro­duk­cji wy­ro­bów pa­pier­ni­czych, bu­do­wie ma­szyn dru­kar­skich, czy też pod­czas wszel­kich kal­ku­la­cji ce­no­wych, ob­ję­to­ścio­wych, ma­te­ria­ło­wych.
 To wszystko nie zna­czy jed­nak, że wszyst­kie książki mają mieć iden­tyczne kształty! Nie miej­sce tu na roz­trzą­sa­nie kwe­stii „for­ma­to­lo­gicz­nych”, bo skła­dają się na sporą por­cję wie­dzy teo­re­tycz­nej i prak­tycz­nej, z którą trzeba się za­po­znać. Za­in­te­re­so­wa­nych od­sy­łam do świeżo wy­da­nej w Kra­ko­wie książki Ro­berta Brin­ghur­sta Ele­men­tarz stylu w ty­po­gra­fii, albo, przy­kła­dowo, do roz­wa­żań Jana Tschi­cholda na te­mat for­ma­tów ksią­żek i usy­tu­owa­nia ko­lumny na stronicy.

Tschi­chold w ję­zy­ku pol­skim jest nie­do­stęp­ny. Bar­dzo cie­ka­wy jest jego po­stu­lat cia­sne­go skła­du. Mówi, że dla u­trzy­ma­nia jed­no­li­tej sza­ro­ści ko­lum­ny, można dzie­lić wy­ra­zy nie­zgod­nie z za­sadami, zwięk­szać ilość ko­lej­nych prze­niesień, po­zosta­wiać bę­kar­ty — wszyst­ko po to, by za­cho­wać jed­no­li­te od­stę­py mię­dzy­wyra­zo­we. To dość kon­tro­wer­syj­ne po­dej­ście. Zga­dzasz się z nim?

Jed­no­lita sza­rość optyczna ko­lumny tek­stu jest ważna dla hi­gieny czy­ta­nia. Mó­wię te­raz o bi­tym tek­ście cią­głym, tzw. dzie­ło­wym. Pod­czas dłu­go­trwa­łego czy­ta­nia, np. be­le­try­styki albo tek­stów na­uko­wych, nasz wzrok (oko sprzę­gnięte z ro­zu­mem) wy­ko­nuje trudną ro­botę. Fik­sa­cje gałki ocznej, czyli sko­kowe i ryt­miczne ru­chy oka, są szyb­kie i pre­cy­zyjne, je­śli od­by­wają się we wła­ści­wych wa­run­kach czy­ta­nia, przy do­brym oświe­tle­niu kart i do­brej roz­po­zna­wal­no­ści słów. Jed­nym z naj­waż­niej­szych czyn­ni­ków jest wła­śnie struk­tura czy­ta­nego tek­stu. Ko­lumna w któ­rej słowa „za­to­pione” są w jed­no­li­tej sza­ro­ści (nie­zbyt duże świa­tła mię­dzy­wy­ra­zowe, ryt­miczne świa­tła mię­dzy­li­te­rowe i in­ter­li­nia rów­no­wa­żąca za­czer­nie­nie wier­sza) po­zwa­lają, aby oczy czy­tel­nika „wpa­dły w trans”, w nie­prze­ry­wane za­kłó­ce­niami śle­dze­nie tek­stu z szyb­ko­ścią do­sto­so­waną do in­dy­wi­du­al­nych pre­dys­po­zy­cji.
 Ba­da­cze czy­tel­no­ści ukła­dów ty­po­gra­ficz­nych stwier­dzili, że np. skład w cho­rą­giewkę (stały od­stęp mię­dzy­wy­ra­zowy i nie­ju­sto­wana prawa kra­wędź tek­stu) jest przy­ja­zny dla czy­ta­ją­cego wła­śnie dzięki sta­łym od­stę­pom, naj­le­piej zbli­żo­nym do tzw. trze­cianki (⅓ fi­reta), a jed­no­cze­śnie oka­zało się, że wy­rów­na­nie lub nie­wy­rów­na­nie pra­wej kra­wę­dzi wier­sza zu­peł­nie nie wpływa na czy­tel­ność.
 Wróćmy te­raz do Tschi­cholda. Być może gło­sił tak ra­dy­kalne po­glądy w mło­dzień­czym, kon­struk­ty­wi­stycz­nym okre­sie swo­jej twór­czo­ści zwią­za­nej ze śro­do­wi­skiem Bau­hausu. Po la­tach Tschi­chold wró­cił do kla­sycz­nej ty­po­gra­fii. Zresztą jedną i drugą (fu­tu­ry­styczną i kla­syczną) upra­wiał z jed­na­kim mi­strzo­stwem. My­ślę, że jego zda­nie, które przy­to­czy­łeś, mo­gło być wy­rwane z szer­szego kon­tek­stu. Ja to ro­zu­miem tak:
— je­śli masz do wy­boru do­dać jedno prze­nie­sie­nie wię­cej, albo zo­sta­wić w tek­ście „dziury”, do­daj prze­nie­sie­nie;
— je­śli masz do wy­boru zo­sta­wić nie­na­tu­ral­nie roz­bity wiersz tek­stu, albo nie­zbyt po­praw­nie po­dzie­lić wy­raz, po­dziel wy­raz;
— je­śli masz do wy­boru zo­sta­wić szewca lub bę­karta, albo zmie­nić rytm in­ter­li­nii, zo­staw nie­zręczny wiersz.
 Ta­kie wy­bory, bę­dące w kon­flik­cie z za­sa­dami skła­da­nia, zda­rzają się w prak­tyce. Cza­sem są wy­bo­rem gor­szego zła, a cza­sem przy­ję­cia pew­nej kon­wen­cji sto­so­wa­nej po­tem kon­se­kwent­nie w ca­łej książce. Odej­ścia od za­sad nie po­winny jed­nak wy­ni­kać z ich ne­ga­cji, ale ze zro­zu­mie­nia ich sensu i oceny ty­po­gra­ficz­nej sy­tu­acji. Jest sporo za­sad wy­pra­co­wa­nych przez lata prak­tyki, a nie­które z nich na­leżą do tzw. do­brego tonu. Zo­sta­wiać bę­kar­tów nie wy­pada tak, jak nie wy­pada „pusz­czać bąka”. Czy jed­nak z obawy przed ewen­tu­al­nym bą­kiem mam zre­zy­gno­wać z je­dze­nia pysz­nej gro­chówki (na wędzonce)?

Rze­czy­wi­ście, po­stu­lat cia­sne­go skła­du jest pro­pozy­cją wy­bo­ru mniej­szego zła. Gro­chów­ka za­zwy­czaj jest pysz­na, ale trze­ba się tro­chę na­tru­dzić, żeby ją przy­go­tować. Naj­pierw, przez kil­ka­na­ście go­dzin mo­czy­my groch, po­tem go­tu­je­my, do­da­je­my wę­dzon­kę… a jak wę­dzon­ki brak? to trze­ba wziąć mięso i u­wę­dzić. W swo­ich pro­jek­tach ksią­żek wy­ko­rzystywa­łeś rów­nież fonty wła­sno­ręcz­nie pod­wę­dza­ne — dla­cze­go cza­sem trze­ba po­pra­wiać cu­dze kroje? Jak do­konać wła­ści­we­go wy­bo­ru pi­sma?

Nie tyle cho­dziło o po­pra­wia­nie cu­dzych kro­jów, co o po­pra­wia­nie fon­tów lub in­ge­ren­cję w ich pro­gra­mi­styczną struk­turę. To dwie różne sprawy. Krój pi­sma, dzieło li­ter­nika, jest utwo­rem gra­ficz­nym, przy któ­rym bez wie­dzy au­tora grze­bać nie wy­pada. Cza­sem trzeba po­pra­wić coś, co w pol­skim tek­ście szwan­kuje, np. zro­bić zwy­kłe „z” za­miast dłu­giego fran­cu­skiego, fa­tal­nie wy­glą­da­ją­cego w dy­fton­gach „cz” i „sz”. Jed­nak nie­mal za­wsze cho­dziło o sztuczne i złe ak­centy do­ra­biane ta­śmowo przez pro­gra­mi­stów z wy­twórni fon­tów, naj­czę­ściej nie ma­ją­cych gra­ficz­nego wy­czu­cia, Ame­ry­ka­nina lub An­glika nie uży­wa­ją­cych w swoim ję­zyku li­ter ze zna­kami dia­kry­tycz­nymi.
 Fran­cuzi po­pra­wiali swoje li­terki, Czesi swoje, Po­lacy swoje. Dzi­siaj jest już nieco le­piej, bo uni­ko­dowe fonty roz­wią­zują wiele spraw. Wcze­śniej pro­blem do­ty­czył głów­nie fon­tów Type1 ma­ją­cych 255 miejsc ko­do­wych. W fon­tach ap­plow­skich po­wstał u nas w la­tach 90. ubie­głego wieku nie­for­malny stan­dard PL-​Euro. Adobe wy­my­śliła ta­blicę ko­dową zwaną CE, gdzie pol­skie li­tery były wraz z ru­muń­skimi, li­tew­skimi, sło­wac­kimi, cze­skimi, wę­gier­skimi itd., a nie było li­ter ję­zy­ków za­chod­nio­eu­ro­pej­skich. Nasi wy­dawcy i dru­ka­rze nie chcieli tego, bo do swo­bod­nego skła­da­nia trzeba było uży­wać dwóch fon­tów: pry­mar­nego oraz CE. Spe­cy­fika pol­skiej kul­tury skie­ro­wa­nej cy­wi­li­za­cyj­nie na za­chód Eu­ropy wy­ma­gała fon­tów z pol­skimi i za­chod­nimi li­te­rami. Jak to! — obu­rzali się nie­któ­rzy — nie można jed­nym fon­tem skła­dać mic­kie­wi­czow­skiego Pana Ta­de­usza, bo hra­bia ra­czył coś po­wie­dzieć po fran­cu­sku? No więc trzeba było te PL-​Euro ro­bić.
 Inną trud­ność spra­wiały znaki, któ­rych nie było w stan­dar­do­wych ze­sta­wach. Przy­kła­dowo w książce była łaciń­ska trans­kryp­cja z arab­skiego lub ja­poń­skiego i ko­nieczne były sa­mo­gło­ski z po­ziomą kre­seczką u góry. Trzeba było w fon­cie do­ro­bić. Pro­gram Fon­to­gra­pher cie­szył się wów­czas dużą po­pu­lar­no­ścią, bo po­zwa­lał grze­bać w ory­gi­nal­nych fon­tach i na ich pod­sta­wie ge­ne­ro­wać nowe. Ta­kie nowe znaki, jak np. z kre­secz­kami, umiesz­czało się w fon­tach w dość przy­pad­ko­wych miej­scach, pod­mie­nia­jąc rza­dziej uży­wane znaki (jeny, krzy­żyki, funty itp.). Po­wsta­wały fonty do jed­nego przed­się­wzię­cia wy­daw­ni­czego. Sam ro­bi­łem po­dobne, pro­jek­tu­jąc i wsta­wia­jąc znaki trans­kryp­cji fo­ne­tycz­nej do kon­kret­nego kroju pi­sma, in­nym ra­zem do­ra­bia­jąc wy­brane grec­kie ma­ju­skuły po­trzebne w tek­ście, za­mie­nia­jąc cy­fry ta­be­la­ryczne na na­utyczne albo do­ra­bia­jąc śre­dnio­wieczne abre­wia­cje do jed­nej je­dy­nej książki. Ta­kie fonty, rzecz ja­sna, nie da­wały się kon­wer­to­wać i nie mo­gły być uży­wane poza swoim prze­zna­cze­niem.
 Na­stępne twoje py­ta­nie: Jak do­ko­nać wła­ści­wego wy­boru pi­sma? to temat-​rzeka; więc może in­nym ra­zem po­ru­szymy ja­kieś jego elementy.

Może spró­buj­my na przy­kła­dzie. Zgła­sza się do nas pro­fe­sor hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry z pro­pozy­cją wy­da­nia sie­dem­na­sto­wiecz­nej sylwy…

Gdyby na mnie tra­fiło, przy­jął­bym tę ro­botę z po­ca­ło­wa­niem ręki. Rę­ko­pi­śmienna księga jest dla ty­po­grafa wy­zwa­niem. Tym bar­dziej, że si­lva re­rum jest zbio­rem tek­stów z róż­nych dzie­dzin za­pi­sy­wa­nych naj­czę­ściej przez pro­win­cjo­nal­nego szlachcica-​grykosieja. No­tatki w sta­nie cha­osu, pi­sane pod wra­że­niem chwili dnia co­dzien­nego, ale bez sys­te­ma­tycz­no­ści i cza­sem po kie­li­chu. Mo­żemy spo­dzie­wać się li­te­rac­kiej ma­te­rii: fra­szek, aneg­dot, zło­tych my­śli, czę­sto­chow­skich ry­mów. Obok tego będą pew­nie prze­pisy ku­chenne, ko­men­ta­rze po­li­tyczne, re­cepty le­kar­skie, go­spo­dar­ska bu­chal­te­ria albo no­tatki z lek­tury książki, którą trzeba od­dać wła­ści­cie­lowi. Znajdą się re­flek­sje po ka­za­niu księdza-​dobrodzieja, od­wie­dzi­nach znacz­nego po­se­sjo­nata i spis go­ści na we­selu pa­sier­bicy.
 Pod wzglę­dem struk­tury tek­stu dzieło bo­gate i do ty­po­gra­ficz­nego rzeź­bie­nia zna­ko­mite. Je­śli zaś hi­sto­rycz­nym tek­stom bę­dzie to­wa­rzy­szył ko­men­tarz owego pro­fe­sora, to do­dat­kowo mamy cały apa­rat na­ukowy, ze spi­sami, in­dek­sami, przy­pi­sami, od­nie­sie­niami itp.
 Na po­czą­tek więc ko­niecz­nie trzeba za­po­znać się z for­mami tek­stu wy­stę­pu­ją­cymi w dziele i ewen­tu­al­nymi pu­łap­kami pod­czas skła­da­nia. Wy­bie­ra­jąc krój pi­sma zwró­cił­bym uwagę, jak ma się ilo­ściowo tekst hi­sto­ryczny do współ­cze­snego. Je­śli współ­cze­snego jest nie­wiele i wy­raź­nie „na do­czepkę”, naj­pew­niej ja­kimś kro­jem pi­sma o XVII-​wiecznej pro­we­nien­cji zło­żył­bym całą książkę. Na­to­miast je­śli pro­por­cje tek­stów są mniej wię­cej fifty-​fifty, roz­wa­żał­bym moż­li­wość zło­że­nia sylwy kro­jem hi­sto­rycz­nym, a ko­men­ta­rza współ­cze­snym, przy czym okładkę i strony ty­tu­łowe zwią­zał­bym wi­zu­al­nie z czę­ścią współ­cze­sną.
 W po­dob­nych dzie­łach można spo­dzie­wać się ty­po­gra­ficz­nych nie­spo­dzia­nek. A to ja­kieś słówko wpad­nie na­pi­sane al­fa­be­tem sta­ro­cer­kiew­no­sło­wiań­skim, a to gdzieś ja­kieś grec­kie li­tery, to znowu znaki dla nas dzi­siaj dziwne, a wów­czas uży­wane. Trzeba więc pro­sić re­dak­tora książki o wy­kaz ta­kich „nie­ty­po­wych” zna­ków i li­ter. Kie­dyś, gdy ma­szy­no­pisy od­da­wano do skła­da­nia w ze­cer­niach dru­karń, ist­niał oby­czaj wy­pi­sy­wa­nia na pierw­szej stro­nie ma­szy­no­pisu wszyst­kich zna­ków spe­cjal­nych i ak­cen­to­wa­nych li­ter. Oby­czaj ten byłby ze wszech miar po­ży­teczny i dzi­siaj, bo można cel­nie wy­brać font ma­jący w re­per­tu­arze znaki nam potrzebne.

A ja­kie hi­sto­rycz­ne pi­smo byś pro­ponował? Na­su­wa mi się na myśl Nowy ka­rak­ter pol­ski, pi­smo końca XVI wieku, które chyba nie we­szło do szer­szego u­ży­cia. Czy można by wy­ko­rzystać je dziś? poza tym rap­tu­larz (łac. si­lva re­rum) był pi­sa­ny ręcz­nie, za­zwy­czaj ja­kimś pi­smem ka­li­graficz­nym, albo róż­ny­mi pi­sma­mi ka­li­graficz­nymi: kilku au­to­rów — kilka cha­rak­terów pi­sma lub cha­rak­ter pi­sma zmie­nia­ny w za­leż­no­ści od te­ma­ty­ki wpisu. Jak roz­wią­zał­byś te pro­ble­my?

Si­lva re­rum jest zja­wi­skiem na­le­żą­cym do epoki ba­roku, wy­bie­rał­bym więc po­śród kro­jów o ta­kiej wła­śnie pro­we­nien­cji. Na­tych­miast przy­cho­dzą na myśl trzy naj­po­pu­lar­niej­sze an­ty­kwy ba­ro­kowe: Jan­son, Ba­ske­rville i Ca­slon. Trzeba jed­nak pa­mię­tać, że przez trzy­sta lat sto­so­wa­nia po­wstały roz­ma­ite ich wa­rianty.
 Po­wiedzmy, że wy­bie­ram Ba­ske­rville. Wiele od­lewni w Eu­ro­pie i Ame­ryce pro­du­ko­wało czcionki tego kroju. Pi­smo przy­sto­so­wy­wano do róż­nych tech­nik skła­da­nia: ręcz­nego, li­no­ty­po­wego, mo­no­ty­po­wego czy fo­to­składu. Sporo wa­rian­tów Baskerville’a zna­la­zło się na kom­pu­te­ro­wych fon­tach obok przy­go­to­wy­wa­nych na nowo re­plik sta­rych pism. Są wśród nich ta­kie, które za­tra­ciły cha­rak­ter pier­wo­wzoru, pre­zen­tują bar­dzo da­le­kie po­do­bień­stwo i tylko ma­mią na­zwi­skiem ich hi­sto­rycz­nego twórcy. Przy­kła­dem ta­kich mo­dy­fi­ka­cji może być ITC New Ba­ske­rville, któ­remu znisz­czono pro­por­cje wiel­ko­ści ma­ju­skuły i mi­nu­skuły.
 Naj­chęt­niej się­gam do ko­lek­cji fon­tów Li­no­type Li­brary, bo uwa­żam je za do­brze przy­go­to­wane pod wzglę­dem tech­nicz­nym i jesz­cze ni­gdy mnie nie za­wio­dły, ani w róż­nych pro­gra­mach gra­ficz­nych, ani na RIP-​ach. Wśród fon­tów Li­no­type jest je­den bar­dzo cie­kawy, przy­go­to­wany przez pra­cow­nię El­sner & Flake na pod­sta­wie XVIII-​wiecznego ory­gi­nału z ang. gi­serni Isa­aca Moore’a. Nie­stety ma tylko od­mianę zwy­kłą — bez pół­gru­bego i kur­sywy.
 Wy­bie­ram więc fonty Ba­ske­rville Clas­sico za­pro­jek­to­wane przez Franko Lu­ina w 1995 roku na pod­sta­wie wzo­rów Johna Baskerville’a. Fonty mają na­utyczne cy­fry, któ­rych chcę uży­wać w skła­dzie. Mają też ka­pi­ta­liki. Co prawda, na mój gust, zbyt drobne, ale mogę ka­pi­ta­li­kami od biedy skła­dać ciut więk­szym stop­niem pi­sma. Mam też, w ra­zie czego, ba­ske­rvil­lową grekę i cy­ry­licę tej sa­mej firmy — choć pro­jekty po­cho­dzą z in­nych ate­lier, to obo­wią­zu­jące w Li­no­type za­sady będą za­cho­wane.
 Po za­po­zna­niu się z tre­ścią sylwy wiem już, że bę­dzie można wy­brać pe­wien ro­dzaj tek­stów prze­wi­ja­ją­cych się przez całą księgę, który na­daje się do wy­róż­nie­nia w ja­kiś spo­sób. Np. przy­sło­wia, sen­ten­cje czy złote my­śli na­szego szlach­ciury. Do­brze by było, żeby ja­kieś mo­tywy ty­po­gra­fii na­wią­zy­wały do od­ręcz­no­ści ory­gi­nal­nej księgi. Wy­biorę więc ja­kąś ba­ro­kową pi­sankę lub szla­chetną kur­sywę od któ­rejś z an­tykw, z ini­cjal­nymi ma­ju­sku­łami, dość cia­sną i być może z al­ter­na­tyw­nymi li­te­rami.
 W tym mo­men­cie można roz­wa­żyć Twoją pro­po­zy­cję, Ra­fale, uży­cia No­wego ka­rak­teru, któ­rego font za­pro­jek­to­wał Ar­tur Fran­kow­ski (FA Ka­rak­ter). Wy­brał­bym go gdyby nie to, że mamy tylko od­mianę pro­stą, a nie „uko­śną” (jak ma­wiał Jan Ja­nu­szow­ski, twórca pi­sma), i że jest zro­biony ce­lowo zgrzeb­nie i nie­równo, aby uda­wać od­bitkę na czer­pa­nym, nie­rów­nym pa­pie­rze. Ja w tym dziele nie chcę ni­czego uda­wać. Gdyby font miał li­tery oczysz­czone z nie­rów­no­ści, od­wzo­ro­wu­jące czy­ste cię­cie gra­wera pun­co­nów, z pew­no­ścią bym go wy­brał. Nie po to jed­nak szu­ka­łem Baskerville’a o du­żym kon­tra­ście kre­sek cien­kich i gru­bych, o wy­raź­nym i ostrym świa­tło­cie­niu cha­rak­te­ry­stycz­nym dla ba­roku, żeby te­raz wy­brać krój za­prze­cza­jący tej kon­cep­cji.
 W po­przed­niej od­po­wie­dzi za­kła­da­łem moż­li­wość zło­że­nia tek­stu ko­men­tu­ją­cego sylwę cał­ko­wi­cie od­mien­nym kro­jem pi­sma. Zro­bił­bym skład pi­smem jed­no­ele­men­to­wym, ale nie su­chym, geo­me­trycz­nym czy sche­ma­tycz­nym w swej for­mie. Szu­kał­bym po­mię­dzy li­ne­ar­nymi an­ty­kwami ce­lowo „hu­ma­ni­zo­wa­nymi”, ta­kimi jak Gill Sans czy Syntax.

Wy­bra­łeś już od­powied­nie kroje, a na ja­kim pa­pie­rze chciał­byś je u­mie­ścić? A może za­sto­sował­byś kilka ro­dza­jów pa­pie­ru? Na­rzu­ca się myśl o twar­dej o­pra­wie, ale czy to rze­czy­wi­ście naj­lep­szy wy­bór? No i — za­kładając, że pro­fe­sor-​zle­cenio­daw­ca nie jest o­gra­ni­czony kon­wen­cja­mi — jaki for­mat tej książ­ce nadasz?

Wy­brał­bym pa­pier cha­mois, np. stu­gra­mowy Mun­ken Pure 13. For­mat B5, ucho­dzący za aka­de­micki byłby wzo­rem wiel­ko­ści. Znor­ma­li­zo­wany for­mat zmo­dy­fi­ko­wał­bym jed­nak ob­ci­na­jąc z boku, aby uczy­nić książkę wy­smu­kłą. Na wy­so­kość mo­głoby to być na­wet 240 mm, bo spa­dów w tym wy­mia­rze nie prze­wi­duję, a na sze­ro­kość 160 mm. Twarda oprawa ca­ło­pa­pie­rowa, do­brze opor­ko­wana, z wy­raź­nym i głę­bo­kim żłob­kiem i ład­nie wy­oką­glo­nym grzbie­tem. Blok książki cia­sno zszyty. Wszystko, co na­pi­sa­łem o in­tro­li­ga­tor­skiej ro­bo­cie, nie jest ja­kimś szcze­gól­nym życze­niem. Tak za­wsze być po­winno. Jest to jed­nak zwy­kle naj­trud­niej­sze do zro­bie­nia w na­szych dru­kar­niach i trzeba sta­ran­nie wy­brać za­kład, który ma do­brych fa­chow­ców w introligatorni.

Każdy rap­tu­larz ma swój nie­po­wta­rzal­ny cha­rak­ter, cza­sami znacz­nie róż­nią­cy się od in­nych rap­tu­larzy, pi­sa­nych w tym sa­mym cza­sie. Czy my­ślisz, że przy tak da­le­ko i­dą­cym u­po­rząd­kowa­niu, ja­kie pro­ponu­jesz, u­da­ło­by się od­dać tę o­ry­gi­nal­ność?

Pa­mię­taj, że nie mamy na­śla­do­wać tych rę­ko­pi­sów, tylko je współ­cze­śnie wy­dać. Mia­łem już po­dobną sprawę z rę­ko­pi­sem Stryj­kow­skiego (XVI w.), jesz­cze w cza­sach przed­kom­pu­te­ro­wych w PIW-​ie. Uda­wać i na­śla­do­wać się nie da, choć­by­śmy się skichali.

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie pierwsze

1 czerwca 2009

Można dys­ku­to­wać, wy­mą­drzać się, za­snąć lub bez­wied­nie roz­dzia­wić gębę. Po pro­stu można się przy nim czuć swo­bod­nie, nie na­ra­ża­jąc na żadne kon­se­kwen­cje. Spo­tka­nie z An­drze­jem To­ma­szew­skim prze­biega miło. Nie pa­mię­tam, aby było ina­czej. Za­pra­szam na pierw­sze z dwóch, a może trzech czy dzie­się­ciu — szcze­rze nie wiem. Ale chyba bę­dzie ciekawie.

Andrzej Tomaszewski
Fot. Ma­rek Ryćko

Po­zna­łem cię w 2005 roku pod­czas Aka­de­mic­kiego Kursu Ty­po­gra­fii. Wsze­dłem spóź­niony na twój wy­kład o hi­sto­rii pi­sma. Poza tym, że po­ka­zy­wa­łeś slajdy, pra­wie nic nie mó­wi­łeś. Póź­niej, pod­czas wspól­nych, gru­po­wych spo­tkań poza wy­kła­dami, było wię­cej oka­zji do swo­bod­niej­szej wy­miany my­śli. Roz­ma­wiało się o ty­po­gra­fii i o życiu. Pa­mię­tam, jak po­ka­za­łeś kie­dyś pewną kłódkę na war­szaw­skim Pod­walu…

Kłódka, o którą py­tasz, ma po­nad czter­dzie­sto­let­nią hi­sto­rię. Z moim ko­legą Krzysz­to­fem Mar­cin­kie­wi­czem za­wie­si­li­śmy ją ok. 1967 roku, a klu­czyk wrzu­ci­li­śmy do ka­nału. By­li­śmy wów­czas uczniami war­szaw­skiego Tech­ni­kum Po­li­gra­ficz­nego. Kłódka wi­siała spo­koj­nie na ba­rierce mostku do lat 90., aż za­częto re­mon­to­wać mury Sta­rego Mia­sta. Za­dzwo­nił do mnie Krzy­siek, który miesz­kał na Sta­rówce: „An­drzeju! Ja­kieś Blade Twa­rze zdjęły na­szą kłódkę!” Na­tych­miast ku­pi­łem nową na ulicy od ro­syj­sko­ję­zycz­nego han­dla­rza. Do­brą, nie­rdzewną. Po­je­cha­łem do Krzyśka i ra­zem po­wie­si­li­śmy na wy­re­mon­to­wa­nej ba­rierce. Klucz — oczy­wi­ście — wy­lą­do­wał w ka­nale. Kłódka jest cza­sem na­zy­wana Kłódką Wuja An­drzeja (to już za­sługa Romka, mo­jego sio­strzeńca miesz­ka­ją­cego od lat w Pa­ryżu).


Tech­ni­kum po­li­gra­ficzne, to chyba nie­ty­powy wstęp do za­wodu di­zaj­nera? Spo­śród ko­le­ża­nek i ko­le­gów, z któ­rymi dwa­dzie­ścia kilka lat póź­niej koń­czy­łem po­dobne tech­ni­kum we Wro­cła­wiu, w branży po­zo­stała le­d­wie garstka. Więk­szość zna­la­zła się w szkole z przy­padku, tylko kilka osób było zwią­za­nych z po­li­gra­fią ro­dzinną tra­dy­cją. A jak to było z tobą?

Tech­ni­kum w la­tach 60. było do­sko­na­łym wstę­pem do za­wodu. Wów­czas wła­śnie w dru­kar­niach od­by­wały się wszyst­kie pro­cesy przy­go­to­waw­cze do druku. Wszystko, co dzi­siaj ro­bimy w Pho­to­sho­pach, Qu­ar­kach czy Il­lu­stra­to­rach, w RIP-​ach, sys­te­mach im­po­zy­cyj­nych oraz na­świe­tlar­niach, wy­ko­ny­wało się w dzia­łach reprodukcyjno-​fotograficznych, w ze­cer­niach, re­tu­szer­niach, kre­ślar­niach, chemi­grafiach, ko­piach of­f­se­to­wych i w wielu in­nych dzia­łach dru­karń, za­leż­nie od sto­so­wa­nych tam tech­no­lo­gii.
 Je­stem fa­ce­tem, który w doj­rza­łym wieku sia­da­jąc przed kom­pu­te­rem, już od razu wie­dział, co chce uzy­skać no­wymi na­rzę­dziami. Nikt nie mu­siał mi tłu­ma­czyć, czym jest ra­ster, za­lewka, triada, żywa pa­gina albo szewc lub bę­kart, czy też ga­tunki pa­pieru. To nie był, rzecz ja­sna, ko­niec mo­jej ty­po­gra­ficz­nej edu­ka­cji, ale po­czą­tek da­jący so­lidne pod­stawy za­wodu.


A skąd po­mysł na na­ukę w Tech­ni­kum Po­li­gra­ficz­nym? Wy­bra­łeś szkołę wła­śnie dla tych „so­lid­nych pod­staw”?

Jako go­ło­wąs nie my­śla­łem o pro­jek­to­wa­niu ty­po­gra­ficz­nym. Chcia­łem być dru­ka­rzem. Chętka cał­kiem na­tu­ralna, bo mój oj­ciec był sze­fem tech­nicz­nym po­tęż­nej Spół­dzielni Wy­daw­ni­czej Czy­tel­nik i re­dak­to­rem mie­sięcz­nika Po­li­gra­fika, a mama pra­co­wała w wy­daw­nic­twie Wie­dza Po­wszechna.
 Tak więc mia­łem dom pe­łen ksią­żek, a w per­spek­ty­wie kon­ty­nu­ację ro­dzin­nej tra­dy­cji poligraficzno-​wydawniczej oraz po­moc w wielu fa­cho­wych pro­ble­mach. Sio­stra wy­lą­do­wała w Li­ceum Księ­gar­skim. Tata mo­jego przy­ja­ciela z po­dwórka był ko­le­ja­rzem i on po­szedł do Tech­ni­kum Ko­le­jo­wego. Tak wtedy czę­sto by­wało.


A więc jed­nak tra­dy­cja… By­łeś pil­nym uczniem? Na pewno nie cho­dzi­łeś na wa­gary? I zo­sta­łeś w końcu dru­ka­rzem?

Oczy­wi­ście, że cho­dzi­łem na wa­gary. Pa­trząc na wa­gary z per­spek­tywy czasu, do­cho­dzę do wnio­sku, że są je­dyną sen­sowną formą buntu na­sto­latka, na­bur­mu­szo­nego prze­ciwko do­ro­słym, wtła­cza­ją­cym go w nisz­czące swo­bodę ramy co­dzien­nej, ru­ty­no­wej i zor­ga­ni­zo­wa­nej na­uki. Te­le­pały się we mnie jed­nak resztki roz­sądku i wa­ga­ro­wa­łem na przed­mio­tach, z któ­rych by­łem do­bry. Cho­dzi­łem zaś na lek­cje, na któ­rych by­łem słab­szy, aby nie pro­du­ko­wać do­dat­ko­wych kło­po­tów.
 Dru­ka­rzem zo­sta­wało się chcąc nie chcąc. W sze­ścio­dnio­wym ty­go­dniu pię­cio­let­niej na­uki mie­li­śmy trzy dni do­brze zor­ga­ni­zo­wa­nych warsz­ta­tów na sprzę­cie uży­wa­nym po­wszech­nie w dru­kar­niach. Były też wa­ka­cyjne prak­tyki w naj­praw­dziw­szych za­kła­dach, np. w Dru­karni im. Re­wo­lu­cji Paź­dzier­ni­ko­wej na­uczy­łem się skła­dać wzory ma­te­ma­tyczne (oło­wia­nymi czcion­kami oczy­wi­ście), a w Do­świad­czal­nej Ofi­cy­nie Gra­ficz­nej PSP po­zna­łem ty­po­gra­ficz­nego guru, Le­ona Urbań­skiego, który trząsł całą dru­kar­nią. Ma­tura tego tech­ni­kum była war­to­ściowa. Z mo­jej klasy kilka osób bez pro­ble­mów zdało na dzienne stu­dia i to na różne wy­działy: han­dlu za­gra­nicz­nego, ger­ma­ni­styki, hi­sto­rii czy po­li­gra­ficz­nej in­ży­nie­rii.


Nie tylko dru­ko­wać, ale też skła­dać — czego jesz­cze na­uczy­łeś sie w tech­ni­kum? Czy był to tylko druk ty­po­gra­ficzny i skład ręczny?

Klasy były po­dzie­lone wg spe­cjal­no­ści — ja by­łem w ze­cer­skiej. Jed­nak na lek­cjach tech­no­lo­gii i ma­szy­no­znaw­stwa uczy­li­śmy się o wszyst­kim. Tak więc wie­dzia­łem co trzeba o in­tro­li­ga­tor­stwie lub of­fse­cie, ale za­ję­cia prak­tyczne do­ty­czyły wy­bra­nej spe­cjal­no­ści. Istotne były lek­cje che­mii i ma­te­ria­ło­znaw­stwa, które da­wały wie­dzę na przy­szłość. Rzecz ja­sna, jak w każ­dym in­nym fa­chu, trzeba póź­niej stale śle­dzić no­wo­ści tech­niczne i tech­no­lo­giczne, je­śli pra­cuje się w branży.
 Czy­ta­łem póź­niej m.in. cza­so­pi­sma za­wo­dowe, w któ­rych była rze­czy­wi­sta wie­dza prak­tyczna. Dzi­siaj są one głów­nie zbio­rem marketingowo-​reklamowych ma­te­ria­łów i kro­niką in­sta­la­cji urzą­dzeń w po­szcze­gól­nych dru­kar­niach, o co bar­dzo dbają pro­du­cenci sprzętu. Dzien­ni­karz za­wo­dowy nie może na­pi­sać, że np. farbą firmy X źle się dru­kuje na pa­pie­rze firmy Y, albo że ma­szyna Z nie spraw­dza się pod­czas dru­ko­wa­nia tego lub owego. Taki ar­ty­kuł nie prze­cho­dzi, bo mie­sięcz­nik nie do­sta­nie re­klam od firm za­in­te­re­so­wa­nych, a więc straci pod­stawy bytu. Zu­pełna pa­ra­noja.


To chyba uwaga głów­nie do Po­li­gra­fiki? W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych za­czy­ty­wa­łem się w niej. Po­tem za­czął z nią kon­ku­ro­wać Świat Druku i kilka in­nych. Wszyst­kie dość szybko za­mie­niły się w cza­so­pi­sma re­kla­mowe aż… prze­sta­łem je ku­po­wać. Cza­sami na ho­ry­zon­cie po­ja­wiło się ja­kieś war­to­ściowe pi­smo, które szybko zni­kało… Oprócz Czy­tel­nika, wła­śnie w Po­li­gra­fice pra­co­wał twój oj­ciec, Ro­man. Miał ogromny ty­po­gra­ficzny do­ro­bek. Uczył pro­jek­to­wa­nia pism na paru uczel­niach, wy­da­wał Li­terę, za­ło­żył Ośro­dek Pism Dru­kar­skich i przez wiele lat był ak­tyw­nym człon­kiem ATypI. Wy­gląda na to, że więk­szość za­wo­do­wych za­in­te­re­so­wań prze­ją­łeś wła­śnie od niego.

Rola i przy­kład ojca były nie do prze­ce­nie­nia w mo­jej dro­dze za­wo­do­wej. Szcze­gól­nie na jej po­czątku. Primo, za­szcze­pił mi au­ten­tyczną mi­łość do ksią­żek i pa­sję książ­ko­roba. Se­cundo, był nie­zgłę­bio­nym źró­dłem in­for­ma­cji i wresz­cie ter­tio, zna­ko­mi­cie uła­twił mi start za­wo­dowy i zna­jo­mość śro­do­wi­ska drukarsko-​wydawniczego.
 Róż­nica mię­dzy nami jest i po­zo­sta­nie, a z oj­cem nie za­mie­rzam się „ści­gać”. On był bar­dziej or­ga­ni­za­to­rem i kry­ty­kiem ty­po­gra­fii. Jego do­ro­bek pu­bli­cy­styczny li­czy ok. 440 po­zy­cji bi­blio­gra­ficz­nych. Był do­sko­na­łym ju­ro­rem w mię­dzy­na­ro­do­wym wy­mia­rze. Miał pre­cy­zyjne oko do roz­ma­itych gra­ficz­nych ko­rekt, wy­ko­rzy­sty­wane przez liczne grono gra­fi­ków. Swoje prace pro­wa­dził sys­te­ma­tycz­nie — two­rzył ideę i ją re­ali­zo­wał. Ta­kim przy­kła­dem jest wy­cho­wa­nie grona pro­jek­tan­tów pism na war­szaw­skiej ASP i w Ośrodku Pism Dru­kar­skich. Ja dzia­łam ina­czej. Je­stem przede wszyst­kim pro­jek­tan­tem ksią­żek i re­dak­to­rem. Jed­nak moją żyłkę pu­bli­cy­styczną z pew­no­ścią ge­ne­tycz­nie mam po ojcu.
 Jest jesz­cze jedna, fun­da­men­talna róż­nica. Kiedy ja, w wieku naj­bar­dziej na na­ukę od­po­wied­nim stu­dio­wa­łem bi­blio­lo­gię na uni­wer­sy­te­tach, prak­ty­ko­wa­łem w wy­daw­nic­twach i dru­kar­niach, ro­bi­łem kursy fo­to­składu i tech­no­lo­gii, on dzia­łał w kon­spi­ra­cyj­nej dru­karni, sie­dział na Ge­stapo w po­znań­skiej cy­ta­deli, w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych w Żabi­ko­wie i Mau­thau­sen, a po­tem z gru­zów Szcze­cina i Wroc­ławia wy­do­by­wał czę­ści ma­szyn dru­kar­skich.


Tech­ni­kum, stu­dia, kursy, praca w drukarniach/​wydawnictwach, pu­bli­cy­styka… chyba nie ro­bi­łeś wszyst­kiego na­raz? Kiedy do­sta­łeś pierw­szą praw­dziwą pracę?

Za­raz po tech­ni­kum zda­wa­łem na dzienne stu­dia hi­sto­rii sztuki, na uni­wer­sy­tet. To była stra­ceń­cza szarża (16 osób na jedno miej­sce). Nie do­sta­łem się i z miej­sca po­sze­dłem pra­co­wać do War­szaw­skiej Dru­karni Ak­cy­den­so­wej. Miała dwa za­kłady: ty­po­gra­ficzny i of­f­se­towy. Po­sze­dłem do ze­cerni w ty­po­gra­ficz­nym. Mu­sia­łem wkom­po­no­wać się w ze­spół ru­ty­nia­rzy, bo tra­fi­łem do do­brze zgra­nej grupy ro­bią­cej duże ta­bele i łamią­cej wie­lo­stro­ni­cowe fol­dery dla cen­tral han­dlu za­gra­nicz­nego. Cała ze­cer­nia skła­dała się z trzech współ­pra­cu­ją­cych ze sobą czę­ści: ręcz­nej, li­no­ty­po­wej i mo­no­ty­po­wej — łącznie ok. 35 osób. Praca na dwie zmiany.


Za­li­czy­łeś każdą? Dziś skład ko­ja­rzy się lu­dziom przede wszyst­kim z kom­pu­te­rem. Ale ty mia­łeś do czy­nie­nia z wier­szow­ni­kiem, ju­stun­kiem, czcion­kami, kla­wia­turą li­no­typu czy ta­strem… Czy mo­żesz opo­wie­dzieć jak się pra­cuje w oło­wiu?

Nie, nie skła­da­łem na kla­wia­tu­rze li­no­typu i ta­stra mo­no­ty­po­wego. Było to tylko od­skła­dy­wa­nie wier­szy tek­stu wg re­guł (które zresztą do­brze zna­łem) — po­wiedzmy — mi­kro­ty­po­gra­fia. Mnie na­to­miast bar­dziej po­cią­gało two­rze­nie ca­łej pu­bli­ka­cji. Wo­la­łem więc pra­co­wać jako łamacz (me­tram­paż). Wśród in­struk­cji tech­nicz­nych, po­wy­le­pia­nych ma­kiet po­szcze­gól­nych stro­nic, ko­rekt, bu­do­wa­nia oło­wia­nych ko­lumn z od­skła­da­nych już tek­stów, che­mi­gra­ficz­nych cyn­ko­wych ilu­stra­cji oraz ma­te­riału ju­stun­ko­wego, czu­łem się jak ryba w wo­dzie.
 Dzi­siej­sze skła­da­nie w kom­pu­te­ro­wych pro­gra­mach jest dużo łatwiej­sze i nie­po­rów­ny­wal­nie szyb­sze. Po­ni­żej za­sad­ni­cze róż­nice:
— brak ogra­ni­czeń wy­ni­ka­ją­cych ze sztyw­nej „pro­sto­kąt­no­ści” ka­wał­ków me­talu. Nie mo­głeś nic przy­su­nąć bez cię­cia, pi­ło­wa­nia, lub szli­fo­wa­nia;
— au­to­ma­tyczne na­rzę­dzia pro­gra­mów wy­ko­nują ju­sto­wa­nie. Wy­li­czą za cie­bie sze­ro­ko­ści ele­men­tów ko­lumny, ta­beli, ma­te­ma­tycz­nej for­muły itp. Ko­niecz­ność ze­sta­wie­nia ide­al­nie wy­li­czo­nych pro­sto­kąt­nych ko­lumn była w ze­cer­stwie naj­waż­niej­szą umie­jęt­no­ścią. Nie­równe, nie­do­li­czone ko­lumny i ich frag­menty sy­pały się pod­czas ma­ni­pu­la­cji oraz dru­ko­wa­nia na ma­szy­nie;
— nie trzeba prze­rzu­cać se­tek kil­ko­gra­mów oło­wiu, np. po­pra­wia­jąc ko­rektę;
— nie trzeba roz­bie­rać ko­lumn po wy­dru­ko­wa­niu w celu od­zy­ska­nia cen­nego ma­te­riału ze­cer­skiego i złomu do prze­to­pie­nia;
— nie mu­sisz wdy­chać py­łów i opa­rów oło­wiu.
A reszta, to wła­ści­wie to samo.


A fo­to­skład? Hi­sto­ria Do­nalda Knu­tha i jego kom­pu­te­ro­wego sys­temu składu — który opra­co­wał po­dobno pod wpły­wem nie­za­do­wo­le­nia z pracy fo­to­skła­da­czy nad jego książką — su­ge­ruje, że była to ciemna era ty­po­gra­fii. Czy to prawda?

Wręcz prze­ciw­nie, to snop czy­stego świa­tła! Re­wo­lu­cja, która spo­wo­do­wała gwał­towny roz­wój tech­niczny w po­li­gra­fii, ze­rwa­nie z me­ta­lem, cię­ża­rem oraz ogra­ni­cze­niami ma­te­rii. Dzi­siaj tech­niki dru­ko­wa­nia wy­pu­kłego, z wy­jąt­kiem flek­so­gra­fii, znaj­dują się już w skan­se­nie dru­kar­stwa, a spra­wił to fo­to­skład. Bez tej fazy tech­no­lo­gicz­nej nie by­łoby pro­gra­mów edy­tor­skich, fon­tów kom­pu­te­ro­wych, na­świe­tla­rek i wy­daj­nych ska­ne­rów.
 Oczy­wi­ście fo­to­skład to tylko ha­sło. Nie można urzą­dzeń optycz­nych, skła­da­ją­cych pry­mi­tyw­nymi fo­to­ma­try­cami, po­rów­ny­wać z elek­tro­nicz­nymi urzą­dze­niami na­świe­tla­ją­cymi film li­ter­kami z lampy elektrono-​promiennej CRT. Tech­niki na­świe­tla­nia, spo­soby mon­tażu, przy­go­to­wa­nie blach of­f­se­to­wych — wszystko zmie­niało się jak w ka­lej­do­sko­pie.
 Pro­fe­sor Knuth miał nie­fart, jako au­tor pu­bli­ka­cji. Był ma­te­ma­ty­kiem i in­for­ma­ty­kiem, któ­rego prace wy­ma­gały umie­jęt­no­ści skła­da­nia no­wymi na­rzę­dziami, nie­przy­sto­so­wa­nymi jesz­cze do ar­cy­trud­nych tek­stów. Tech­no­lo­go­wie fo­to­składu pra­co­wali nad roz­wią­za­niami tech­nicz­nymi, mechaniczno-​optyczno-​elektro­nicznymi, a spra­wom kom­pli­ka­cji ze­cer­skich po­świę­cano wów­czas mniej uwagi. Nie można już było zło­żyć wzoru ma­te­ma­tycz­nego ręcz­nie, ani sys­te­mem czte­ro­wier­szo­wym na mo­no­ty­pie. Coś trzeba było wy­kom­bi­no­wać. Knuth to zro­bił i za­mknął swój po­mysł w jed­nym spój­nym sys­te­mie „cho­dzą­cym” na każ­dej plat­for­mie cy­fro­wej.


Mó­wimy, oczy­wi­ście, o TeX-​u. Za­rze­ka­łeś się wcze­śniej, że w od­róż­nie­niu od ojca, zaj­mu­jesz się głów­nie re­dak­cją i pro­jek­to­wa­niem ksią­żek. Ale prze­cież uczest­ni­czysz w pra­cach Pol­skiej Grupy Użyt­kow­ni­ków Sys­temu TeX (któ­rego za­pewne uży­wasz na co dzień), jako czło­nek za­rządu. Pro­wa­dzisz prze­różne warsz­taty i wy­kłady. Pi­sa­łeś bądź pi­szesz w fa­cho­wych cza­so­pi­smach. Na­pi­sa­łeś kilka ksią­żek (na­wet w tej chwili jest w przy­go­to­wa­niu ko­lejna!). Zaj­mo­wa­łeś się też pro­jek­to­wa­niem i sys­te­ma­tyką pism dru­kar­skich.

A jed­nak mó­wi­łem prawdę. Ina­czej są roz­ło­żone ak­centy i za­kręty za­wo­do­wych dróg — ojca i mo­jej. Mi­nęło już 16 lat od­kąd po­zna­łem użyt­kow­ni­ków sys­temu TeX. Sam go nie sto­suję, choć dużo o nim wiem. Z Te­Xow­cami je­stem w przy­jaźni i czę­sto wspól­nie pra­cuję. Sta­ram się w ich śro­do­wi­sku pro­pa­go­wać kul­turę ty­po­gra­ficzną, po­ka­zy­wać sens wy­daw­ni­czego pro­jek­to­wa­nia i znaj­duję uważ­nych słu­cha­czy. Po­ma­gają mi tacy wspa­niali lu­dzie z poza TeXa, jak: Adam Twar­doch, To­masz Bier­kow­ski, Mał­go­sia Du­bo­wiak, Ro­bert Chwa­łow­ski i inni.
 Przed­mio­tem mo­ich wy­kła­dów i warsz­ta­tów jest ty­po­gra­fia upra­wiana nie­za­leż­nie od na­rzę­dzia. Qu­ark, TeX, Co­rel, Il­lu­stra­tor, wier­szow­nik czy mo­tyka — wszystko jest do­bre tylko wów­czas, gdy ma się do­bry po­mysł. Jest mi rów­nież bli­ska, pro­pa­go­wana przez mię­dzy­na­ro­dowe śro­do­wi­sko Te­Xowe, idea wol­nego opro­gra­mo­wa­nia.


Człon­ko­wie GUST pod­jęli ini­cja­tywę udo­stęp­nia­nia fon­tów, jako do­bra pu­blicz­nego. Znaj­dują się wśród nich kroje przed laty uży­wane w skła­dzie go­rą­cym, jak Cy­klop, An­ty­kwa Pół­taw­skiego czy An­ty­kwa To­ruń­ska. Twórca ich fon­to­wych wer­sji, Ja­nusz M. No­wacki, wspo­mina cię w po­dzię­ko­wa­niach. Jak głę­boki był twój udział w ich po­wsta­niu? Świa­do­mość two­jego du­żego do­świad­cze­nia w pro­jek­to­wa­niu i po­pra­wia­niu pism, na­suwa rów­nież py­ta­nie: Gdzie można na­być kroje przez cie­bie za­pro­jek­to­wane lub spo­lo­ni­zo­wane, albo czy można je cho­ciaż obej­rzeć? Mó­wiąc o pi­smach dru­kar­skich, mam rów­nież na my­śli ART — cóż to ta­kiego? — i Lek­sy­kon pism dru­kar­skich. Bar­dzo wiele osób, które grze­bią w li­te­rach, chcia­łoby mieć tę książkę. Po­szu­kują jej w an­ty­kwa­ria­tach lub au­kcjach in­ter­ne­to­wych. Czy, wo­bec tego, ukaże się jej nowe wy­da­nie?

GU­STowne fonty po­wsta­wały w ciągu ca­łej hi­sto­rii tej or­ga­ni­za­cji. Naj­więk­sze za­sługi w ich two­rze­niu mają: Ja­nusz M. No­wacki, Bo­gu­sław Jac­kow­ski i Piotr Strzel­czyk — twórcy fon­to­wego pro­gramu Me­ta­Type opar­tego na ma­szy­ne­rii Te­Xo­wego Me­ta­Po­sta. Nie wy­łożę tu ca­łej hi­sto­rii kil­ku­na­stu kro­jów pism, ale kto chce, może do­trzeć do dru­ko­wa­nych ar­ty­ku­łów na ten te­mat. Mój udział był skromny. Po­le­gał na szu­ka­niu źró­deł gra­ficz­nych, spo­ra­dycz­nych kon­sul­ta­cjach, te­stach fon­tów Type1 na Ma­kin­to­szu, pro­pa­go­wa­niu ich na łamach prasy. Do­ty­czył głów­nie An­ty­kwy Pół­taw­skiego i kro­jów, które po­wstały na ba­zie Ku­riera, pro­jek­to­wa­nego w OPD.
 Nie bar­dzo wiem, jak po­wstał mit o pro­jek­to­wa­niu przeze mnie pism. Ni­gdy w życiu tego nie ro­bi­łem. Na­to­miast pra­cu­jąc dla SAD-​u (Ap­ple Com­pu­ter IMC Po­land) spo­lo­ni­zo­wa­łem ok. 900 fon­tów Type1. Sporo z nich można zo­ba­czyć we wkład­kach mie­sięcz­nika Wy­dawca z lat 1993 – 2003. Fonty z SAD-​u nie cho­dziły na PC-​tach, a po wej­ściu uni­ko­do­wych Open­Ty­pów stały się już hi­sto­rią.
 ART — (A)ndrzej i (R)oman (T)omaszewscy — to na­zwa kla­sy­fi­ka­cji dru­kar­skich pism al­fa­betu łaciń­skiego, którą spo­rzą­dzi­li­śmy wraz z oj­cem. Jest jedną z wielu pro­po­no­wa­nych na świe­cie kla­sy­fi­ka­cji. Można się z nią za­po­znać m.in. w Lek­sy­ko­nie pism dru­kar­skich. Lek­sy­kon po­wstał 13 lat temu. W dzie­dzi­nie tech­niki DTP, czas pę­dzi na łeb, na szyję. Książka wy­maga więc ak­tu­ali­za­cji wielu ha­seł i do­pi­sa­nia no­wych. To przy­naj­mniej rok in­ten­syw­nej pracy, na którą nie mogę so­bie po­zwo­lić, bo nie miał­bym co do garnka wło­żyć.


Mimo to, pi­szesz inne książki — Za­pi­ski książ­ko­roba, a te­raz ko­lejna. Lu­dzie ga­dają, że to bę­dzie książka o… książ­kach? Twoje na­zwi­sko na pierw­szej stro­nie bę­dzie dla wielu osób wy­star­cza­ją­cym ar­gu­men­tem do za­kupu, ale może są jesz­cze ja­kieś? Kiedy i pod ja­kim ty­tu­łem szu­kać jej w księ­gar­niach? czego ocze­ki­wać mię­dzy okład­kami?

Do­brze lu­dzie ga­dają — rze­czy­wi­ście bę­dzie o książ­kach. Jest to ro­dzaj ad­no­to­wa­nej bi­blio­gra­fii. Na­zwa­łem ją bi­blio­gra­fią sen­ty­men­talną, a do­ty­czy mo­jej pry­wat­nej bi­blio­teki. Opi­suję w niej książki z ich ce­chami in­dy­wi­du­al­nymi i za­war­to­ścią tre­ściową. Ta­kie, które były dla mnie ważne, bu­do­wały za­wo­dową oso­bo­wość oraz wią­zały się z nie­któ­rymi wy­da­rze­niami. Książkę pro­jek­tuje Mał­go­sia Du­bo­wiak, fo­to­gra­fie do niej zro­bił Ma­rek Ryćko, wstęp na­pi­sał Ste­fan Szczypka, a wy­da­wać za­mie­rza Ro­bert Chwa­łow­ski.


Pro­jek­to­wa­nie ksią­żek, zna­ków dia­kry­tycz­nych, skła­da­nie i łama­nie — w oło­wiu i na kom­pu­te­rze — to wszystko umiesz. Umiesz też pi­sać i re­da­go­wać. Można by wy­snuć wnio­sek, że jak ktoś pro­jek­tuje albo przy­go­to­wuje książki, to po pew­nym cza­sie zo­sta­nie pi­sa­rzem. Jed­nak stu­dio­wa­łeś bi­blio­lo­gię — nie od razu po tech­ni­kum, a więc kiedy? Co no­wego wnio­sły stu­dia? Czy po ich roz­po­czę­ciu prze­rwa­łeś pracę w ze­cerni? Co było da­lej?

Jak już wiesz, nie do­sta­łem się za pierw­szym ra­zem na stu­dia i po­sze­dłem do dru­karni. By­łem wtedy w ta­kim wieku, w któ­rym — bez zna­jo­mo­ści w ko­mi­sji re­kru­ta­cyj­nej — bez­a­pe­la­cyj­nie szło się do woj­ska. Od­słu­ży­łem więc ku chwale oj­czy­zny bite dwa lata na lot­ni­sku, w telefoniczno-​telegraficznej kom­pa­nii. Na uni­wer­sy­tet zda­wa­łem z woj­ska. Na pi­sem­nym eg­za­mi­nie wy­glą­da­łem sen­sa­cyj­nie — w mun­du­rze po­śród dziew­czę­cych bia­łych blu­ze­czek (mocno sfe­mi­ni­zo­wany kie­ru­nek stu­diów).
 Stu­dio­wa­łem w War­sza­wie i we Wro­cła­wiu, ale stu­diów nie skoń­czy­łem. Bar­dzo nie­pe­da­go­gicz­nie to za­brzmi, ale w któ­rymś mo­men­cie uświa­do­mi­łem so­bie, że nie tego chcę się uczyć, i że są cie­kaw­sze rze­czy do ro­bie­nia. Ni­gdy nie za­le­żało mi na stu­dio­wa­niu dla pa­pierka, na­to­miast dzięki stu­diom po­zna­łem kilka osób, które miały znaczny wpływ na moją dal­szą, już in­dy­wi­du­alną, edu­ka­cję.


In­dy­wi­du­alna edu­ka­cja? Czyż­byś jed­nak był out­si­de­rem? Od­cię­tym od świata mo­lem książ­ko­wym, po­chło­nię­tym wy­łącz­nie zdo­by­wa­niem wie­dzy?

Nie, nie by­łem na ubo­czu, cho­ciaż za­wsze po­ły­ka­łem książki. Zmie­ni­łem tylko te­ren dzia­ła­nia, bo aka­de­mic­kie życie oka­zało się dla mnie nudne. Cią­gnęło mnie znowu do kon­kret­nej pracy. Nie miej­sce tu­taj na ko­lejne CV, ale pra­co­wa­łem w po­li­gra­fii (m.in. Ośro­dek Badawczo-​Rozwojowy) i wy­daw­nic­twach (m.in. PIW), prze­ży­wa­łem au­ten­tyczne bi­blio­teczne przy­gody in­te­lek­tu­alne, np. z XIX-​wiecznym ka­ta­lo­giem Bi­blio­teki Ja­giel­loń­skiej, uczy­łem się fo­to­składu, pró­bo­wa­łem ro­bić re­print atlasu He­we­liu­sza itp., itp. Przy tym za­ra­bia­łem pie­nią­dze. Żyć, nie umie­rać. Ni­jak się to miało do sys­te­ma­tycz­nej uczel­nia­nej na­uki.


No, a jak było z pu­bli­cy­styką? Za­czą­łeś pi­sy­wać do cza­so­pism? W któ­rym mo­men­cie po­ja­wiło się Pro­Typo? Mo­żesz coś wię­cej o nim po­wie­dzieć?

Z hi­sto­rią mo­jej pi­sa­niny można za­po­znać się na stro­nie in­ter­ne­to­wej, a po­czą­tek przed­sta­wi­łem w Za­pi­skach książ­ko­roba. Pro­Typo po­wstało w cza­sie, gdy rządy Ma­zo­wiec­kiego i Bie­lec­kiego na­wo­ły­wały aby „brać sprawy w swoje ręce”. Na po­czą­tek za­ło­ży­łem wy­daw­nic­two Pro Li­bris i przy fi­nan­so­wej po­mocy ojca wy­da­łem książkę dla dzieci Se­krety słów. Na­pi­sana przez moja sio­strę i jej przy­ja­ciela była la­tach 80. hi­tem Na­szej Księ­garni. Roz­sprze­dano wów­czas dwa duże na­kłady. Moje przed­się­wzię­cie oka­zało się wielką klapą, o któ­rej przy­czy­nach długo by mó­wić.
 Drugą ini­cja­tywą Pro Li­bris była próba pu­bli­ko­wa­nia kwar­tal­nika Pro­Typo. Miał na­wią­zy­wać do re­da­go­wa­nej nie­gdyś przez ojca Li­tery. Udało się wy­pu­ścić tylko pięć ze­szy­tów. Mia­łem 500 pre­nu­me­ra­to­rów, jed­nak żeby co naj­mniej „wyjść na zero” po­trzeba było ok. 900. Pró­bo­wa­łem ra­to­wać pi­smo or­ga­ni­zu­jąc z oj­cem płatne se­mi­na­ria Pro­Typo. W 1992 roku od­były się dwu­krot­nie w In­sty­tu­cie Wzor­nic­twa Prze­my­sło­wego. Jako cie­ka­wostkę mogę po­dać, że koszt uczest­nic­twa w dru­gim se­mi­na­rium wy­no­sił 2 000 000 in­fla­cyj­nych zło­tych.
 Po­mimo kil­ku­na­stu krze­pią­cych gło­sów i pod­trzy­mu­ją­cych na du­chu przy­ja­ciół, mu­sia­łem zre­zy­gno­wać z Pro­Typo. Prze­ko­na­łem się — biz­nes­me­nem nie zo­stanę. Zli­kwi­do­wa­łem firmę i roz­go­ry­czony, po­sze­dłem do nor­mal­nej, eta­to­wej pracy. 1992 był też ro­kiem śmierci mego ojca. Nie mia­łem już dla kogo się sta­rać.


Ale czy eta­towa praca po­zwala na swo­bodę twór­czą? We wła­snym wy­daw­nic­twie ty de­cy­do­wa­łeś, jak ma wy­glą­dać książka. Ty­po­graf na eta­cie jest pod tym wzglę­dem tro­chę ubez­wła­sno­wol­niony. W nie­któ­rych wy­daw­nic­twach nie ma świa­do­mo­ści, że książka po­winna być od­po­wied­nio za­pro­jek­to­wana. Wo­bec tego, można by za­py­tać, czy w ogóle warto zaj­mo­wać się ty­po­gra­fią?

Za­leży, gdzie i z kim się pra­cuje. Są miej­sca, które za­bi­jają oso­bo­wość. Są też ta­kie, które sprzy­jają twór­czej pracy. Ja mia­łem szczę­ście do pra­co­daw­ców, czy pań­stwo­wych, czy to pry­wat­nych.
 Moje pro­jek­to­wa­nie ksią­żek za­częło się wła­śnie od eta­to­wej pracy, w la­tach 70. w Pań­stwo­wym In­sty­tu­cie Wy­daw­ni­czym, gdzie by­łem kie­row­ni­kiem re­dak­cji tech­nicz­nej. To czasy „przed­kom­pu­te­rowe” i o DTP się jesz­cze nie śniło. Każdy ma­szy­no­pis książki na­le­żało ad­iu­sto­wać do składu w dru­karni, opi­sać ilu­stra­cje, przy­go­to­wać ma­kietę dla ze­ce­rów. PIW wy­da­wał wtedy po­nad 200 ty­tu­łów rocz­nie. Było więc co ro­bić. Pra­cow­nią gra­ficzną wy­daw­nic­twa kie­ro­wała nie­ży­jąca już Jo­lanta Ba­rącz, wów­czas znana gra­ficzka książ­kowa. Ma­jąc gra­fi­ków za­trud­nio­nych eta­towo, współ­pra­co­wała do­dat­kowo ze zna­nymi twór­cami: Ja­nu­szem Stan­nym, Le­onem Urbań­skim, Ro­ma­nem Cie­śle­wi­czem, Woj­cie­chem Freu­den­re­ichem, Ja­nem Bo­kie­wi­czem i wie­loma in­nymi, któ­rym za­le­żało na pracy dla PIW-​u. To wła­śnie Jo­lanta Ba­rącz dała mi pierw­sze książki do za­pro­jek­to­wa­nia od A do Z. Kon­tak­tom z gra­fi­kami oraz zna­ko­mi­tymi re­dak­to­rami za­wdzię­czam swoją wy­daw­ni­czą wie­dzę i umie­jęt­no­ści. To były osoby-​instytucje, nie­któ­rzy o cha­ry­zma­tycz­nym au­to­ry­te­cie, np. re­dak­to­rzy Ma­rian Bi­zan i An­to­nina Je­licz. Wszystko to mia­łem w pracy na eta­cie.
 Dzi­siaj wy­da­wa­niem ksią­żek zaj­mują się czę­sto osoby za­wo­dowo nie­zbyt przy­go­to­wane. Nie ma już wiel­kich wy­daw­nictw za­trud­nia­ją­cych licz­nych fa­chow­ców, bo nie ma ta­kiej eko­no­micz­nej i tech­no­lo­gicz­nej po­trzeby. Wiele rze­czy robi się na ze­wnątrz, m.in. pro­jekty ksią­żek. Dużo więc za­leży od nas sa­mych: po­tra­fimy czy nie po­tra­fimy prze­ko­nać wy­dawcę do cie­kaw­szej kon­cep­cji, przed­sta­wić wi­zu­al­nie i rze­czowo swój po­mysł, na­mó­wić na lep­szy pa­pier lub in­tro­li­ga­tor­skie płótno, prze­ko­nać do zmiany dru­karni albo na­świe­tlarni. Czyli, ge­ne­ral­nie, za­leży od daru prze­ko­ny­wa­nia i ta­kiego przed­sta­wie­nia sprawy, aby de­cy­dent chciał nas słu­chać. To trudne, ale umie­jęt­no­ści ne­go­cja­cyjne ro­sną wraz z do­świad­cze­niem za­wo­do­wym. Cza­sem się nie udaje. Mówi się trudno — nie wy­szło z Ko­wal­skim, wyj­dzie z Wi­śniew­skim. Zdaję so­bie sprawę, że mło­dzi lu­dzie mają wię­cej do stra­ce­nia. Dbają o małe dzieci, urzą­dzają gniazdka do­mowe i czę­sto, dla pie­nię­dzy, mu­szą coś ro­bić prze­ciwko so­bie. Póź­niej jed­nak, gdy la­to­ro­śle od­cho­wane i nie ka­pie na głowę, można tro­chę po­ma­ru­dzić, przyj­mu­jąc pracę.


Wy­daje mi się, że oso­bo­wość zawodowa/​artystyczna roz­wija się rów­nież poza pracą. Do­ra­sta­łeś w spe­cy­ficz­nej, twór­czej at­mos­fe­rze. Dziś także po­ru­szasz się w ja­kimś, kon­kret­nym oto­cze­niu. Ja­kie ono jest?

Ka­sia — żona — pe­da­gog szkolny, ku­ra­tor są­dowy; Ewa — córka — et­no­log (Uniw. War­szaw­ski), ma­ster of art (Bru­nel Uni­wer­sity, Lon­don); Kleks — kot — obecny du­chem, choć prze­niósł się do lep­szego świata.
 Na­to­miast moje oto­cze­nie zawodowo-​towarzyskie two­rzą głów­nie osoby zwią­zane z książ­kami. Są wśród nich bi­blio­te­ka­rze, wy­dawcy, gra­ficy, li­te­raci, dru­ka­rze, a ostat­nio rów­nież księ­ga­rze. Nie zna­czy to, że z ludźmi in­nych za­wo­dów nie mam kon­taktu. Z in­ży­nie­rem bu­dowy dróg jeż­dżę na grzyby, z ma­te­ma­ty­kiem ro­bię re­print, z po­etą piję wódkę, z par­kin­go­wym, ger­ma­ni­stą i księ­go­wym gram w sza­chy, kum­pluję się z so­cjo­lo­giem i hi­sto­ry­kiem, a także z pe­da­go­giem spe­cjal­nym oraz sto­la­rzem w jed­nej oso­bie. Bar­dzo mnie cie­szy, że nie mu­szę ob­ra­cać się w śro­do­wi­sku pia­row­ców, ma­na­ge­rów pro­duktu, za­rzą­dza­ją­cych marką itp. spe­cja­li­stów od so­cjo­tech­nicz­nego ma­ni­pu­lo­wa­nia ludźmi. Nie in­te­re­suje mnie „od­kry­wa­nie świata no­wej for­muły pio­rą­cej”, a więc pro­jek­to­wa­niem nie­zwią­za­nym z książ­kami, np. re­kla­mo­wym, kor­po­ra­cyj­nym czy han­dlo­wym w ogóle się nie zaj­muję.

cdn.