Autor | Typografia po polsku

Oznaczone tagiem „autor”

Dawno temu w Ameryce

7 września 2011  [Instapaper Text] [Readability]

Za­in­spi­ro­wany krótkim wpisem Yvesa Pe­tersa na blogu Font­Feed, po­sta­no­wiłem z grubsza opisać in­te­re­su­jący proces pro­dukcji książki obo­wią­zu­jący dawno temu w Ame­ryce, w dużej dru­karni ty­po­gra­ficznej, a po­ka­zany w filmie „Ma­king Books”, wy­danym przez En­cyc­lo­pa­edia Bri­tan­nica Films Inc. w 1947 roku (w tek­ście Yvesa po­lecam uwadze prośbę o wsparcie dzieła pt. „Li­no­type. The Film”). Zanim jednak tra­fimy do dru­karni, zo­ba­czymy pi­sarza. Pi­sarz w ówcze­snych cza­sach pisał, jak to pi­sarz — prawda?

This man is an au­thor. He writes stories.

Jest jakaś nie­zwykła magia w ory­gi­nalnej nar­racji. Prze­cież w kon­tek­ście au­tor­skim «pi­sanie» oznacza przede wszystkim «wy­my­ślanie». W XXI wieku rola pi­sarza się nie zmie­niła i, za­sad­niczo, określa się tym mianem twórców wy­my­śla­ją­cych hi­storie prze­zna­czone do pre­zen­tacji w formie tekstu. Ten tekst musi zo­stać w jakiś sposób utrwa­lony. Jak widać w pierw­szej scenie, nasz autor ko­rzysta z ma­szyny do pi­sania.
 Otóż prze­mysł wy­daw­niczy do­magał się od au­tora nie­gdyś rę­ko­pisu lub ma­szy­no­pisu. Wy­nikła z tego taka im­pli­kacja, że pisarz-​autor mu­siał być rów­no­cze­śnie zwy­kłym pi­sa­rzem biu­rowym (może nie za­wsze, ale naj­czę­ściej). Na­to­miast dziś, autor jest kimś jeszcze więcej — pisarzem-​składaczem — ocze­kuje się od niego pliku kom­pu­te­ro­wego z tek­stem. Zawód ‹skła­dacza› prak­tycznie wy­marł. Mam na myśli nie tylko ‹ze­cera›, ale i ‹skła­dacza kom­pu­te­ro­wego›. Jego obo­wiązki prze­jęli au­torzy tek­stów, re­dak­torzy, ‹łamacze› lub ma­szyny (jak np. sys­temy ‹optical cha­racter re­co­gni­tion›, ‹audio cha­racter re­co­gni­tion› itp.).

Na filmie Bri­tan­niki, ma­szy­nopis od pi­sarza wę­druje do ‹li­no­ty­pisty› — skła­dacza pra­cu­ją­cego na li­no­typie. ‹Li­notyp› jest wy­po­sa­żony w kla­wia­turę, jednak nie po­siada żadnej elek­tro­niki (skon­stru­owano go prze­cież w 1885 roku). W czasie skła­dania, z ma­ga­zynu uwal­niane są ko­lejne ma­tryce (mie­dziane) i kliny (sta­lowe). Ufor­mo­wane w wiersze, stają się formą od­lew­niczą, w której zo­staje od­lany ‹wiersz li­no­ty­powy›. Na­tych­miast po od­laniu, ma­tryce zo­stają roz­mon­to­wane i prze­ka­zane z po­wrotem do ma­ga­zynu — cał­ko­wicie au­to­ma­tycznie. Odlew na­to­miast zo­staje wy­pchnięty na ‹szuflę›, gdzie razem z in­nymi wier­szami tworzy ‹szpaltę›.
 Cie­ka­wostką są kliny wsta­wiane w miejscu spacji — w skła­dzie li­no­ty­powym służą do au­to­ma­tycz­nego, me­cha­nicz­nego ju­sto­wania tekstu. Przed od­la­niem wiersza, zo­stają do­pchnięte do oporu, rów­no­miernie po­więk­szając ‹od­stępy mię­dzy­wy­ra­zowe›.
 Szpalty tra­fiają do in­nego działu ‹ze­cerni›, gdzie zo­staną ‹po­ła­mane› w ‹łamy› i ‹ko­lumny› przez ‹me­tram­paża›. Na filmie widać ko­lumny skła­da­jące się z jed­nego łamu, jednak ko­lumny mogą być, oczy­wi­ście, też wie­lo­ła­mowe (jak w ga­zecie). Wi­dzimy, jak nasz me­trampaż wstawia (wła­muje) ilu­strację, od­dzie­lając ją od tekstu dolną i górną in­ter­linią. No­śni­kiem tej ilu­stracji jest ‹klisza› cyn­kowa, wy­ko­nana me­todą che­mi­gra­ficzną w ‹tra­wialni› na blasze kil­ku­mi­li­me­trowej gru­bości. Aby uzy­skać tę samą wy­so­kość ‹ma­te­riału ze­cer­skiego›, kliszę na­kleja się na pod­kła­dzie drew­nianym lub me­ta­lowym.
 W kilku na­stęp­nych eta­pach Bri­tan­nica po­ka­zuje proces przy­go­to­wania ‹elek­tro­typów› (‹gal­wa­no­typów›). Cztery ko­lumny ‹składu› zo­stają za­mknięte w ramie two­rząc ‹formę pier­wotną›, która służy do wy­ko­nania ‹formy po­śred­niej› — od­cisku na sztywnej płycie po­krytej wo­skiem. Z niej uzy­skuje się mie­dziane ‹formy wtórne› me­todą elek­tro­lizy. Proces opra­co­wano w pierw­szej po­łowie XVIII wieku.
 W Polsce czę­ściej sto­so­wano po­krewny, ale o ok. 100 lat starszy proces przy­go­to­wania tzw. ‹ste­reo­typów›. Formę po­średnią sta­nowił od­cisk w spe­cjalnie spre­pa­ro­wanym kar­tonie lub odlew gip­sowy. Jako formę wtórną, wy­ko­ny­wano odlew sta­lowy, żeliwny etc. Formy ste­reo­ty­powe można przy­go­to­wywać w prze­kroju okrą­głym, a więc tech­no­logia miała za­sto­so­wanie głównie w ‹druku ro­ta­cyjnym›.
 Cie­ka­wostka: oba słowa — «ste­reotyp» i «klisza» — po­chodzą wła­śnie ze slangu po­li­gra­ficz­nego, przy czym jako kliszę na­leży ro­zu­mieć formę dru­kową bądź jej frag­ment, wy­ko­nany w jed­no­litym ka­wałku me­talu. Tak więc można po­wie­dzieć, że elek­trotyp jest szcze­gólną po­stacią ste­reo­typu, a oba można też bar­dziej ogólnie na­zwać «kliszą» (choć w Polsce utarło się od­nosić to po­jęcie przede wszystkim do klisz cyn­ko­wych). Stąd też na­zy­wanie czegoś, co wy­chodzi z ‹na­świe­tlarki› kliszą jest nie­po­ro­zu­mie­niem — chodzi o ‹film› (może być ‹dia­po­zy­tywem› lub ‹ne­ga­tywem›)! Tech­no­logia ste­reo­typów uła­twiała i zmniej­szała koszty druku wy­so­kich na­kładów oraz do­druków. Przy do­dru­kach do­dat­kowo przy­spie­szając re­ali­zację za­mó­wienia (po­mi­nięty etap po­now­nego składu).
 Wra­camy do filmu. W ko­lejnej scenie elek­tro­ty­powe ko­lumny zo­stają roz­cięte i prze­ka­zane ma­szy­ni­ście, który przy­go­to­wuje z nich wła­ściwą formę dru­kową — umieszcza każdą z nich w ka­retce for­mowej zgodnie z ‹roz­kładem›. Wi­dzimy tu ma­szynę ‹peł­no­for­ma­tową›, zdolną dru­kować 64 ko­lumny na raz — li­cząc obie strony ar­kusza: 128 — co jest równe ośmiu ‹ar­ku­szom dru­kar­skim›!
 Ko­lejną ma­szyną w pro­cesie po­wsta­wania książki jest ‹fal­cerka›, a wła­ściwie linia do ‹fal­co­wania›. Jej pro­duktem są ‹legi›, na­zy­wane też ‹skład­kami›, prze­ka­zane na­stępnie do ‹zbie­rania›. Tu rów­nież wi­dzimy nie tyle zwykłą ‹zbie­raczkę›, co ra­czej dużą linię zbie­ra­jącą. Ko­lejne etapy: ‹szycie› i cięcie ‹bloków›, po kilka na raz, na nie­ty­powym ‹trój­nożu›. W na­stęp­nych sce­nach wi­dzimy pro­dukcję okładki: przy­cięcie tek­tury, po­łą­czenie jej z ‹oklejką› (okleiną), tło­czenie folią me­ta­liczną i — w ostat­niej — ‹za­wie­szanie› bloków (wkładów) — ‹okład­ko­wanie›.
 Zna­ko­mita więk­szość pol­skich dru­karń ‹dzie­ło­wych› nigdy nie osią­gnęła tak wy­so­kiego uprze­my­sło­wienia, jak ten, pre­zen­to­wany przez Ame­ry­kanów w 1947 roku, choć były i takie, którym tech­no­logii za­zdro­ścił cały blok ko­mu­ni­styczny. Dziś, nie­stety, w pro­dukcji dzie­łowej je­steśmy wciąż (albo wtórnie) ra­czej zacofani.

Najniższa stawka

3 września 2010  [Instapaper Text] [Readability]

Autor, re­daktor, re­daktor tech­niczny, łamacz, ko­rektor, dru­karz, in­tro­li­gator, księ­garz — tyle osób pra­cuje nad książką, zanim do­trze ona do czy­tel­nika. Po drodze może być jeszcze tłu­macz, ilu­strator, fo­to­graf i kilku in­nych pro­fe­sjo­na­li­stów. Jeśli każdy z nich do­brze wy­kona swoją ro­botę, na półce stanie dobra książka.
 Autor pisze bzdety, bo tego po­dobno chce czy­telnik, a na pewno wy­dawca. Re­daktor ze wstydu po­prawia pod pseu­do­nimem, a w po­śpiechu czyta co drugą stronę. Tech­niczny zo­stał zwol­niony, bo prze­cież nie był po­trzebny. Książki nie trzeba pro­jek­tować — wy­starczy ją złamać, zajmie się tym stu­dent in­for­ma­tyki. Łamanie zresztą nie jest trudne, wy­starczy wlać tekst w ramki i zrobić z tego pe­deefa. Ko­rek­torka, stu­dentka po­lo­ni­styki, znaj­duje błędy or­to­gra­ficzne na co dru­giej stronie, in­nymi się nie przej­muje, a praw­do­po­dobnie nawet o nich nie wie. Dru­karz, po­ga­niany przez szefa, spieszy się jak tylko może — pa­gi­nacja się nie zgadza? jak przy­go­to­wali, tak będą mieli! W in­tro­li­ga­torni oka­zuje się, że nie można do­brze oprawić, bo źle wy­dru­ko­wano, ale to nie wina in­tro­li­ga­tora, więc oprawia. Księ­garz do­staje go­tową książkę w dwóch eg­zem­pla­rzach, z nie­okre­ślonym ter­minem płat­ności i prawem zwrotu.
 Nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Czy to dla­tego za­miast książek mamy tyle ma­ku­la­tury? Skąd w prze­myśle wy­daw­ni­czym tak wielu nie­kom­pe­tent­nych ludzi? Ano z łapanki. Kto bę­dzie pra­cował za 13 pensji? No­wi­cjusz albo de­sperat.
 Już od wielu lat nie ist­nieją etaty, bez któ­rych kiedyś nie wy­obra­żano sobie pro­cesu wy­daw­ni­czego. W wy­daw­nic­twach książ­ko­wych re­daktor tech­niczny jest jak di­no­zaur. A czy ktoś wi­dział w ciągu ostat­nich dzie­sięciu lat re­wi­zorkę? Była pra­cow­ni­kiem dru­karni i to wła­śnie ona osta­tecznie za­twier­dzała do druku. Wy­ła­py­wała wszelkie błędy. Tra­fiał do niej każdy przy­rzą­dowy ar­kusz. Uważnie czy­tała, szu­kając błędów or­to­gra­ficz­nych, spraw­dzała ja­kość druku, pra­wi­dło­wość mon­tażu, po­rów­ny­wała z ma­kietą, kre­śliła przy po­mocy li­nijki, mie­rzyła. By­wało, że zrzu­cała ro­botę z ma­szyny.
 Dziś widać jeszcze jedną ten­dencję — do łączenia etatów. Od ko­rek­tora wy­maga się rów­nież re­dakcji. Re­daktor staje się tłu­ma­czem. Łamacz książki jest często jej pro­jek­tantem i tak dalej. Cza­sami po­wodem jest ko­niecz­ność, cza­sami am­bicja, a cza­sami chci­wość. Nie wątpię, że są uta­len­to­wane osoby, zdolne dużą część pro­cesu wy­daw­ni­czego zre­ali­zować sa­mo­dzielnie, ale często się oka­zuje, że… nie da rady. Le­piej po­stawić na koniach.

bookmaker

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie trzecie, ostatnie

14 czerwca 2010  [Instapaper Text] [Readability]

Trzecie spo­tkanie kończy cykl. Czy ty­po­grafia jest czę­ścią na­szego życia? Czy jest ważna? Na czym po­lega jej zna­czenie? Sty­kamy się z nią na co dzień, ale czy ją do­ce­niamy lub choćby do­strze­gamy? Mam na­dzieję, że wszystko, o czym z An­drzejem To­ma­szew­skim mó­wi­liśmy, sta­nowi jakąś pomoc dla pro­jek­tantów, a przy­naj­mniej inspirację.

Andrzej Tomaszewski
Fot. An­drzej Odyniec

Czy ist­nieje etyka za­wo­dowa ty­po­grafa?

Oczy­wi­ście, po­dobnie jak w każdej pro­fesji. Je­żeli okre­ślimy ty­po­grafa, jako osobę zaj­mu­jącą się pro­jek­to­wa­niem i przy­go­to­wa­niem do druku (lub in­nego upo­wszech­nienia) pu­bli­kacji, to jego za­cho­wania etyczne do­tyczą głównie trzech re­lacji mię­dzy­ludz­kich:
1) pomiędzy ty­po­grafem a autorem-​nadawcą opra­co­wy­wa­nego ko­mu­ni­katu (treści tek­stowej lub iko­no­gra­ficznej);
2) typografem a od­biorcą ko­mu­ni­katu, czyli czy­tel­ni­kiem treści;
3) wreszcie re­lacji z dru­ka­rzem jako wy­twórcą pu­bli­kacji na pod­stawie pracy ty­po­grafa.
 Świa­domie po­mijam tu wszelkie kwe­stie zwią­zane z re­lacją zleceniodawca–zleceniobiorca, po­nieważ re­gu­lo­wane są od­po­wied­nimi prze­pi­sami praw­nymi oraz umo­wami o dzieło. Rów­nież pro­ble­ma­tyka prawa au­tor­skiego lub pa­ten­to­wego jest sze­roko opi­sana w li­te­ra­turze prawno-​zawodowej. Skupmy się więc na wyżej wy­mie­nio­nych trzech punk­tach.
 Ad 1) Imperatyw mo­ralny spro­wadza się do tego, że po­dej­mując się opra­co­wania ko­mu­ni­katu (ulotki re­kla­mowej, ar­ty­kułu na­uko­wego, ar­kusza po­etyc­kiego, książki te­le­fo­nicznej, pro­gramu te­atral­nego, bi­letu na mecz, le­gi­ty­macji par­tyjnej czy in­nego druku) mamy obo­wiązek do­głębnie po­znać in­tencje au­tora i jego ocze­ki­wania. Prze­ko­ny­wanie autora-​nadawcy ko­mu­ni­katu do wła­snych kon­cepcji es­te­tycz­nych i wi­zu­al­nych ma swoje gra­nice. Nie można przy­go­to­wywać pu­bli­kacji wbrew woli nadawcy. Zbyt często bywa, że po­wstaje pro­dukt, w którym prze­staje on być au­torem prze­ka­zy­wanej treści lub to, co chciał prze­kazać, ulega de­for­macji.
 Ad 2) Końcowy od­biorca treści, a więc jej czy­telnik, nigdy nie po­wi­nien umknąć uwadze pro­jek­tanta. Naj­prostsza i w miarę jasna jest tu kwe­stia nie­utrud­niania per­cepcji ko­mu­ni­katu, a więc za­cho­wania wa­lorów czy­tel­ności, roz­po­zna­wal­ności i rze­mieśl­ni­czej ja­kości pu­bli­kacji. Na­to­miast są sprawy, które mu­simy roz­ważać we wła­snym su­mieniu. Na­leżą do nich np.: opra­co­wy­wanie treści fał­szy­wych lub wąt­pli­wych mo­ralnie, uczest­nictwo w oszu­stwach po­li­tycz­nych lub mar­ke­tin­go­wych, an­ty­edu­kacja es­te­tyczna i pro­pa­go­wanie kiczu — z ta­kich de­cyzji żaden pro­jek­tant nie może czuć się zwol­niony. Sam wy­biera: do­chód czy re­zy­gnacja z so­cjo­tech­nicznej blagi, pie­niądze na ubranie dla dziecka czy od­rzu­cenie pro­po­zycji łamania por­nosa, fajne wa­kacje czy od­mowa pro­dukcji ulotek pi­ra­midy fi­nan­sowej. Ale po­dobne de­cyzje są, rzecz jasna, udziałem ludzi wielu za­wodów.
 Ad 3) Do nie­dawna sprawa była jasna — całe przy­go­to­wanie pro­dukcji od­by­wało się w dru­karni i po­li­graf… jak sobie po­ścielił, tak się wy­spał. Dzi­siaj pracą w dru­karni „rządzą” przy­go­to­wane przez nas pliki post­scrip­towe, pe­deefy, in­strukcje szcze­gó­łowe i wszelkie wy­ma­gania po­cho­dzące spoza dru­karni. Jest rzeczą bardzo ważną, aby za­chować od­po­wiednie sto­sunki in­ter­per­so­nalne z tech­no­lo­gami dru­karń i in­nymi pra­cow­ni­kami po­li­grafii, kon­sul­tować sprawy trudne, wspólnie po­dej­mować kło­po­tliwe tech­no­lo­gicznie de­cyzje itp. Oczy­wi­ście nie znaczy to, aby re­zy­gnować z wy­magań ja­ko­ścio­wych lub prób wpro­wa­dzenia ja­kiejś in­no­wacji. Niby zro­zu­miała, ludzka sprawa, a jednak po­wszechne są z jednej i dru­giej strony za­cho­wania pełne pre­tensji, zło­śli­wości i ir­ra­cjo­nal­nych po­staw w ro­dzaju: na złość mamie od­mrożę sobie uszy.
 Za­sta­na­wiam się, czy można mówić o etosie śro­do­wiska ty­po­grafów. Myślę, że jest on ściśle zwią­zany z wie­lo­wie­kowym zna­cze­niem dru­kar­skiej pro­fesji. W dru­kar­skich spra­wach ist­nieje etos za­wodu, w in­ter­ne­to­wych jeszcze się nie wykształcił.

Etos. Wielu pro­jek­tantów — ba, wielu dru­karzy — nie ma o nim po­jęcia. Kiedyś prawo na­zy­wania się to­wa­rzy­szem sztuki dru­kar­skiej było wy­razem dumy i od­po­wie­dzial­ności. Drukarz-​typograf był zo­bo­wią­zany… No wła­śnie, czy etos upada? Mo­żesz go jeszcze bar­dziej przybliżyć?

Jest ars między in­szymi taka, iż nie tylko ple­beium,
ale vere ipsum no­bilem nie szkaradzi.

Bar­tosz Pa­procki: Herby ry­cer­stwa pol­skiego, Kraków 1584

O kim tak pięknie mówił zna­ko­mity szes­na­sto­wieczny polsko-​czeski he­raldyk? O nas! O dru­ka­rzach mia­no­wicie (w pierw­szych wie­kach dru­kar­stwa łac. ty­po­gra­phus = dru­karz). Pisał to już ponad sto lat po uru­cho­mieniu ofi­cyny mo­gunc­kiego miesz­cza­nina Jo­han­nesa Gu­ten­berga.
 Szla­chetnie uro­dzonym honor nie po­zwalał parać się rze­mio­słem. Po­dobne za­jęcie gro­ziło wręcz utratą szla­chectwa. No­biles byli człon­kami ry­cer­skiego stanu i mogli tru­dzić się tylko w mi­li­tarnej po­trzebie albo za­rzą­dzać ma­jąt­kiem. Tym­czasem w XVI stu­leciu — złotym wieku pol­skiego dru­kar­stwa — znaj­du­jemy przy­kłady wy­nie­sienia ple­be­juszy do stanu szla­chec­kiego, wła­śnie spo­śród grona dru­karzy.
 Naj­bar­dziej spek­ta­ku­larnym przy­kładem jest no­bi­li­tacja Jana Łazarzowica-​Januszowskiego, by­łego se­kre­tarza kró­lew­skiego Zyg­munta Au­gusta, hu­ma­nisty i twórcy ory­gi­nal­nego kroju czcionek — No­wego ka­rak­teru pol­skiego. Syn dru­karza Łazarza An­dry­so­wica zo­stał dzie­dzicem słynnej kra­kow­skiej Ofi­cyny Łaza­rzowej — kon­ty­nu­ującej tra­dycje warsz­tatu re­ne­san­so­wego ty­po­grafa Hie­ro­nima Wie­tora. Na sejmie w 1588 roku Ja­nu­szowski uzy­skał in­dy­genat szla­checki wraz z herbem Kło­śnik (Rola), a dwa lata póź­niej od Zyg­munta III Wazy tytuł Ar­chi­ty­po­grafa wraz z przy­wi­le­jami.
 Mamy też inne przy­padki. Uszlach­cono Wa­len­tego Łapkę-​Łapczyńskiego, który tło­czył w dru­karni wę­drownej (tzw. la­ta­jącej), to­wa­rzy­szącej wy­prawom wo­jennym Ste­fana Ba­to­rego. Łapka w po­trzebie po­rzucał swoje czcionki i chwytał za oręż. Na­wiasem mó­wiąc, na jego prasie w War­szawie wy­dru­ko­wano po raz pierwszy „Od­prawę po­słów grec­kich” Jana Ko­cha­now­skiego. Przy­pu­ścił go do herbu Je­lita wielki kanc­lerz i hetman ko­ronny Jan Za­moyski.
 No­bi­lami zo­stali po­tom­kowie kra­kow­skich Szar­fen­bergów, szlach­cicem był Rafał Skrzetuski-​Hoffhalter — dru­karz w Au­strii i na Wę­grzech, także Cy­prian Ba­zylik — kom­po­zytor [rów­nież poeta; przyp. red.] i wła­ści­ciel dru­karni, Sta­ni­sław Koc­my­rzowski no­bi­li­to­wany przez ce­sarza Le­opolda I w Wiedniu oraz kilku in­nych przed­sta­wi­cieli na­szej pro­fesji.
 Stąd wła­śnie nazwa — to­wa­rzysz. Na po­do­bień­stwo np. to­wa­rzyszy pan­cer­nych w hu­sarii, albo też grona osób szla­chet­nych, którzy dru­karzy alias ty­po­grafów do­pusz­czali chętnie do swego to­wa­rzy­stwa.
 God­ność to­wa­rzysza sztuki dru­kar­skiej zdo­by­wało się ciężką, dłu­go­letnią pracą uwień­czoną aktem rze­mieśl­ni­czych „wy­zwolin” spod władzy drukarza-​pryncypała. Myślę że warto o tym przy­po­mnieć, bo po­dobne im­pon­de­ra­bilia zwią­zane z za­wo­dową dumą mieszczą się w sze­roko po­jętym etosie drukarstwa.

A więc upra­wiamy szla­chetny zawód. Ale czy dru­karski (ty­po­gra­ficzny) etos — po­dobnie, jak słowo „to­wa­rzysz” — nie zo­stał zbru­kany?

Etos może nie tyle zo­stał zbru­kany, co za­po­mniany. Zawód dru­karza, ty­po­grafa, od po­czątku swego ist­nienia od­bie­rany był jako swego ro­dzaju kul­tu­rowa misja. Dru­kar­stwo stało się spo­sobem re­je­stro­wania i prze­ka­zy­wania zdo­byczy cy­wi­li­zacji. Za­pew­niło mię­dzy­po­ko­le­niowy kon­takt in­te­lek­tu­alny. Druk dał lu­dziom no­wo­czesny sposób po­rząd­ko­wania myśli. Tempo pracy drukarsko-​wydawniczej po­zwala na bie­żąco re­agować w spra­wach po­li­tycz­nych, na­uko­wych, ar­ty­stycz­nych czy edu­ka­cyj­nych, a każda dzie­dzina wy­kształ­ciła sobie wła­ściwe formy pu­bli­kacji. Nie jest przy­pad­kiem, że np. Cen­tralny Ośrodek Badawczo-​Rozwojowy Prze­mysłu Po­li­gra­ficz­nego, w którym pra­cuję, pod­lega Mi­ni­ster­stwu Kul­tury i Dzie­dzictwa Na­ro­do­wego.
 Nawet jeśli po­pa­trzymy na po­li­grafię zwią­zaną z mar­ke­tin­gowym ob­szarem dzia­łania: dru­ko­wa­niem opa­kowań, ety­kiet, pro­spektów, fol­derów re­kla­mo­wych itp., mo­żemy do­strzec w niej na­rzę­dzie kre­owania gu­stów spo­łecz­nych, pre­fe­rencji es­te­tycz­nych, czy wręcz za­chowań mo­ral­nych.
 Pa­trzę jednak opty­mi­styczne w przy­szłość, bo chyba pięk­no­duchy nie dały się do końca po­konać wszech­ogar­nia­jącej ko­mercji. Dzia­łania wielu osób lub in­sty­tucji kra­jo­wych i za­gra­nicz­nych po­zwa­lają na taki optymizm.

Ale nie da się wrę­czyć etosu przy­szłym dru­ka­rzom czy ty­po­grafom razem ze świa­dec­twem ukoń­czenia szkół. To jest prze­cież zbiór za­chowań i wła­ściwy tylko dla członków śro­do­wiska sposób my­ślenia, któ­rego się czło­wiek uczy od swoich men­torów.

Myślę, że można po­kusić się o „wrę­czanie” etosu w szko­łach. Wszystko za­leży od na­uczy­cieli. Młody czło­wiek jest szcze­gólnie po­datny na su­ge­stie do­ty­czące za­chowań i życio­wych po­staw. Jego oso­bo­wość jest jeszcze czystą, nie­za­pi­saną kartą. Po­zba­wiony wzorców chłonie jak gąbka np. wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury. Jeśli jednak na­uczy­ciele nie będą po­tra­fili wy­zwolić sa­tys­fakcji z wy­ko­ny­wanej pracy i dumy z za­wodu, to oczy­wi­ście nic z tego nie bę­dzie.
 Zwróć uwagę, że obaj od­czu­wamy po­trzebę do­war­to­ścio­wania ty­po­grafii. Twoje py­tania i moje od­po­wiedzi są tego naj­lep­szym do­wodem. Prze­cież po­win­niśmy ra­czej roz­ma­wiać o li­ter­kach, ty­tu­la­riach i pa­gi­nach. A my co?

Wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury, a słowo na­uczy­ciela… An­drzeju, sam prze­cież cho­dziłeś na wa­gary. Co było bar­dziej in­te­re­su­jące — teoria (szkoła), czy prak­tyka (dru­karnia)? Gdzie z tym etosem się można było za­po­znać? Starzy maj­strowie nie wy­kła­dali go prze­cież zza biurka, a ra­czej sami go kul­ty­wo­wali. A nie by­wało też tak, że etos w dru­karzu się wy­czer­pywał i trzeba było go uzu­pełnić, po­pi­jając szkla­neczką?

Masz rację. Ja miałem w ro­zumie „na­uczy­ciela” w sensie ogól­niej­szym, ale w szkolnym kon­tek­ście wy­szło, jak wy­szło. Nie­mniej w moim tech­nikum było dwóch, trzech na­uczy­cieli, którzy wręcz za­ra­żali sza­cun­kiem i sym­patią dla za­wodu. Inż. Jan Barszcz, przed­wo­jenny ma­szy­nista ty­po­gra­ficzny, uczył ma­szy­no­znaw­stwa, a opo­wiadał nam o spo­tka­niach z nie­zwy­kłymi oso­bami w dru­karni (nawet o wie­wiórce bie­gnącej po pasie trans­mi­syjnym po­śpiesznej ma­szyny). Po­lo­nistka Zofia Cie­cha­nowska pod­po­wia­dała, gdzie są wy­stawy książek, im­prezy wy­daw­nicze, spo­tkania z au­to­rami. My­ślisz, że nie cho­dzi­liśmy? W ni­czym nam to nie prze­szka­dzało iść potem na mecz, na randkę albo na pry­watkę. Jan Jużda, na­uczy­ciel z ze­cerni, ho­łubił czcio­neczki i uczył wi­dzieć w nich coś więcej, niż ka­wałek brud­nego me­talu. Na fi­zyce, gdy była mowa o świetle i bar­wach, po­szliśmy do Za­chęty na film o cza­ro­waniu ko­lo­rami przez ma­larzy im­pre­sjo­nizmu. Itd., itd.
 Od na­uczy­cieli wiele za­leży. Nie twierdzę, że z mojej klasy wy­szli sami ar­tyści i mi­ło­śnicy czarnej sztuki. Jednak kilka du­szy­czek zo­stało zło­wio­nych na całe życie. Przy naj­bar­dziej brudnej ze­cer­skiej ro­bocie, albo przy mie­szaniu farby, przy myciu walców ma­szyny dru­kar­skiej, na­prawdę czu­liśmy się pra­cow­ni­kami kul­tury. Być może brzmi to gór­no­lotnie, ale tak bywa, gdy chce się wy­po­wie­dzieć, co się czuje.
 Mi­strzowie, starzy wy­ja­dacze w dru­kar­niach, to jeszcze inna sprawa. Wów­czas nie­którzy pa­mię­tali jeszcze przed­wo­jenne czasy, gdy Pan Zecer wy­cho­dził po wy­płacie z dru­karni ga­ze­towej i za­ma­wiał dwie do­rożki. W pierw­szej je­chała laska i me­lonik, a w dru­giej Pan Zecer. Oczy­wi­ście nie je­chał prosto do domu, ale do ulu­bio­nego lo­kalu, aby z ko­leż­kami po­krzepić się ja­kimś we­sołym na­pojem. Pa­no­wało bo­wiem ni­czym nie uza­sad­nione, a jednak po­wszechne mnie­manie, że al­kohol jest świetną od­trutką na tlenki ołowiu wdy­chane w znacz­nych daw­kach w dru­kar­niach. Znaczne dawki ołowiu wy­ma­gały znacz­nych dawek trunku.

Ręka rękę myje, a wszyscy je­dziemy na tym samym wózku. Być może ja­kieś po­czucie za­wo­dowej jed­ności jest nam po­trzebne. Tylko po co?

Nie lubię po­rze­kadła „ręka rękę myje”, bo ko­jarzy się z sitwą albo kliką. Na­to­miast wspól­nota in­te­resów pro­jek­tantów, dru­karzy, re­dak­torów czy mar­ke­tin­gowców jest faktem i wy­nika ze wspólnej pracy nad fi­nalnym pro­duktem.
 Dru­karz dru­karza czy pro­jek­tant pro­jek­tanta może trak­tować jako kon­ku­rencję za­gra­ża­jącą wła­snym in­te­resom. Za­wsze tak było i bę­dzie. Hi­storia walki o przy­wi­leje dru­kar­skie XVI-​wiecznych kra­kow­skich ty­po­grafów prze­ciwko he­ge­monii Hal­lera jest tego naj­lep­szym do­wodem. Jed­no­cze­śnie nie brak przy­kładów współ­pracy dru­karzy w tamtym okresie: wspól­nego ko­rzy­stania z za­sobów ty­po­gra­ficz­nych, mię­dzy­dru­kar­nia­nego współ­dzia­łania fa­chowców i ich pryn­cy­pałów.
 Nie ma zresztą po­trzeby sięgać do przy­kładów z tak od­le­głych czasów. Wiemy prze­cież, że dzi­siaj pra­cu­jemy tutaj, a jutro gdzie in­dziej, że za­kłady po­dej­mują ko­ope­rację, że ist­nieje sze­roka wy­miana do­świad­czeń po­przez kon­fe­rencje, se­mi­naria, targi, in­ternet, spo­tkania to­wa­rzy­skie. Nie ma więc sensu walka z in­nymi oraz kwasy i nie­chęć do osób dzia­ła­ją­cych w na­szej pro­fesji. Wcze­śniej czy póź­niej od­bija się to czkawką lub śro­do­wi­skowym ostracyzmem.

Przy­kłady do­brego i złego pro­jek­to­wana ty­po­gra­ficz­nego znaj­du­jemy niemal w każdym me­dium. Wszę­dzie, gdzie po­jawia się ja­ki­kol­wiek przekaz, za­zwy­czaj po­jawia się rów­nież tekst, a jeśli jest to tekst pi­sany (dru­ko­wany, wy­świe­tlany etc.) już mamy do czy­nienia z ty­po­grafią. Wy­daje się, że jest ona wszech­obecna, ale bardzo często igno­ro­wana. Wielu pro­jek­tantów we­szło do za­wodu przez ukoń­czenie szkoły wyż­szej, ale chyba większa część jest sa­mo­ukami. Dziś można zdo­bywać wiedzę o pro­jek­to­waniu np. w cza­so­pi­smach dla gra­fików czy róż­nych in­ter­ne­to­wych po­rad­ni­kach. Od czasu do czasu or­ga­ni­zo­wane są kon­fe­rencje albo warsz­taty pro­jek­towe, w któ­rych udział bywa bardzo kosz­towny. Jak i gdzie naj­le­piej zdo­bywać wiedzę na temat pro­jek­to­wania w ogóle? jak i gdzie na temat ty­po­grafii?

Ilość in­for­macji, jaka do­ciera do nas w dzi­siej­szych cza­sach osią­gnęła masę kry­tyczną. Coraz czę­ściej łapiemy się na omi­janiu wzro­kiem re­klam, wy­rzu­caniu nie­czy­ta­nych druków, „wy­łą­czaniu” swoich re­cep­torów w na­dziei na nieco spo­koju oraz aby ze­brać i usły­szeć własne myśli. Ale nic z tego! Oto przy­słali znowu SMS, mu­sisz spraw­dzić maile, do kibla i do łazienki bie­rzesz te­lefon, z te­le­wi­zora wrzeszczy gło­śniej emi­to­wana re­klama, itd., itd. Jeszcze pró­buję się z tym bo­rykać. Mam jednak ko­legów, którzy już się pod­dali i tylko od czasu do czasu, jak bły­ska­wica prze­la­tuje im myśl: Boże, jeszcze kilka lat temu czy­tałem Kon­wic­kiego i Hegla, a teraz we łbie noszę błoto.
 Pi­szesz o złej i do­brej ty­po­grafii wokół nas. Tak jest. Za­wsze było po­dobnie i naj­pew­niej długo bę­dzie. Bę­dzie zły ty­po­graf i dobry. Bę­dzie zły i dobry mu­rarz, zły le­karz i ko­nował. Ale ja sobie zro­biłem z ja­kości ty­po­grafii własną, pry­watną ma­szy­nerię se­lek­cyjną. Mia­no­wicie na­uczyłem się nie czytać nie­chluj­nych tek­stów i od­rzucać je, jak od­rzuca się pod­gniłe tru­skawki. Nadawca tek­sto­wego ko­mu­ni­katu, dla któ­rego wszystko jedno, że cu­dzy­słów w pol­skim tek­ście jest an­gielski, albo nie roz­różnia myśl­nika i łącznika, czy też pisze słowa po­spo­lite wielką li­terą a imiona własne małą, jest przeze mnie na wstępie „zwol­niony”. On nie pisze do mnie, ale do ja­kiegoś bez­ro­zum­nego plebsu. Do ludz­kiej tłuszczy, która po­dobnie jak on za­po­mniała już, czego uczono w pod­sta­wówce. Od­bieram to jako wci­skanie kitu lub czę­sto­wanie tek­stem nie­przy­go­to­wanym, a więc — naj­praw­do­po­dob­niej nie­wia­ry­godnym.
 Sza­cunek dla pisma tworzy ty­po­grafa. Trzeba zro­zu­mieć jego fe­nomen, do­strzegać piękno, znać i sto­sować za­sady pi­sowni, czuć ducha hi­storii pisma i no­wo­cze­sności. Bez użycia pisma, klu­czo­wego wy­na­lazku ziem­skiej cy­wi­li­zacji, nie sposób utrwalić żadnej głęb­szej myśli. Ob­raz­kami nie za­pi­szemy ani „Lo­ko­mo­tywy” Tu­wima, ani sta­ty­styki Bosego-​Einsteina, choćby nawet i Ca­ra­vaggio pi­nxit. Za­miast prze­czytać „ogary po­szły w las”, mo­żemy zo­ba­czyć w te­le­wi­zorze jak psy po­biegły do lasu. Nie sądzę więc, aby wszyscy twórcy książek i prasy dali się ze­pchnąć w pry­mi­ty­wizm po­pkul­tury. Albo le­piej: jedni dadzą się, inni nie.
 Ja już tego nie zo­baczę, ale Ty Ra­fale wraz z za­wo­do­wymi przy­ja­ciółmi (i ry­wa­lami) bę­dziesz two­rzył eli­tarną grupę osób czy­ta­ją­cych, upra­wia­ją­cych dobrą ty­po­grafię, czu­ją­cych tekst, szu­ka­ją­cych au­torów, którzy mają coś do po­wie­dzenia. Owa elita bę­dzie dość szczupła, ale bardzo zna­cząca. Nie­którzy z członków ota­cza­jącej Was ludz­kiej magmy ga­dże­ciarzy, czci­cieli ob­razka oraz po­spo­litej de­mo­kracji, w której więk­szo­ścią głosów ustala się, kto ma rację, będą usilnie sta­rali do­stać się do Wa­szej elity. Wów­czas jednak będą mu­sieli „wkupić się” płodem wła­snego ro­zumu za­pi­sanym na karcie pa­pieru. Spo­łecz­ność rodem z Ga­lak­tyki Gu­ten­berga zde­cy­do­wanie się skurczy i naj­praw­do­po­dob­niej książka, ga­zeta czy in­te­lek­tu­alne cza­so­pismo, będą eks­klu­zywnym to­warem sprze­da­wanym w czymś na kształt ga­lerii albo gaju Aka­de­mosa. Bę­dzie tam przy­jemnie, a w swoim gronie znaj­dziecie roz­rywkę i szczę­ście.
 A gdzie się uczyć? Jeśli komuś nie wy­star­czają kra­jowe szkoły, im­prezy warsz­ta­towe i se­mi­na­ryjne oraz do­stępna li­te­ra­tura, nie ma pro­blemu. Zür­cher Hoch­schule der Künste albo Créa­tion Ty­po­gra­phique w pa­ry­skiej École Es­tienne pra­cują nie bojąc się mod­nego hasła „No fu­ture book”. Trzeba po­znać język i je­chać po naukę. Wszystko jedno który: an­gielski, nie­miecki, fran­cuski, włoski czy czeski, bo szkół w Eu­ropie dostatek.