Rozmowa z Andrzejem T. Spotkanie trzecie, ostatnie

Trze­cie spo­tka­nie koń­czy cykl. Czy typo­gra­fia jest czę­ścią nasze­go życia? Czy jest waż­na? Na czym pole­ga jej zna­cze­nie? Sty­ka­my się z nią na co dzień, ale czy ją doce­nia­my lub choć­by dostrze­ga­my? Mam nadzie­ję, że wszyst­ko, o czym z Andrze­jem Toma­szew­skim mówi­li­śmy, sta­no­wi jakąś pomoc dla pro­jek­tan­tów, a przy­naj­mniej inspi­ra­cję.

Andrzej Tomaszewski

Fot. Andrzej Ody­niec

Czy ist­nie­je ety­ka zawo­do­wa typo­gra­fa?

Oczy­wi­ście, podob­nie jak w każ­dej pro­fe­sji. Jeże­li okre­śli­my typo­gra­fa, jako oso­bę zaj­mu­ją­cą się pro­jek­to­wa­niem i przy­go­to­wa­niem do dru­ku (lub inne­go upo­wszech­nie­nia) publi­ka­cji, to jego zacho­wa­nia etycz­ne doty­czą głów­nie trzech rela­cji mię­dzy­ludz­kich:
1) pomię­dzy typo­gra­fem a auto­rem-nadawcą opra­co­wy­wa­ne­go komu­ni­ka­tu (tre­ści tek­sto­wej lub iko­no­gra­ficz­nej);
2) typo­gra­fem a odbior­cą komu­ni­ka­tu, czy­li czy­tel­ni­kiem tre­ści;
3) wresz­cie rela­cji z dru­ka­rzem jako wytwór­cą publi­ka­cji na pod­sta­wie pra­cy typo­gra­fa.

Świa­do­mie pomi­jam tu wszel­kie kwe­stie zwią­za­ne z rela­cją zle­ce­nio­daw­ca–zle­ce­niobior­ca, ponie­waż regu­lo­wa­ne są odpo­wied­ni­mi prze­pi­sa­mi praw­ny­mi oraz umo­wa­mi o dzie­ło. Rów­nież pro­ble­ma­ty­ka pra­wa autor­skie­go lub paten­to­we­go jest sze­ro­ko opi­sa­na w lite­ra­tu­rze praw­no-zawo­do­wej. Skup­my się więc na wyżej wymie­nio­nych trzech punk­tach.

Ad 1) Impe­ra­tyw moral­ny spro­wa­dza się do tego, że podej­mu­jąc się opra­co­wa­nia komu­ni­ka­tu (ulot­ki rekla­mo­wej, arty­ku­łu nauko­we­go, arku­sza poetyc­kie­go, książ­ki tele­fo­nicz­nej, pro­gra­mu teatral­ne­go, bile­tu na mecz, legi­ty­ma­cji par­tyj­nej czy inne­go dru­ku) mamy obo­wią­zek dogłęb­nie poznać inten­cje auto­ra i jego ocze­ki­wa­nia. Prze­ko­ny­wa­nie auto­ra-nadawcy komu­ni­ka­tu do wła­snych kon­cep­cji este­tycz­nych i wizu­al­nych ma swo­je gra­ni­ce. Nie moż­na przy­go­to­wy­wać publi­ka­cji wbrew woli nadaw­cy. Zbyt czę­sto bywa, że powsta­je pro­dukt, w któ­rym prze­sta­je on być auto­rem prze­ka­zy­wa­nej tre­ści lub to, co chciał prze­ka­zać, ule­ga defor­ma­cji.

Ad 2) Koń­co­wy odbior­ca tre­ści, a więc jej czy­tel­nik, nigdy nie powi­nien umknąć uwa­dze pro­jek­tan­ta. Naj­prost­sza i w mia­rę jasna jest tu kwe­stia nie­utrud­nia­nia per­cep­cji komu­ni­ka­tu, a więc zacho­wa­nia walo­rów czy­tel­no­ści, roz­po­zna­wal­no­ści i rze­mieśl­ni­czej jako­ści publi­ka­cji. Nato­miast są spra­wy, któ­re musi­my roz­wa­żać we wła­snym sumie­niu. Nale­żą do nich np.: opra­co­wy­wa­nie tre­ści fał­szy­wych lub wąt­pli­wych moral­nie, uczest­nic­two w oszu­stwach poli­tycz­nych lub mar­ke­tin­go­wych, anty­edu­ka­cja este­tycz­na i pro­pa­go­wa­nie kiczu — z takich decy­zji żaden pro­jek­tant nie może czuć się zwol­nio­ny. Sam wybie­ra: dochód czy rezy­gna­cja z socjo­tech­nicz­nej bla­gi, pie­nią­dze na ubra­nie dla dziec­ka czy odrzu­ce­nie pro­po­zy­cji łama­nia por­no­sa, faj­ne waka­cje czy odmo­wa pro­duk­cji ulo­tek pira­mi­dy finan­so­wej. Ale podob­ne decy­zje są, rzecz jasna, udzia­łem ludzi wie­lu zawo­dów.

Ad 3) Do nie­daw­na spra­wa była jasna — całe przy­go­to­wa­nie pro­duk­cji odby­wa­ło się w dru­kar­ni i poli­graf… jak sobie poście­lił, tak się wyspał. Dzi­siaj pra­cą w dru­kar­ni „rzą­dzą” przy­go­to­wa­ne przez nas pli­ki post­scrip­to­we, pede­efy, instruk­cje szcze­gó­ło­we i wszel­kie wyma­ga­nia pocho­dzą­ce spo­za dru­kar­ni. Jest rze­czą bar­dzo waż­ną, aby zacho­wać odpo­wied­nie sto­sun­ki inter­per­so­nal­ne z tech­no­lo­ga­mi dru­karń i inny­mi pra­cow­ni­ka­mi poli­gra­fii, kon­sul­to­wać spra­wy trud­ne, wspól­nie podej­mo­wać kło­po­tli­we tech­no­lo­gicz­nie decy­zje itp. Oczy­wi­ście nie zna­czy to, aby rezy­gno­wać z wyma­gań jako­ścio­wych lub prób wpro­wa­dze­nia jakiejś inno­wa­cji. Niby zro­zu­mia­ła, ludz­ka spra­wa, a jed­nak powszech­ne są z jed­nej i dru­giej stro­ny zacho­wa­nia peł­ne pre­ten­sji, zło­śli­wo­ści i irra­cjo­nal­nych postaw w rodza­ju: na złość mamie odmro­żę sobie uszy.

Zasta­na­wiam się, czy moż­na mówić o eto­sie śro­do­wi­ska typo­gra­fów. Myślę, że jest on ści­śle zwią­za­ny z wie­lo­wie­ko­wym zna­cze­niem dru­kar­skiej pro­fe­sji. W dru­kar­skich spra­wach ist­nie­je etos zawo­du, w inter­ne­to­wych jesz­cze się nie wykształ­cił.

Etos. Wie­lu pro­jek­tan­tów — ba, wie­lu dru­ka­rzy — nie ma o nim poję­cia. Kie­dyś pra­wo nazy­wa­nia się towa­rzy­szem sztu­ki dru­kar­skiej było wyra­zem dumy i odpo­wie­dzial­no­ści. Dru­karz-typograf był zobo­wią­za­ny… No wła­śnie, czy etos upa­da? Możesz go jesz­cze bar­dziej przy­bli­żyć?

Bar­tosz Paproc­ki: Her­by rycer­stwa pol­skie­go, Kra­ków 1584

Jest ars mię­dzy inszy­mi taka, iż nie tyl­ko ple­be­ium,
ale vere ipsum nobi­lem nie szka­ra­dzi.

O kim tak pięk­nie mówił zna­ko­mi­ty szes­na­sto­wiecz­ny pol­sko-czeski heral­dyk? O nas! O dru­ka­rzach mia­no­wi­cie (w pierw­szych wie­kach dru­kar­stwa łac. typo­gra­phus = dru­karz). Pisał to już ponad sto lat po uru­cho­mie­niu ofi­cy­ny mogunc­kie­go miesz­cza­ni­na Johan­ne­sa Guten­ber­ga.

Szla­chet­nie uro­dzo­nym honor nie pozwa­lał parać się rze­mio­słem. Podob­ne zaję­cie gro­zi­ło wręcz utra­tą szla­chec­twa. Nobi­les byli człon­ka­mi rycer­skie­go sta­nu i mogli tru­dzić się tyl­ko w mili­tar­nej potrze­bie albo zarzą­dzać mająt­kiem. Tym­cza­sem w XVI stu­le­ciu — zło­tym wie­ku pol­skie­go dru­kar­stwa — znaj­du­je­my przy­kła­dy wynie­sie­nia ple­be­ju­szy do sta­nu szla­chec­kie­go, wła­śnie spo­śród gro­na dru­ka­rzy.

Naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nym przy­kła­dem jest nobi­li­ta­cja Jana Łaza­rzo­wi­ca-Januszow­skie­go, byłe­go sekre­ta­rza kró­lew­skie­go Zyg­mun­ta Augu­sta, huma­ni­sty i twór­cy ory­gi­nal­ne­go kro­ju czcio­nek — Nowe­go karak­te­ru pol­skie­go. Syn dru­ka­rza Łaza­rza Andry­so­wi­ca został dzie­dzi­cem słyn­nej kra­kow­skiej Ofi­cy­ny Łaza­rzo­wej — kon­ty­nu­ują­cej tra­dy­cje warsz­ta­tu rene­san­so­we­go typo­gra­fa Hie­ro­ni­ma Wie­to­ra. Na sej­mie w 1588 roku Janu­szow­ski uzy­skał indy­ge­nat szla­chec­ki wraz z her­bem Kło­śnik (Rola), a dwa lata póź­niej od Zyg­mun­ta III Wazy tytuł Archi­ty­po­gra­fa wraz z przy­wi­le­ja­mi.

Mamy też inne przy­pad­ki. Uszlach­co­no Walen­te­go Łap­kę-Łap­czyńskie­go, któ­ry tło­czył w dru­kar­ni wędrow­nej (tzw. lata­ją­cej), towa­rzy­szą­cej wypra­wom wojen­nym Ste­fa­na Bato­re­go. Łap­ka w potrze­bie porzu­cał swo­je czcion­ki i chwy­tał za oręż. Nawia­sem mówiąc, na jego pra­sie w War­sza­wie wydru­ko­wa­no po raz pierw­szy „Odpra­wę posłów grec­kich” Jana Kocha­now­skie­go. Przy­pu­ścił go do her­bu Jeli­ta wiel­ki kanc­lerz i het­man koron­ny Jan Zamoy­ski.

Nobi­la­mi zosta­li potom­ko­wie kra­kow­skich Szar­fen­ber­gów, szlach­ci­cem był Rafał Skrze­tu­ski-Hoffhal­ter — dru­karz w Austrii i na Węgrzech, tak­że Cyprian Bazy­lik — kom­po­zy­tor [rów­nież poeta; przyp. red.] i wła­ści­ciel dru­kar­ni, Sta­ni­sław Koc­my­rzow­ski nobi­li­to­wa­ny przez cesa­rza Leopol­da I w Wied­niu oraz kil­ku innych przed­sta­wi­cie­li naszej pro­fe­sji.

Stąd wła­śnie nazwa — towa­rzysz. Na podo­bień­stwo np. towa­rzy­szy pan­cer­nych w husa­rii, albo też gro­na osób szla­chet­nych, któ­rzy dru­ka­rzy alias typo­gra­fów dopusz­cza­li chęt­nie do swe­go towa­rzy­stwa.

God­ność towa­rzy­sza sztu­ki dru­kar­skiej zdo­by­wa­ło się cięż­ką, dłu­go­let­nią pra­cą uwień­czo­ną aktem rze­mieśl­ni­czych „wyzwo­lin” spod wła­dzy dru­ka­rza-pryncypa­ła. Myślę że war­to o tym przy­po­mnieć, bo podob­ne impon­de­ra­bi­lia zwią­za­ne z zawo­do­wą dumą miesz­czą się w sze­ro­ko poję­tym eto­sie dru­kar­stwa.

A więc upra­wia­my szla­chet­ny zawód. Ale czy dru­kar­ski (typo­gra­ficz­ny) etos — podob­nie, jak sło­wo „towa­rzysz” — nie został zbru­ka­ny?

Etos może nie tyle został zbru­ka­ny, co zapo­mnia­ny. Zawód dru­ka­rza, typo­gra­fa, od począt­ku swe­go ist­nie­nia odbie­ra­ny był jako swe­go rodza­ju kul­tu­ro­wa misja. Dru­kar­stwo sta­ło się spo­so­bem reje­stro­wa­nia i prze­ka­zy­wa­nia zdo­by­czy cywi­li­za­cji. Zapew­ni­ło mię­dzy­po­ko­le­nio­wy kon­takt inte­lek­tu­al­ny. Druk dał ludziom nowo­cze­sny spo­sób porząd­ko­wa­nia myśli. Tem­po pra­cy dru­kar­sko-wydawniczej pozwa­la na bie­żą­co reago­wać w spra­wach poli­tycz­nych, nauko­wych, arty­stycz­nych czy edu­ka­cyj­nych, a każ­da dzie­dzi­na wykształ­ci­ła sobie wła­ści­we for­my publi­ka­cji. Nie jest przy­pad­kiem, że np. Cen­tral­ny Ośro­dek Badaw­czo-Rozwojo­wy Prze­my­słu Poli­gra­ficz­ne­go, w któ­rym pra­cu­ję, pod­le­ga Mini­ster­stwu Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Naro­do­we­go.

Nawet jeśli popa­trzy­my na poli­gra­fię zwią­za­ną z mar­ke­tin­go­wym obsza­rem dzia­ła­nia: dru­ko­wa­niem opa­ko­wań, ety­kiet, pro­spek­tów, fol­de­rów rekla­mo­wych itp., może­my dostrzec w niej narzę­dzie kre­owa­nia gustów spo­łecz­nych, pre­fe­ren­cji este­tycz­nych, czy wręcz zacho­wań moral­nych.

Patrzę jed­nak opty­mi­stycz­ne w przy­szłość, bo chy­ba pięk­no­du­chy nie dały się do koń­ca poko­nać wszech­ogar­nia­ją­cej komer­cji. Dzia­ła­nia wie­lu osób lub insty­tu­cji kra­jo­wych i zagra­nicz­nych pozwa­la­ją na taki opty­mizm.

Ale nie da się wrę­czyć eto­su przy­szłym dru­ka­rzom czy typo­gra­fom razem ze świa­dec­twem ukoń­cze­nia szkół. To jest prze­cież zbiór zacho­wań i wła­ści­wy tyl­ko dla człon­ków śro­do­wi­ska spo­sób myśle­nia, któ­re­go się czło­wiek uczy od swo­ich men­to­rów.

Myślę, że moż­na poku­sić się o „wrę­cza­nie” eto­su w szko­łach. Wszyst­ko zale­ży od nauczy­cie­li. Mło­dy czło­wiek jest szcze­gól­nie podat­ny na suge­stie doty­czą­ce zacho­wań i życio­wych postaw. Jego oso­bo­wość jest jesz­cze czy­stą, nie­za­pi­sa­ną kar­tą. Pozba­wio­ny wzor­ców chło­nie jak gąb­ka np. wzor­ce rówie­śni­czej sub­kul­tu­ry. Jeśli jed­nak nauczy­cie­le nie będą potra­fi­li wyzwo­lić satys­fak­cji z wyko­ny­wa­nej pra­cy i dumy z zawo­du, to oczy­wi­ście nic z tego nie będzie.

Zwróć uwa­gę, że obaj odczu­wa­my potrze­bę dowar­to­ścio­wa­nia typo­gra­fii. Two­je pyta­nia i moje odpo­wie­dzi są tego naj­lep­szym dowo­dem. Prze­cież powin­ni­śmy raczej roz­ma­wiać o liter­kach, tytu­la­riach i pagi­nach. A my co?

Wzor­ce rówie­śni­czej sub­kul­tu­ry, a sło­wo nauczy­cie­la… Andrze­ju, sam prze­cież cho­dzi­łeś na waga­ry. Co było bar­dziej inte­re­su­ją­ce — teo­ria (szko­ła), czy prak­ty­ka (dru­kar­nia)? Gdzie z tym eto­sem się moż­na było zapo­znać? Sta­rzy maj­stro­wie nie wykła­da­li go prze­cież zza biur­ka, a raczej sami go kul­ty­wo­wa­li. A nie bywa­ło też tak, że etos w dru­ka­rzu się wyczer­py­wał i trze­ba było go uzu­peł­nić, popi­ja­jąc szkla­necz­ką?

Masz rację. Ja mia­łem w rozu­mie „nauczy­cie­la” w sen­sie ogól­niej­szym, ale w szkol­nym kon­tek­ście wyszło, jak wyszło. Nie­mniej w moim tech­ni­kum było dwóch, trzech nauczy­cie­li, któ­rzy wręcz zara­ża­li sza­cun­kiem i sym­pa­tią dla zawo­du. Inż. Jan Barszcz, przed­wo­jen­ny maszy­ni­sta typo­gra­ficz­ny, uczył maszy­no­znaw­stwa, a opo­wia­dał nam o spo­tka­niach z nie­zwy­kły­mi oso­ba­mi w dru­kar­ni (nawet o wie­wiór­ce bie­gną­cej po pasie trans­mi­syj­nym pośpiesz­nej maszy­ny). Polo­nist­ka Zofia Cie­cha­now­ska pod­po­wia­da­ła, gdzie są wysta­wy ksią­żek, impre­zy wydaw­ni­cze, spo­tka­nia z auto­ra­mi. Myślisz, że nie cho­dzi­li­śmy? W niczym nam to nie prze­szka­dza­ło iść potem na mecz, na rand­kę albo na pry­wat­kę. Jan Już­da, nauczy­ciel z zecer­ni, hołu­bił czcio­necz­ki i uczył widzieć w nich coś wię­cej, niż kawa­łek brud­ne­go meta­lu. Na fizy­ce, gdy była mowa o świe­tle i bar­wach, poszli­śmy do Zachę­ty na film o cza­ro­wa­niu kolo­ra­mi przez mala­rzy impre­sjo­ni­zmu. Itd., itd.

Od nauczy­cie­li wie­le zale­ży. Nie twier­dzę, że z mojej kla­sy wyszli sami arty­ści i miło­śni­cy czar­nej sztu­ki. Jed­nak kil­ka duszy­czek zosta­ło zło­wio­nych na całe życie. Przy naj­bar­dziej brud­nej zecer­skiej robo­cie, albo przy mie­sza­niu far­by, przy myciu wal­ców maszy­ny dru­kar­skiej, napraw­dę czu­li­śmy się pra­cow­ni­ka­mi kul­tu­ry. Być może brzmi to gór­no­lot­nie, ale tak bywa, gdy chce się wypo­wie­dzieć, co się czu­je.

Mistrzo­wie, sta­rzy wyja­da­cze w dru­kar­niach, to jesz­cze inna spra­wa. Wów­czas nie­któ­rzy pamię­ta­li jesz­cze przed­wo­jen­ne cza­sy, gdy Pan Zecer wycho­dził po wypła­cie z dru­kar­ni gaze­to­wej i zama­wiał dwie doroż­ki. W pierw­szej jecha­ła laska i melo­nik, a w dru­giej Pan Zecer. Oczy­wi­ście nie jechał pro­sto do domu, ale do ulu­bio­ne­go loka­lu, aby z koleż­ka­mi pokrze­pić się jakimś weso­łym napo­jem. Pano­wa­ło bowiem niczym nie uza­sad­nio­ne, a jed­nak powszech­ne mnie­ma­nie, że alko­hol jest świet­ną odtrut­ką na tlen­ki oło­wiu wdy­cha­ne w znacz­nych daw­kach w dru­kar­niach. Znacz­ne daw­ki oło­wiu wyma­ga­ły znacz­nych dawek trun­ku.

Ręka rękę myje, a wszy­scy jedzie­my na tym samym wóz­ku. Być może jakieś poczu­cie zawo­do­wej jed­no­ści jest nam potrzeb­ne. Tyl­ko po co?

Nie lubię porze­ka­dła „ręka rękę myje”, bo koja­rzy się z sitwą albo kli­ką. Nato­miast wspól­no­ta inte­re­sów pro­jek­tan­tów, dru­ka­rzy, redak­to­rów czy mar­ke­tin­gow­ców jest fak­tem i wyni­ka ze wspól­nej pra­cy nad final­nym pro­duk­tem.

Dru­karz dru­ka­rza czy pro­jek­tant pro­jek­tan­ta może trak­to­wać jako kon­ku­ren­cję zagra­ża­ją­cą wła­snym inte­re­som. Zawsze tak było i będzie. Histo­ria wal­ki o przy­wi­le­je dru­kar­skie XVI-wiecznych kra­kow­skich typo­gra­fów prze­ciw­ko hege­mo­nii Hal­le­ra jest tego naj­lep­szym dowo­dem. Jed­no­cze­śnie nie brak przy­kła­dów współ­pra­cy dru­ka­rzy w tam­tym okre­sie: wspól­ne­go korzy­sta­nia z zaso­bów typo­gra­ficz­nych, mię­dzy­dru­kar­nia­ne­go współ­dzia­ła­nia fachow­ców i ich pryn­cy­pa­łów.

Nie ma zresz­tą potrze­by się­gać do przy­kła­dów z tak odle­głych cza­sów. Wie­my prze­cież, że dzi­siaj pra­cu­je­my tutaj, a jutro gdzie indziej, że zakła­dy podej­mu­ją koope­ra­cję, że ist­nie­je sze­ro­ka wymia­na doświad­czeń poprzez kon­fe­ren­cje, semi­na­ria, tar­gi, inter­net, spo­tka­nia towa­rzy­skie. Nie ma więc sen­su wal­ka z inny­mi oraz kwa­sy i nie­chęć do osób dzia­ła­ją­cych w naszej pro­fe­sji. Wcze­śniej czy póź­niej odbi­ja się to czkaw­ką lub śro­do­wi­sko­wym ostra­cy­zmem.

Przy­kła­dy dobre­go i złe­go pro­jek­to­wa­na typo­gra­ficz­ne­go znaj­du­je­my nie­mal w każ­dym medium. Wszę­dzie, gdzie poja­wia się jaki­kol­wiek prze­kaz, zazwy­czaj poja­wia się rów­nież tekst, a jeśli jest to tekst pisa­ny (dru­ko­wa­ny, wyświe­tla­ny etc.) już mamy do czy­nie­nia z typo­gra­fią. Wyda­je się, że jest ona wszech­obec­na, ale bar­dzo czę­sto igno­ro­wa­na. Wie­lu pro­jek­tan­tów weszło do zawo­du przez ukoń­cze­nie szko­ły wyż­szej, ale chy­ba więk­sza część jest samo­uka­mi. Dziś moż­na zdo­by­wać wie­dzę o pro­jek­to­wa­niu np. w cza­so­pi­smach dla gra­fi­ków czy róż­nych inter­ne­to­wych porad­ni­kach. Od cza­su do cza­su orga­ni­zo­wa­ne są kon­fe­ren­cje albo warsz­ta­ty pro­jek­to­we, w któ­rych udział bywa bar­dzo kosz­tow­ny. Jak i gdzie naj­le­piej zdo­by­wać wie­dzę na temat pro­jek­to­wa­nia w ogó­le? jak i gdzie na temat typo­gra­fii?

Ilość infor­ma­cji, jaka docie­ra do nas w dzi­siej­szych cza­sach osią­gnę­ła masę kry­tycz­ną. Coraz czę­ściej łapie­my się na omi­ja­niu wzro­kiem reklam, wyrzu­ca­niu nie­czy­ta­nych dru­ków, „wyłą­cza­niu” swo­ich recep­to­rów w nadziei na nie­co spo­ko­ju oraz aby zebrać i usły­szeć wła­sne myśli. Ale nic z tego! Oto przy­sła­li zno­wu SMS, musisz spraw­dzić maile, do kibla i do łazien­ki bie­rzesz tele­fon, z tele­wi­zo­ra wrzesz­czy gło­śniej emi­to­wa­na rekla­ma, itd., itd. Jesz­cze pró­bu­ję się z tym bory­kać. Mam jed­nak kole­gów, któ­rzy już się pod­da­li i tyl­ko od cza­su do cza­su, jak bły­ska­wi­ca prze­la­tu­je im myśl: Boże, jesz­cze kil­ka lat temu czy­ta­łem Kon­wic­kie­go i Hegla, a teraz we łbie noszę bło­to.

Piszesz o złej i dobrej typo­gra­fii wokół nas. Tak jest. Zawsze było podob­nie i naj­pew­niej dłu­go będzie. Będzie zły typo­graf i dobry. Będzie zły i dobry murarz, zły lekarz i kono­wał. Ale ja sobie zro­bi­łem z jako­ści typo­gra­fii wła­sną, pry­wat­ną maszy­ne­rię selek­cyj­ną. Mia­no­wi­cie nauczy­łem się nie czy­tać nie­chluj­nych tek­stów i odrzu­cać je, jak odrzu­ca się pod­gni­łe tru­skaw­ki. Nadaw­ca tek­sto­we­go komu­ni­ka­tu, dla któ­re­go wszyst­ko jed­no, że cudzy­słów w pol­skim tek­ście jest angiel­ski, albo nie roz­róż­nia myśl­ni­ka i łącz­ni­ka, czy też pisze sło­wa pospo­li­te wiel­ką lite­rą a imio­na wła­sne małą, jest prze­ze mnie na wstę­pie „zwol­nio­ny”. On nie pisze do mnie, ale do jakie­goś bez­ro­zum­ne­go pleb­su. Do ludz­kiej tłusz­czy, któ­ra podob­nie jak on zapo­mnia­ła już, cze­go uczo­no w pod­sta­wów­ce. Odbie­ram to jako wci­ska­nie kitu lub czę­sto­wa­nie tek­stem nie­przy­go­to­wa­nym, a więc — naj­praw­do­po­dob­niej nie­wia­ry­god­nym.

Sza­cu­nek dla pisma two­rzy typo­gra­fa. Trze­ba zro­zu­mieć jego feno­men, dostrze­gać pięk­no, znać i sto­so­wać zasa­dy pisow­ni, czuć ducha histo­rii pisma i nowo­cze­sno­ści. Bez uży­cia pisma, klu­czo­we­go wyna­laz­ku ziem­skiej cywi­li­za­cji, nie spo­sób utrwa­lić żad­nej głęb­szej myśli. Obraz­ka­mi nie zapi­sze­my ani „Loko­mo­ty­wy” Tuwi­ma, ani sta­ty­sty­ki Bose­go-Einste­ina, choć­by nawet i Cara­vag­gio pinxit. Zamiast prze­czy­tać „oga­ry poszły w las”, może­my zoba­czyć w tele­wi­zo­rze jak psy pobie­gły do lasu. Nie sądzę więc, aby wszy­scy twór­cy ksią­żek i pra­sy dali się zepchnąć w pry­mi­ty­wizm popkul­tu­ry. Albo lepiej: jed­ni dadzą się, inni nie.

Ja już tego nie zoba­czę, ale Ty Rafa­le wraz z zawo­do­wy­mi przy­ja­ciół­mi (i rywa­la­mi) będziesz two­rzył eli­tar­ną gru­pę osób czy­ta­ją­cych, upra­wia­ją­cych dobrą typo­gra­fię, czu­ją­cych tekst, szu­ka­ją­cych auto­rów, któ­rzy mają coś do powie­dze­nia. Owa eli­ta będzie dość szczu­pła, ale bar­dzo zna­czą­ca. Nie­któ­rzy z człon­ków ota­cza­ją­cej Was ludz­kiej mag­my gadże­cia­rzy, czci­cie­li obraz­ka oraz pospo­li­tej demo­kra­cji, w któ­rej więk­szo­ścią gło­sów usta­la się, kto ma rację, będą usil­nie sta­ra­li dostać się do Waszej eli­ty. Wów­czas jed­nak będą musie­li „wku­pić się” pło­dem wła­sne­go rozu­mu zapi­sa­nym na kar­cie papie­ru. Spo­łecz­ność rodem z Galak­ty­ki Guten­ber­ga zde­cy­do­wa­nie się skur­czy i naj­praw­do­po­dob­niej książ­ka, gaze­ta czy inte­lek­tu­al­ne cza­so­pi­smo, będą eks­klu­zyw­nym towa­rem sprze­da­wa­nym w czymś na kształt gale­rii albo gaju Aka­de­mo­sa. Będzie tam przy­jem­nie, a w swo­im gro­nie znaj­dzie­cie roz­ryw­kę i szczę­ście.

A gdzie się uczyć? Jeśli komuś nie wystar­cza­ją kra­jo­we szko­ły, impre­zy warsz­ta­to­we i semi­na­ryj­ne oraz dostęp­na lite­ra­tu­ra, nie ma pro­ble­mu. Zür­cher Hoch­schu­le der Kün­ste albo Créa­tion Typo­gra­phi­que w pary­skiej Éco­le Estien­ne pra­cu­ją nie bojąc się mod­ne­go hasła „No futu­re book”. Trze­ba poznać język i jechać po naukę. Wszyst­ko jed­no któ­ry: angiel­ski, nie­miec­ki, fran­cu­ski, wło­ski czy cze­ski, bo szkół w Euro­pie dosta­tek.

Skomentuj