Przychodzi baba do drukarza. Odcinek 3.

 — I co było dalej?

 — Gdzieś się spie­szy­ła. Nie zdą­ży­łem wyjść z zaple­cza, a ona już zni­kła.

 — Hy… prze­stra­szy­ła się.

 — Wró­ci­ła za godzi­nę z pozdro­wie­niem dru­kar­skim. Tak, Panie Metram­paż, to był dobry, ruski koniak. Kie­dyś tyl­ko tech­nicz­na z Robot­ni­czej go przy­no­si­ła na trze­cią zmia­nę. No a dziś…

 — Myśmy w Ruchu pili żyt­nią.

 — Żyt­nia — panie — to był chleb powsze­dni, ale na wyda­nie maga­zy­no­we Wie­sia wie­dzia­ła co przy­nieść, żeby było dobrze. U nas, w Pra­sie co czwar­tek mie­li­śmy świę­to. A teraz patrz pan — wszy­scy albo sie­dzą na ławecz­kach w par­ku, albo leżą w tych dębo­wych gar­ni­tur­kach.

 — No a Kazik? Prze­cież cał­kiem dobrze się trzy­ma.

 — Kazik jest mło­dy. Nie­daw­no miał dopie­ro pięć­dzie­siąt­kę, a jak szedł na offse­cia­rza, to był po trzy­dzie­st­ce. Teraz już nie jest pomoc­ni­kiem, tyl­ko maszy­ni­stą, a i tak led­wo zipie. Cza­sy się zmie­ni­ły i teraz chłop sam robi. Bez odbie­racz­ki, pomoc­ni­ków.

 — Niech pan nie prze­sa­dza, maszy­na sama robi!

 — Panie Metram­paż… dru­kar­nia, to nie tar­gi poli­gra­ficz­ne. Maszy­na Kazi­ka, to sta­ry, cze­ski rupieć. Arku­szów­ka pół­for­ma­to­wa, czte­ry kolo­ry — taka minia­tur­ka rolów­ki typo­gra­ficz­nej z Pra­sy.

 — Minia­tur­ka? No tak. A jak tam było dalej z Babą?

 — Było, jak było. Dokończ­my, co zaczę­li­śmy, a innym razem opo­wiem resz­tę.

Skomentuj