Przychodzi baba do drukarza. Odcinek 2.

 — Dzień dobry, Panie Metram­paż! Jak tam po urlo­pie?

 — A dzię­ku­ję, dzię­ku­ję. Rodzi­ny się tro­chę zje­cha­ło, trze­ba było świę­to­wać. A pęp­kó­wecz­ka jest.

 — Poszedł pan sobie, a ja bez szty­le­tu musia­łem czte­ry szes­nast­ki popra­wiać: kolum­na za kolum­ną!

 — O prze­pra­szam. Zapo­mnia­łem i w kie­sze­ni ponio­słem. To emo­cje. Wie pan, Panie Dru­karz, pierw­szy wnuk raz w życiu się rodzi.

 — Dobra, już sobie pora­dzi­łem — gdzie szklan­ki! — a wie pan, że Baba była?

 — Zno­wu?

 — Roz­le­waj pan, wszyst­ko panu opo­wiem.

 — Korek­ta, jak mam zro­bić korek­tę? Gdzie on to scho­wał?…

 — Dzień dobry, Panie Dru­ka­rzu!

 — O!… Dzień dobry. A jakież to złe wia­try znów ją przy­wia­ły?

 — Tam od razu wia­try, prze­pro­sić się przy­szłam… bo pan to chy­ba tro­chę umie, a ja muszę mieć ten pla­kat na jutro. No to prze­pra­szam, tro­chę się unio­słam.

 — Dobrze. To niech pocze­ka tutaj, muszę coś dokoń­czyć na zaple­czu. [pod nosem] Gdzie on pocho­wał wszyst­kie szty­le­ty? Chy­ba ją trze­ba będzie roz­wa­lić… No dobra, pora­dzę sobie klu­czem. [gło­śno] Jesz­cze moment!

 — Panie Dru­ka­rzu! [bla­da] Niech pan się tak nie śpie­szy!… Przyj­dę innym razem. Do widze­nia!

3 komentarze

Skomentuj