Właśnie dokończyłem czytanie książki, na którą czekałem przez ostatnią dekadę. Wydana w 1928 roku w Niemczech, w końcu doczekała się polskiej edycji — Jan Tschichold, «Nowa typografia. Podręcznik dla tworzących w duchu współczesności», Recto Verso 2011 — Martynie, bardzo ci za nią dziękuję. Nie ma żadnej przesady w tytule, mimo że napisano ją ponad osiemdziesiąt lat temu. Tschichold podaje treść nowoczesną i nową. Tak, nową. Wielu współczesnych dizajnerów nie projektuje w duchu współczesności, ponieważ go nie rozumie i nie ma o nim zielonego pojęcia. Dlatego, myślę, warto często czytać tę książkę. Oczywiście, część rozważań autora się już zdezaktualizowała — problem wyboru pomiędzy kliszą siatkową, a kreskową dziś nie istnieje, podobnie jak nie trzeba nikogo przekonywać do składania antykwą zamiast frakturą, ale kto potrafi wykazać wyższość układu asymetrycznego nad osiowym i właściwie go zastosować? Tego właśnie uczy nas Tschichold w «Nowej typografii». A właściwie nie. Uczy nas myślenia, projektowej logiki. Prowadzi czytelnika za rękę, tłumaczy potrzebę standaryzacji, omawia zagadnienia, pokazuje przykłady.
Istotą Nowej Typografii jest klarowność. Sytuuje ją to w świadomej opozycji do dawnej typografii, której celem było „piękno” i której klarowność nie osiąga wymaganego dziś maksimum.
Czyż typografia nie jest sztuką użytkową? — już słyszę chóralne «tak!», ale przyjęcie tego założenia pociąga za sobą konieczność projektowania podporządkowanego odbiorcom, z czego nie zawsze chcemy sobie zdać sprawę. To pomoc dla każdego, kto chciałby wyzwolić się z pieczołowicie dotychczas pielęgnowanego przez siebie kuriozalnego stylu. Kto nie czytał Tschicholda, jest zacofany — ta książka ma smak rewolucji.
Informacje o książce i zakupy Opracowanie graficzne: Jan Tschichold Tłumaczenie: Eliza Borg Redakcja: Weronika Spodenkiewicz i Martyn Kramek Format bloku A5, 240 stron Oprawa twarda w płótno, obwoluta PVC Recto Verso, Łódź 2011 ISBN978‑83‑930270‑7‑1
Zainspirowany krótkim wpisem Yvesa Petersa na blogu FontFeed, postanowiłem z grubsza opisać interesujący proces produkcji książki obowiązujący dawno temu w Ameryce, w dużej drukarni typograficznej, a pokazany w filmie „Making Books”, wydanym przez Encyclopaedia Britannica Films Inc. w 1947 roku (w tekście Yvesa polecam uwadze prośbę o wsparcie dzieła pt. „Linotype. The Film”). Zanim jednak trafimy do drukarni, zobaczymy pisarza. Pisarz w ówczesnych czasach pisał, jak to pisarz — prawda?
This man is an author. He writes stories.
Jest jakaś niezwykła magia w oryginalnej narracji. Przecież w kontekście autorskim «pisanie» oznacza przede wszystkim «wymyślanie». W XXI wieku rola pisarza się nie zmieniła i, zasadniczo, określa się tym mianem twórców wymyślających historie przeznaczone do prezentacji w formie tekstu. Ten tekst musi zostać w jakiś sposób utrwalony. Jak widać w pierwszej scenie, nasz autor korzysta z maszyny do pisania. Otóż przemysł wydawniczy domagał się od autora niegdyś rękopisu lub maszynopisu. Wynikła z tego taka implikacja, że pisarz-autor musiał być równocześnie zwykłym pisarzem biurowym (może nie zawsze, ale najczęściej). Natomiast dziś, autor jest kimś jeszcze więcej — pisarzem-składaczem — oczekuje się od niego pliku komputerowego z tekstem. Zawód ‹składacza› praktycznie wymarł. Mam na myśli nie tylko ‹zecera›, ale i ‹składacza komputerowego›. Jego obowiązki przejęli autorzy tekstów, redaktorzy, ‹łamacze› lub maszyny (jak np. systemy ‹optical character recognition›, ‹audio character recognition› itp.).
Na filmie Britanniki, maszynopis od pisarza wędruje do ‹linotypisty› — składacza pracującego na linotypie. ‹Linotyp› jest wyposażony w klawiaturę, jednak nie posiada żadnej elektroniki (skonstruowano go przecież w 1885 roku). W czasie składania, z magazynu uwalniane są kolejne matryce (miedziane) i kliny (stalowe). Uformowane w wiersze, stają się formą odlewniczą, w której zostaje odlany ‹wiersz linotypowy›. Natychmiast po odlaniu, matryce zostają rozmontowane i przekazane z powrotem do magazynu — całkowicie automatycznie. Odlew natomiast zostaje wypchnięty na ‹szuflę›, gdzie razem z innymi wierszami tworzy ‹szpaltę›. Ciekawostką są kliny wstawiane w miejscu spacji — w składzie linotypowym służą do automatycznego, mechanicznego justowania tekstu. Przed odlaniem wiersza, zostają dopchnięte do oporu, równomiernie powiększając ‹odstępy międzywyrazowe›. Szpalty trafiają do innego działu ‹zecerni›, gdzie zostaną ‹połamane› w ‹łamy› i ‹kolumny› przez ‹metrampaża›. Na filmie widać kolumny składające się z jednego łamu, jednak kolumny mogą być, oczywiście, też wielołamowe (jak w gazecie). Widzimy, jak nasz metrampaż wstawia (włamuje) ilustrację, oddzielając ją od tekstu dolną i górną interlinią. Nośnikiem tej ilustracji jest ‹klisza› cynkowa, wykonana metodą chemigraficzną w ‹trawialni› na blasze kilkumilimetrowej grubości. Aby uzyskać tę samą wysokość ‹materiału zecerskiego›, kliszę nakleja się na podkładzie drewnianym lub metalowym. W kilku następnych etapach Britannica pokazuje proces przygotowania ‹elektrotypów› (‹galwanotypów›). Cztery kolumny ‹składu› zostają zamknięte w ramie tworząc ‹formę pierwotną›, która służy do wykonania ‹formy pośredniej› — odcisku na sztywnej płycie pokrytej woskiem. Z niej uzyskuje się miedziane ‹formy wtórne› metodą elektrolizy. Proces opracowano w pierwszej połowie XVIII wieku. W Polsce częściej stosowano pokrewny, ale o ok. 100 lat starszy proces przygotowania tzw. ‹stereotypów›. Formę pośrednią stanowił odcisk w specjalnie spreparowanym kartonie lub odlew gipsowy. Jako formę wtórną, wykonywano odlew stalowy, żeliwny etc. Formy stereotypowe można przygotowywać w przekroju okrągłym, a więc technologia miała zastosowanie głównie w ‹druku rotacyjnym›. Ciekawostka: oba słowa — «stereotyp» i «klisza» — pochodzą właśnie ze slangu poligraficznego, przy czym jako kliszę należy rozumieć formę drukową bądź jej fragment, wykonany w jednolitym kawałku metalu. Tak więc można powiedzieć, że elektrotyp jest szczególną postacią stereotypu, a oba można też bardziej ogólnie nazwać «kliszą» (choć w Polsce utarło się odnosić to pojęcie przede wszystkim do klisz cynkowych). Stąd też nazywanie czegoś, co wychodzi z ‹naświetlarki› kliszą jest nieporozumieniem — chodzi o ‹film› (może być ‹diapozytywem› lub ‹negatywem›)! Technologia stereotypów ułatwiała i zmniejszała koszty druku wysokich nakładów oraz dodruków. Przy dodrukach dodatkowo przyspieszając realizację zamówienia (pominięty etap ponownego składu). Wracamy do filmu. W kolejnej scenie elektrotypowe kolumny zostają rozcięte i przekazane maszyniście, który przygotowuje z nich właściwą formę drukową — umieszcza każdą z nich w karetce formowej zgodnie z ‹rozkładem›. Widzimy tu maszynę ‹pełnoformatową›, zdolną drukować 64 kolumny na raz — licząc obie strony arkusza: 128 — co jest równe ośmiu ‹arkuszom drukarskim›! Kolejną maszyną w procesie powstawania książki jest ‹falcerka›, a właściwie linia do ‹falcowania›. Jej produktem są ‹legi›, nazywane też ‹składkami›, przekazane następnie do ‹zbierania›. Tu również widzimy nie tyle zwykłą ‹zbieraczkę›, co raczej dużą linię zbierającą. Kolejne etapy: ‹szycie› i cięcie ‹bloków›, po kilka na raz, na nietypowym ‹trójnożu›. W następnych scenach widzimy produkcję okładki: przycięcie tektury, połączenie jej z ‹oklejką› (okleiną), tłoczenie folią metaliczną i — w ostatniej — ‹zawieszanie› bloków (wkładów) — ‹okładkowanie›. Znakomita większość polskich drukarń ‹dziełowych› nigdy nie osiągnęła tak wysokiego uprzemysłowienia, jak ten, prezentowany przez Amerykanów w 1947 roku, choć były i takie, którym technologii zazdrościł cały blok komunistyczny. Dziś, niestety, w produkcji dziełowej jesteśmy wciąż (albo wtórnie) raczej zacofani.
Dziś informacji poszukuje się przede wszystkim w internecie. Problem w tym, że mogą być one przedstawione w sposób nieestetyczny lub zupełnie nieczytelny. Można sobie poradzić na kilka sposobów. Bardzo wiele stron www (szczególnie blogów) udostępnia dodatkowe kanały dystrybucji tekstu — RSS, nazywane też „kanałami feed”. Do odczytania potrzeba dedykowanego czytnika. Taki czytnik, to po prostu program, który może być zainstalowany jako osobna aplikacja w naszym systemie (FeedDemon, Feeddler, Reeder, RSS Bandit, RSSOwl), jako podprogram (funkcja) innego programu (Claws Mail, Mozilla Firefox, Mozilla Thunderbird, Opera) lub w chmurze, tzn. jako zdalna usługa, realizowana: a) przez serwis specjalizowany wyłącznie do obsługi RSS (np. Google Reader); b) jako jedna z wielu usług serwisu o bardzo szerokich możliwościach (np. Netvibes); c) za pośrednictwem zdalnego interfejsu w innym serwisie (np. Feedly, który dostarcza interfejs do Google Readera). Kiedy zostanie opublikowany nowy artykuł, protokół RSS przekazuje do czytników informację o publikacji. Jej najważniejsze składniki: URL serwisu, URL artykułu, tytuł; opcjonalnie: data publikacji, autor, zajawka, pełna treść artykułu. Sam program ma ponadto możliwość oznaczania artykułów flagami, jak np. przeczytane/nieprzeczytane czy ulubione. W niektórych czytnikach można też przyporządkować poszczególne źródła do folderów (co też realizowane jest za pomocą odpowiednich flag). Główna zaleta polega na tym, że ciężar kontrolowania źródeł pod kątem nowych treści, przejmuje czytnik RSS, stając się niejako naszym wirtualnym centrum informacyjnym. Zaleta dodatkowa, to ujednolicony sposób prezentowania tekstów (ew. treści innego rodzaju). Te czynniki przesądzają o słuszności korzystania z technologii RSS. Z jakiego typu czytnika lepiej korzystać? Nie znam punktu widzenia, który potrafiłby wykazać wyższość lokalnie zainstalowanego czytnika nad zdalną usługą, a więc lepiej w chmurze. Jeśli ktoś chce, może połączyć oba rozwiązania i zainstalować na swoim komputerze (telefonie, tablecie etc.) program, który będzie lokalnym interfejsem zdalnej usługi — czyli zamiast odbierać sygnały z wielu źródeł, będzie się łączył tylko z jednym. Wymienione wcześniej programy (FeedDemon, Feeddler, Reeder, RSS Bandit, RSSOwl) posiadają tę możliwość jako opcję lub, jak Feeddler, działają tylko na tej zasadzie. Przewagę chmury stanowi dostęp z wielu urządzeń i lokalizacji do tego samego zbioru informacji. Jeśli w pracy przeczytałem tylko dziesięć artykułów (bo szef miał mi za złe, że podwyższam swoje kwalifikacje) to czytam kolejnych dziesięć w tramwaju przez telefon, a pozostałe sto na tablecie w domu. Artykuły, które przeczytałem wcześniej, zostały oznaczone flagą «przeczytane», a więc nie muszę do nich wracać, jeśli nie chcę.
Google Reader Sztandarowym przykładem czytnika w chmurze jest Google Reader. Aby z niego korzystać, należy stworzyć konto — jeśli ktoś już posiada konto Google, wystarczy się zalogować i zaakceptować umowę na kolejną usługę. Interfejs jest dość prosty. Po lewej stronie znajduje się wąski panel z ważniejszymi odnośnikami i listą subskrybowanych kanałów, ewentualnie uporządkowanych w folderach. Można zmienić jego szerokość według własnego uznania. Prawą stronę zajmuje główny panel i przyklejona od góry belka z ważniejszymi poleceniami. W tym panelu znajduje się lista dostępnych artykułów ze źródła wskazanego po lewej stronie. Przyswojenie tego interfejsu pozostawiam zainteresowanym czytelnikom, pozwolę sobie tylko na dwie wskazówki: 1. Pomoc na temat skrótów klawiaturowych po wciśnięciu znaku zapytania — [shift]+[/] — pełna lista w języku angielskim w pomocy Google. 2. Ustawienia czytnika i zarządzanie subskrybowanymi kanałami. Jak wspomniałem wcześniej, treść całego artykułu w kanale RSS jest tylko opcją, zależną od woli publikujących. Możemy w czytniku otrzymać tylko zajawkę lub tylko tytuł (oczywiście z linkiem do oryginalnego tekstu). Bywa, że takie obostrzenie, z powodu typograficznej niedbałości na źródłowej stronie www, jest dla czytelnika bardzo niewygodne. W większości przypadków z pomocą przyjdzie nam Instapaper.
Instapaper Instapaper, to specjalizowany serwis, który pozwala czytać (przetwarza tekst, usuwając całą resztę) zawartość różnych stron www w ujednoliconej szacie graficznej. Należy stworzyć sobie w nim konto i do paska zakładek w przeglądarce dodać (przeciągnąć myszą) zakładkę-skrypt «Read Later».
Kliknięcie w «Read Later» na pasku zakładek, powoduje dodanie przeglądanej strony www do listy nieprzeczytanych.
Po przejściu do swojego konta w Instapaper można przeczytać wszystkie zachowane tam teksty, bardzo ładnie złamane — czarny tekst na białym tle, Georgia 16 pikseli z interlinią 1,5 firetu, szerokość łamu: 480 pikseli, co daje wiersz o długości 50–72 znaków — pozbawione wszystkich zbędnych upiększeń-dupereli.
Serwis udostępnia jeszcze jedną zakładkę: «Instapaper Text». Kliknięcie powoduje natychmiastowe wyświetlenie przeglądanej strony w tekstowym trybie Instapaper, bez potrzeby logowania się do serwisu czy posiadania w nim konta.
Instapaper w czytniku W ustawieniach Google Readera można włączyć konfigurowalną listę «wyślij do», a w niej umieścić pozycję «Instapaper».
Spowoduje to, że pod każdym artykułem (w dolnej belce) pojawi się nasze «wyślij do».
Jednak klikanie w pozycje tej listy powoduje wyświetlenie w nowym oknie/karcie prośby o dodanie przeglądanego tekstu do listy nieprzeczytanych, a to już zbyt skomplikowane.
Można prościej — wystarczy podczas przeglądania artykułu w Google Readerze, kliknąć w zakładkę-skrypt «Read Later» (!) i zadziała. Uwaga, korzystanie z tego przycisku w Google Readerze zakłóca działanie skrótów klawiaturowych. Istnieją programy desktopowe, które wiążą obsługę RSS z interfejsem Instapaper, wykorzystując mechanizm «Instapaper Text». Należy do nich Feeddler (iPhone, iPad), z którego korzystam na co dzień.
Pojęcie «w chmurze» jest ostatnio bardzo modne, promuje się pod nim wiele usług. Niektóre z nich są nawet godne uwagi. Przyjrzyjmy się jeszcze kilku z nich.
Email w chmurze Najpopularniejszą usługą realizowaną w chmurze jest email za pośrednictwem protokołu IMAP (konkurencyjnego w stosunku do przestarzałego POP3). O ile jeszcze kilka lat temu należał do nowinek, to dziś już jest internetowym standardem. O zaletach protokołu napisał Paweł Tkaczyk.
Dropbox Internetowy pojemnik na pliki — Dropbox — synchronizuje między terminalami (komputerami, telefonami, tabletami etc.) zawartość wskazanych folderów, przechowując ich kopie. Po zainstalowaniu programu na wszystkich urządzeniach, w których chcemy mieć dostęp do tych samych wersji plików, nie trzeba się o nic martwić. Co ważne, system posiada wielostopniowy tryb przywracania usuniętych plików (po zalogowaniu na www). Standardowa, bezpłatna pojemność wynosi 2GB, ale dość łatwo powiększyć ją do 8GB w zamian za skuteczne rekomendacje. Korzystam z niego intensywnie, właśnie tam składuję wszystkie pliki tekstowe — czy to szkice artykułów, czy też książki nad którymi pracuję (własne i cudze) — i różne materiały pomocnicze — pdf, jpg etc.
Tak więc, jeśli zechcesz rozpocząć pracę z Dropboksem, skorzystaj z niniejszego odnośnika, pomożesz mi w ten sposób powiększyć pojemność konta. Świetnym programem, pracującym w oparciu o Dropboksa jest PlainText (iPhone/iPad) — jak nazwa wskazuje, do pracy z czystym tekstem. Również polecam.