Typografia po polsku | In Polish Typography

Smak rewolucji

5 listopada 2011  [Instapaper Text] [Readability]

Wła­śnie do­koń­czyłem czy­tanie książki, na którą cze­kałem przez ostatnią de­kadę. Wy­dana w 1928 roku w Niem­czech, w końcu do­cze­kała się pol­skiej edycji — Jan Tschi­chold, «Nowa ty­po­grafia. Pod­ręcznik dla two­rzą­cych w duchu współ­cze­sności», Recto Verso 2011 — Mar­tynie, bardzo ci za nią dzię­kuję.
 Nie ma żadnej prze­sady w ty­tule, mimo że na­pi­sano ją ponad osiem­dzie­siąt lat temu. Tschi­chold po­daje treść no­wo­czesną i nową. Tak, nową. Wielu współ­cze­snych di­zaj­nerów nie pro­jek­tuje w duchu współ­cze­sności, po­nieważ go nie ro­zumie i nie ma o nim zie­lo­nego po­jęcia. Dla­tego, myślę, warto często czytać tę książkę. Oczy­wi­ście, część roz­ważań au­tora się już zdez­ak­tu­ali­zo­wała — pro­blem wy­boru po­między kliszą siat­kową, a kre­skową dziś nie ist­nieje, po­dobnie jak nie trzeba ni­kogo prze­ko­nywać do skła­dania an­tykwą za­miast frak­turą, ale kto po­trafi wy­kazać wyż­szość układu asy­me­trycz­nego nad osiowym i wła­ściwie go za­sto­sować? Tego wła­śnie uczy nas Tschi­chold w «Nowej ty­po­grafii». A wła­ściwie nie. Uczy nas my­ślenia, pro­jek­towej lo­giki. Pro­wadzi czy­tel­nika za rękę, tłu­maczy po­trzebę stan­da­ry­zacji, omawia za­gad­nienia, po­ka­zuje przykłady.

Istotą Nowej Ty­po­grafii jest kla­row­ność. Sy­tuuje ją to w świa­domej opo­zycji do dawnej ty­po­grafii, której celem było „piękno” i której kla­row­ność nie osiąga wy­ma­ga­nego dziś maksimum.

Czyż ty­po­grafia nie jest sztuką użyt­kową? — już słyszę chó­ralne «tak!», ale przy­jęcie tego za­ło­żenia po­ciąga za sobą ko­niecz­ność pro­jek­to­wania pod­po­rząd­ko­wa­nego od­biorcom, z czego nie za­wsze chcemy sobie zdać sprawę. To pomoc dla każ­dego, kto chciałby wy­zwolić się z pie­czo­ło­wicie do­tych­czas pie­lę­gno­wa­nego przez siebie ku­rio­zal­nego stylu. Kto nie czytał Tschi­cholda, jest za­co­fany — ta książka ma smak rewolucji.

Nowa typografia

In­for­macje o książce i za­kupy
Opra­co­wanie gra­ficzne: Jan Tschi­chold
Tłu­ma­czenie: Eliza Borg
Re­dakcja: We­ro­nika Spoden­kie­wicz i Martyn Kramek
Format bloku A5, 240 stron
Oprawa twarda w płótno, ob­wo­luta PVC
Recto Verso, Łódź 2011
ISBN9788393027071

Dawno temu w Ameryce

7 września 2011  [Instapaper Text] [Readability]

Za­in­spi­ro­wany krótkim wpisem Yvesa Pe­tersa na blogu Font­Feed, po­sta­no­wiłem z grubsza opisać in­te­re­su­jący proces pro­dukcji książki obo­wią­zu­jący dawno temu w Ame­ryce, w dużej dru­karni ty­po­gra­ficznej, a po­ka­zany w filmie „Ma­king Books”, wy­danym przez En­cyc­lo­pa­edia Bri­tan­nica Films Inc. w 1947 roku (w tek­ście Yvesa po­lecam uwadze prośbę o wsparcie dzieła pt. „Li­no­type. The Film”). Zanim jednak tra­fimy do dru­karni, zo­ba­czymy pi­sarza. Pi­sarz w ówcze­snych cza­sach pisał, jak to pi­sarz — prawda?

This man is an au­thor. He writes stories.

Jest jakaś nie­zwykła magia w ory­gi­nalnej nar­racji. Prze­cież w kon­tek­ście au­tor­skim «pi­sanie» oznacza przede wszystkim «wy­my­ślanie». W XXI wieku rola pi­sarza się nie zmie­niła i, za­sad­niczo, określa się tym mianem twórców wy­my­śla­ją­cych hi­storie prze­zna­czone do pre­zen­tacji w formie tekstu. Ten tekst musi zo­stać w jakiś sposób utrwa­lony. Jak widać w pierw­szej scenie, nasz autor ko­rzysta z ma­szyny do pi­sania.
 Otóż prze­mysł wy­daw­niczy do­magał się od au­tora nie­gdyś rę­ko­pisu lub ma­szy­no­pisu. Wy­nikła z tego taka im­pli­kacja, że pisarz-​autor mu­siał być rów­no­cze­śnie zwy­kłym pi­sa­rzem biu­rowym (może nie za­wsze, ale naj­czę­ściej). Na­to­miast dziś, autor jest kimś jeszcze więcej — pisarzem-​składaczem — ocze­kuje się od niego pliku kom­pu­te­ro­wego z tek­stem. Zawód ‹skła­dacza› prak­tycznie wy­marł. Mam na myśli nie tylko ‹ze­cera›, ale i ‹skła­dacza kom­pu­te­ro­wego›. Jego obo­wiązki prze­jęli au­torzy tek­stów, re­dak­torzy, ‹łamacze› lub ma­szyny (jak np. sys­temy ‹optical cha­racter re­co­gni­tion›, ‹audio cha­racter re­co­gni­tion› itp.).

Na filmie Bri­tan­niki, ma­szy­nopis od pi­sarza wę­druje do ‹li­no­ty­pisty› — skła­dacza pra­cu­ją­cego na li­no­typie. ‹Li­notyp› jest wy­po­sa­żony w kla­wia­turę, jednak nie po­siada żadnej elek­tro­niki (skon­stru­owano go prze­cież w 1885 roku). W czasie skła­dania, z ma­ga­zynu uwal­niane są ko­lejne ma­tryce (mie­dziane) i kliny (sta­lowe). Ufor­mo­wane w wiersze, stają się formą od­lew­niczą, w której zo­staje od­lany ‹wiersz li­no­ty­powy›. Na­tych­miast po od­laniu, ma­tryce zo­stają roz­mon­to­wane i prze­ka­zane z po­wrotem do ma­ga­zynu — cał­ko­wicie au­to­ma­tycznie. Odlew na­to­miast zo­staje wy­pchnięty na ‹szuflę›, gdzie razem z in­nymi wier­szami tworzy ‹szpaltę›.
 Cie­ka­wostką są kliny wsta­wiane w miejscu spacji — w skła­dzie li­no­ty­powym służą do au­to­ma­tycz­nego, me­cha­nicz­nego ju­sto­wania tekstu. Przed od­la­niem wiersza, zo­stają do­pchnięte do oporu, rów­no­miernie po­więk­szając ‹od­stępy mię­dzy­wy­ra­zowe›.
 Szpalty tra­fiają do in­nego działu ‹ze­cerni›, gdzie zo­staną ‹po­ła­mane› w ‹łamy› i ‹ko­lumny› przez ‹me­tram­paża›. Na filmie widać ko­lumny skła­da­jące się z jed­nego łamu, jednak ko­lumny mogą być, oczy­wi­ście, też wie­lo­ła­mowe (jak w ga­zecie). Wi­dzimy, jak nasz me­trampaż wstawia (wła­muje) ilu­strację, od­dzie­lając ją od tekstu dolną i górną in­ter­linią. No­śni­kiem tej ilu­stracji jest ‹klisza› cyn­kowa, wy­ko­nana me­todą che­mi­gra­ficzną w ‹tra­wialni› na blasze kil­ku­mi­li­me­trowej gru­bości. Aby uzy­skać tę samą wy­so­kość ‹ma­te­riału ze­cer­skiego›, kliszę na­kleja się na pod­kła­dzie drew­nianym lub me­ta­lowym.
 W kilku na­stęp­nych eta­pach Bri­tan­nica po­ka­zuje proces przy­go­to­wania ‹elek­tro­typów› (‹gal­wa­no­typów›). Cztery ko­lumny ‹składu› zo­stają za­mknięte w ramie two­rząc ‹formę pier­wotną›, która służy do wy­ko­nania ‹formy po­śred­niej› — od­cisku na sztywnej płycie po­krytej wo­skiem. Z niej uzy­skuje się mie­dziane ‹formy wtórne› me­todą elek­tro­lizy. Proces opra­co­wano w pierw­szej po­łowie XVIII wieku.
 W Polsce czę­ściej sto­so­wano po­krewny, ale o ok. 100 lat starszy proces przy­go­to­wania tzw. ‹ste­reo­typów›. Formę po­średnią sta­nowił od­cisk w spe­cjalnie spre­pa­ro­wanym kar­tonie lub odlew gip­sowy. Jako formę wtórną, wy­ko­ny­wano odlew sta­lowy, żeliwny etc. Formy ste­reo­ty­powe można przy­go­to­wywać w prze­kroju okrą­głym, a więc tech­no­logia miała za­sto­so­wanie głównie w ‹druku ro­ta­cyjnym›.
 Cie­ka­wostka: oba słowa — «ste­reotyp» i «klisza» — po­chodzą wła­śnie ze slangu po­li­gra­ficz­nego, przy czym jako kliszę na­leży ro­zu­mieć formę dru­kową bądź jej frag­ment, wy­ko­nany w jed­no­litym ka­wałku me­talu. Tak więc można po­wie­dzieć, że elek­trotyp jest szcze­gólną po­stacią ste­reo­typu, a oba można też bar­dziej ogólnie na­zwać «kliszą» (choć w Polsce utarło się od­nosić to po­jęcie przede wszystkim do klisz cyn­ko­wych). Stąd też na­zy­wanie czegoś, co wy­chodzi z ‹na­świe­tlarki› kliszą jest nie­po­ro­zu­mie­niem — chodzi o ‹film› (może być ‹dia­po­zy­tywem› lub ‹ne­ga­tywem›)! Tech­no­logia ste­reo­typów uła­twiała i zmniej­szała koszty druku wy­so­kich na­kładów oraz do­druków. Przy do­dru­kach do­dat­kowo przy­spie­szając re­ali­zację za­mó­wienia (po­mi­nięty etap po­now­nego składu).
 Wra­camy do filmu. W ko­lejnej scenie elek­tro­ty­powe ko­lumny zo­stają roz­cięte i prze­ka­zane ma­szy­ni­ście, który przy­go­to­wuje z nich wła­ściwą formę dru­kową — umieszcza każdą z nich w ka­retce for­mowej zgodnie z ‹roz­kładem›. Wi­dzimy tu ma­szynę ‹peł­no­for­ma­tową›, zdolną dru­kować 64 ko­lumny na raz — li­cząc obie strony ar­kusza: 128 — co jest równe ośmiu ‹ar­ku­szom dru­kar­skim›!
 Ko­lejną ma­szyną w pro­cesie po­wsta­wania książki jest ‹fal­cerka›, a wła­ściwie linia do ‹fal­co­wania›. Jej pro­duktem są ‹legi›, na­zy­wane też ‹skład­kami›, prze­ka­zane na­stępnie do ‹zbie­rania›. Tu rów­nież wi­dzimy nie tyle zwykłą ‹zbie­raczkę›, co ra­czej dużą linię zbie­ra­jącą. Ko­lejne etapy: ‹szycie› i cięcie ‹bloków›, po kilka na raz, na nie­ty­powym ‹trój­nożu›. W na­stęp­nych sce­nach wi­dzimy pro­dukcję okładki: przy­cięcie tek­tury, po­łą­czenie jej z ‹oklejką› (okleiną), tło­czenie folią me­ta­liczną i — w ostat­niej — ‹za­wie­szanie› bloków (wkładów) — ‹okład­ko­wanie›.
 Zna­ko­mita więk­szość pol­skich dru­karń ‹dzie­ło­wych› nigdy nie osią­gnęła tak wy­so­kiego uprze­my­sło­wienia, jak ten, pre­zen­to­wany przez Ame­ry­kanów w 1947 roku, choć były i takie, którym tech­no­logii za­zdro­ścił cały blok ko­mu­ni­styczny. Dziś, nie­stety, w pro­dukcji dzie­łowej je­steśmy wciąż (albo wtórnie) ra­czej zacofani.

O bujaniu w obłokach

23 sierpnia 2011  [Instapaper Text] [Readability]

Dziś in­for­macji po­szu­kuje się przede wszystkim w in­ter­necie. Pro­blem w tym, że mogą być one przed­sta­wione w sposób nie­este­tyczny lub zu­pełnie nie­czy­telny. Można sobie po­ra­dzić na kilka spo­sobów.
 Bardzo wiele stron www (szcze­gólnie blogów) udo­stępnia do­dat­kowe ka­nały dys­try­bucji tekstu — RSS, na­zy­wane też „ka­na­łami feed”. Do od­czy­tania po­trzeba de­dy­ko­wa­nego czyt­nika. Taki czytnik, to po prostu pro­gram, który może być za­in­sta­lo­wany jako osobna apli­kacja w na­szym sys­temie (Fe­ed­Demon, Fe­ed­dler, Re­eder, RSS Bandit, RSSOwl), jako pod­pro­gram (funkcja) in­nego pro­gramu (Claws Mail, Mo­zilla Fi­refox, Mo­zilla Thun­der­bird, Opera) lub w chmurze, tzn. jako zdalna usługa, re­ali­zo­wana: a) przez serwis spe­cja­li­zo­wany wy­łącznie do ob­sługi RSS (np. Go­ogle Re­ader); b) jako jedna z wielu usług ser­wisu o bardzo sze­ro­kich moż­li­wo­ściach (np. Ne­tvibes); c) za po­śred­nic­twem zdal­nego in­ter­fejsu w innym ser­wisie (np. Fe­edly, który do­starcza in­ter­fejs do Go­ogle Re­adera).
 Kiedy zo­stanie opu­bli­ko­wany nowy ar­tykuł, pro­tokół RSS prze­ka­zuje do czyt­ników in­for­mację o pu­bli­kacji. Jej naj­waż­niejsze skład­niki: URL ser­wisu, URL ar­ty­kułu, tytuł; opcjo­nalnie: data pu­bli­kacji, autor, za­jawka, pełna treść ar­ty­kułu. Sam pro­gram ma po­nadto moż­li­wość ozna­czania ar­ty­kułów fla­gami, jak np. przeczytane/​nieprzeczytane czy ulu­bione. W nie­któ­rych czyt­ni­kach można też przy­po­rząd­kować po­szcze­gólne źródła do fol­derów (co też re­ali­zo­wane jest za po­mocą od­po­wied­nich flag).
 Główna za­leta po­lega na tym, że ciężar kon­tro­lo­wania źródeł pod kątem no­wych treści, przej­muje czytnik RSS, stając się nie­jako na­szym wir­tu­alnym cen­trum in­for­ma­cyjnym. Za­leta do­dat­kowa, to ujed­no­li­cony sposób pre­zen­to­wania tek­stów (ew. treści in­nego ro­dzaju). Te czyn­niki prze­są­dzają o słusz­ności ko­rzy­stania z tech­no­logii RSS.
 Z ja­kiego typu czyt­nika le­piej ko­rzy­stać? Nie znam punktu wi­dzenia, który po­tra­fiłby wy­kazać wyż­szość lo­kalnie za­in­sta­lo­wa­nego czyt­nika nad zdalną usługą, a więc le­piej w chmurze. Jeśli ktoś chce, może po­łą­czyć oba roz­wią­zania i za­in­sta­lować na swoim kom­pu­terze (te­le­fonie, ta­blecie etc.) pro­gram, który bę­dzie lo­kalnym in­ter­fejsem zdalnej usługi — czyli za­miast od­bierać sy­gnały z wielu źródeł, bę­dzie się łączył tylko z jednym. Wy­mie­nione wcze­śniej pro­gramy (Fe­ed­Demon, Fe­ed­dler, Re­eder, RSS Bandit, RSSOwl) po­sia­dają tę moż­li­wość jako opcję lub, jak Fe­ed­dler, dzia­łają tylko na tej za­sa­dzie.
 Prze­wagę chmury sta­nowi do­stęp z wielu urzą­dzeń i lo­ka­li­zacji do tego sa­mego zbioru in­for­macji. Jeśli w pracy prze­czy­tałem tylko dzie­sięć ar­ty­kułów (bo szef miał mi za złe, że pod­wyż­szam swoje kwa­li­fi­kacje) to czytam ko­lej­nych dzie­sięć w tram­waju przez te­lefon, a po­zo­stałe sto na ta­blecie w domu. Ar­ty­kuły, które prze­czy­tałem wcze­śniej, zo­stały ozna­czone flagą «prze­czy­tane», a więc nie muszę do nich wracać, jeśli nie chcę.

Go­ogle Re­ader
Sztan­da­rowym przy­kładem czyt­nika w chmurze jest Go­ogle Re­ader. Aby z niego ko­rzy­stać, na­leży stwo­rzyć konto — jeśli ktoś już po­siada konto Go­ogle, wy­starczy się za­lo­gować i za­ak­cep­tować umowę na ko­lejną usługę.
 In­ter­fejs jest dość prosty. Po lewej stronie znaj­duje się wąski panel z waż­niej­szymi od­no­śni­kami i listą sub­skry­bo­wa­nych ka­nałów, ewen­tu­alnie upo­rząd­ko­wa­nych w fol­de­rach. Można zmienić jego sze­ro­kość we­dług wła­snego uznania. Prawą stronę zaj­muje główny panel i przy­kle­jona od góry belka z waż­niej­szymi po­le­ce­niami. W tym pa­nelu znaj­duje się lista do­stęp­nych ar­ty­kułów ze źródła wska­za­nego po lewej stronie. Przy­swo­jenie tego in­ter­fejsu po­zo­sta­wiam za­in­te­re­so­wanym czy­tel­nikom, po­zwolę sobie tylko na dwie wska­zówki:
1. Pomoc na temat skrótów kla­wia­tu­ro­wych po wci­śnięciu znaku za­py­tania — [shift]+[/] — pełna lista w ję­zyku an­giel­skim w po­mocy Go­ogle.
2. Usta­wienia czyt­nika i za­rzą­dzanie sub­skry­bo­wa­nymi ka­na­łami.
 Jak wspo­mniałem wcze­śniej, treść ca­łego ar­ty­kułu w ka­nale RSS jest tylko opcją, za­leżną od woli pu­bli­ku­ją­cych. Mo­żemy w czyt­niku otrzymać tylko za­jawkę lub tylko tytuł (oczy­wi­ście z lin­kiem do ory­gi­nal­nego tekstu). Bywa, że takie ob­ostrzenie, z po­wodu ty­po­gra­ficznej nie­dba­łości na źró­dłowej stronie www, jest dla czy­tel­nika bardzo nie­wy­godne. W więk­szości przy­padków z po­mocą przyj­dzie nam Instapaper.

In­sta­paper
In­sta­paper, to spe­cja­li­zo­wany serwis, który po­zwala czytać (prze­twarza tekst, usu­wając całą resztę) za­war­tość róż­nych stron www w ujed­no­li­conej szacie gra­ficznej. Na­leży stwo­rzyć sobie w nim konto i do paska za­kładek w prze­glą­darce dodać (prze­cią­gnąć myszą) zakładkę-​skrypt «Read Later».

Instapaper — zakładka-skrypt
Klik­nięcie w «Read Later» na pasku za­kładek, po­wo­duje do­danie prze­glą­danej strony www do listy nieprzeczytanych.

Instapaper — zakładka-skrypt
Po przej­ściu do swo­jego konta w In­sta­paper można prze­czytać wszystkie za­cho­wane tam teksty, bardzo ładnie zła­mane — czarny tekst na białym tle, Geo­rgia 16 pik­seli z in­ter­linią 1,5 fi­retu, sze­ro­kość łamu: 480 pik­seli, co daje wiersz o dłu­gości 5072 znaków — po­zba­wione wszyst­kich zbęd­nych upiększeń-​dupereli.

Instapaper — zakładka-skrypt
Serwis udo­stępnia jeszcze jedną za­kładkę: «In­sta­paper Text». Klik­nięcie po­wo­duje na­tych­mia­stowe wy­świe­tlenie prze­glą­danej strony w tek­stowym trybie In­sta­paper, bez po­trzeby lo­go­wania się do ser­wisu czy po­sia­dania w nim konta.

In­sta­paper w czyt­niku
W usta­wie­niach Go­ogle Re­adera można włą­czyć kon­fi­gu­ro­walną listę «wy­ślij do», a w niej umie­ścić po­zycję «Instapaper».

Google Reader, włączanie dodatków
Spo­wo­duje to, że pod każdym ar­ty­kułem (w dolnej belce) po­jawi się nasze «wy­ślij do».

Google Reader — wyśli do Instapaper
Jednak kli­kanie w po­zycje tej listy po­wo­duje wy­świe­tlenie w nowym oknie/​karcie prośby o do­danie prze­glą­da­nego tekstu do listy nie­prze­czy­ta­nych, a to już zbyt skomplikowane.

Google Reader — Instapaper w nowej karcie
Można pro­ściej — wy­starczy pod­czas prze­glą­dania ar­ty­kułu w Go­ogle Re­aderze, kliknąć w zakładkę-​skrypt «Read Later» (!) i za­działa. Uwaga, ko­rzy­stanie z tego przy­cisku w Go­ogle Re­aderze za­kłóca dzia­łanie skrótów kla­wia­tu­ro­wych.
 Ist­nieją pro­gramy de­sk­to­powe, które wiążą ob­sługę RSS z in­ter­fejsem In­sta­paper, wy­ko­rzy­stując me­cha­nizm «In­sta­paper Text». Na­leży do nich Fe­ed­dler (iPhone, iPad), z któ­rego ko­rzy­stam na co dzień.

Po­jęcie «w chmurze» jest ostatnio bardzo modne, pro­muje się pod nim wiele usług. Nie­które z nich są nawet godne uwagi. Przyj­rzyjmy się jeszcze kilku z nich.

Email w chmurze
Naj­po­pu­lar­niejszą usługą re­ali­zo­waną w chmurze jest email za po­śred­nic­twem pro­to­kołu IMAP (kon­ku­ren­cyj­nego w sto­sunku do prze­sta­rza­łego POP3). O ile jeszcze kilka lat temu na­leżał do no­winek, to dziś już jest in­ter­ne­towym stan­dardem. O za­le­tach pro­to­kołu na­pisał Paweł Tkaczyk.

We­bfonty w chmurze
We­bfonty to bardzo cie­kawy temat, wart roz­wi­nięcia w osobnym ar­ty­kule. Zanim go przy­go­tuję, podam kilka ad­resów do sa­mo­dzielnej eks­plo­racji.
go​ogle​.com/​w​e​b​fonts
we​bfonts​.fonts​.com
font​slive​.com
ty​pekit​.com
ty​po​theque​.com/​w​e​b​fonts
we​btype​.com
font​deck​.com
ty​pe​front​.com
ker​nest​.com
extensis​.com/​e​n​/​W​ebINK

Dropbox
In­ter­ne­towy po­jemnik na pliki — Dropbox — syn­chro­ni­zuje między ter­mi­na­lami (kom­pu­te­rami, te­le­fo­nami, ta­ble­tami etc.) za­war­tość wska­za­nych fol­derów, prze­cho­wując ich kopie. Po za­in­sta­lo­waniu pro­gramu na wszyst­kich urzą­dze­niach, w któ­rych chcemy mieć do­stęp do tych sa­mych wersji plików, nie trzeba się o nic mar­twić. Co ważne, system po­siada wie­lo­stop­niowy tryb przy­wra­cania usu­nię­tych plików (po za­lo­go­waniu na www). Stan­dar­dowa, bez­płatna po­jem­ność wy­nosi 2 GB, ale dość łatwo po­więk­szyć ją do 8 GB w za­mian za sku­teczne re­ko­men­dacje. Ko­rzy­stam z niego in­ten­sywnie, wła­śnie tam skła­duję wszystkie pliki tek­stowe — czy to szkice ar­ty­kułów, czy też książki nad któ­rymi pra­cuję (własne i cudze) — i różne ma­te­riały po­moc­nicze — pdf, jpg etc.

Tak więc, jeśli ze­chcesz roz­po­cząć pracę z Drop­boksem, sko­rzy­staj z ni­niej­szego od­no­śnika, po­mo­żesz mi w ten sposób po­więk­szyć po­jem­ność konta.
 Świetnym pro­gramem, pra­cu­jącym w oparciu o Drop­boksa jest Pla­in­Text (iPhone/​iPad) — jak nazwa wska­zuje, do pracy z czy­stym tek­stem. Rów­nież polecam.


Pro­gramy na kom­puter, ta­blet, te­lefon
Claws Mail | Dropbox | Fe­ed­Demon | Fe­ed­dler | Mo­zilla Fi­refox | Mo­zilla Thun­der­bird | Opera | Pla­in­Text | Re­eder | RSS Bandit | RSSOwl

Ser­wisy
Dropbox | Fe­edly | Go­ogle Re­ader | In­sta­paper | Ne­tvibes

We­bfonty
go​ogle​.com/​w​e​b​fonts
we​bfonts​.fonts​.com
font​slive​.com
ty​pekit​.com
ty​po​theque​.com/​w​e​b​fonts
we​btype​.com
font​deck​.com
ty​pe​front​.com
ker​nest​.com
extensis​.com/​e​n​/​W​ebINK