Książka na Nowy Rok

Rolę obwo­lu­ty peł­ni­ła ład­nie zapro­jek­to­wa­na ban­de­ro­la, ale ją zdją­łem, bo prze­szka­dza­ła. Czer­wo­na okład­ka. Żad­nych napi­sów poza czar­nym dru­kiem na grzbie­cie. Kapi­tał­ki czer­wo­no-czar­ne. Dwie tasiem­ki — czer­wo­na i czar­na. Papier, co praw­da, kre­mo­wy, ale legi szy­te nicią czer­wo­ną. Tekst głów­ny na czar­no, nagłów­ki czer­wo­ne.

Mię­to­lę wła­śnie «Typo­gra­fię książ­ki», jest przy­jem­na w doty­ku. Wydaw­ca wypo­sa­żył ją w gład­ką, cało­pa­pie­ro­wą opra­wę — w sam raz do mię­to­le­nia (kto zechce, może powal­czyć o nią w kon­kur­sie!). Prze­czy­ta­łem w trzy dni, w cza­sie któ­rych towa­rzy­szy­ła mi w więk­szo­ści sytu­acji, a teraz patrzę na nią cały zapła­ka­ny.

Nie żebym się wzru­szył… sza­mię pol­ską cebu­lę — pol­ską, mówię! Tu wła­śnie kry­je się podo­bień­stwo. Cebu­la, gdy się odczu­wa jakąś nie­moc na zdro­wiu, powin­na być pod­sta­wo­wym pokar­mem. Naj­lep­sza nabi­ta siar­ką, inny­mi sło­wy siar­czy­sta, to zna­czy ostra jak cho­le­ra. Co z tego, że śmier­dzi? cebu­la prze­cież też czło­wiek.

Mam taką teo­rię, że Mit­chell posta­no­wił napi­sać kom­plet­ny porad­nik pra­cy nad książ­ką, ale tak bar­dzo się roz­pi­sał, że poległ. Zago­nił więc do robo­ty Wight­man­no­wą i dzię­ki temu mamy «Typo­gra­fię książ­ki. Pod­ręcz­nik pro­jek­tan­ta».

Jej wady nie są w sta­nie prze­wa­żyć zalet. Zawar­ty tu mate­riał tek­sto­wy i ilu­stra­cyj­ny jest ogrom­ny i doty­czy prze­róż­nych aspek­tów pra­cy: pro­jek­to­wych, mar­ke­tin­go­wych, orga­ni­za­cyj­nych. Wszyst­kie pyta­nia, któ­re mogły­by koła­tać się w gło­wie mło­de­go pro­jek­tan­ta, znaj­du­ją tu swo­je odbi­cie. Auto­rzy pryn­cy­pial­nie wyzna­cza­ją kom­pe­ten­cje typo­gra­fa, usta­wia­jąc go w pozy­cji, mam wra­że­nie, zbyt niskiej w sto­sun­ku do redak­to­ra, wydaw­cy czy dru­ka­rza. To bar­dzo angiel­skie podej­ście, podyk­to­wa­ne pew­nie kil­ku­dzie­się­cio­let­nim doświad­cze­niem w bran­ży, zacho­waw­cze i raczej mi obce. Z dru­giej stro­ny zauwa­żam zbyt dużą swo­bo­dę seman­tycz­ną i sty­li­stycz­ną, bo np. zda­nie, że „pro­duk­cja papie­ru zaczy­na się od pra­so­wa­nia w arkusz masy włó­kien celu­lo­zo­wych” choć moż­na, nagi­na­jąc dobrą wolę, uznać za praw­dzi­we, to sfor­mu­ło­wa­no je tak nie­szczę­śli­wie, że nie do koń­ca wia­do­mo o co cho­dzi.


Infor­ma­cje wydaw­cy i zaku­py d2d.pl
Tytuł ory­gi­na­łu: Book Typo­gra­phy. A Designer’s Manu­al
Auto­rzy: Micha­el Mit­chell, Susan Wight­mann
Prze­kład: Doro­ta Dzie­woń­ska
Redak­cja: Robert Oleś (pro­wa­dzą­cy)
ISBN 978‑83‑927308‑4‑2
d2d.pl, Kra­ków 2012
For­mat: 174×245 mm, 3+3, 436 stro­nic
Opra­wa cało­pa­pie­ro­wa 1+0, ban­de­ro­la 3+0

Kłó­cą się tu róż­ne, prze­ni­ka­ją­ce się sty­le wypo­wie­dzi: współ­au­to­rów, tłu­macz­ki i redak­to­rów, fachow­ca, któ­ry zjadł zęby i zie­lo­ne­go laika. Tro­chę mi taka nie­jed­no­znacz­ność prze­szka­dza, szcze­gól­nie w zakre­sie pro­po­no­wa­nej ter­mi­no­lo­gii, jed­nak tę książ­kę będę trzy­mał w pobli­żu. Opi­sa­no ją w pod­ty­tu­le jako pod­ręcz­nik i taka ma być jej głów­na funk­cja: nauka skła­du książ­ko­we­go dla osób, któ­re chcą go zgłę­bić. Nie ozna­cza to jed­nak, że nie sko­rzy­sta z niej żaden sta­ry wyga. Przy­da się każ­de­mu, bo prze­cież nie zawsze pamię­ta­my o wszyst­kim. War­to ją cza­sa­mi otwo­rzyć i poszu­kać choć­by przy­kła­du. To wła­śnie spoj­rze­nie auto­rów na pro­ble­my pro­jek­to­we nada­je tytu­ło­wi wła­ści­we zna­cze­nie i war­tość. Bez wąt­pli­wo­ści nale­ży więc ją nabyć.

Jesz­cze o for­mie. Zdzi­wi­ło mnie pyta­nie zada­ne w Use­ne­cie, jako świa­dec­two swo­iste­go bra­ku książ­ko­we­go oby­cia:

Zasta­na­wia mnie tyl­ko, dla­cze­go tytuł jest wyłącz­nie na grzbie­cie. Resz­ta jest oczy­wi­ście na obwo­lu­cie, ale czy obwo­lu­ta prze­trwa tyle cza­su, ile cała książ­ka?

Powiem krót­ko — to jest old­sty­le, zawsze tak robio­no książ­ki. Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go w Nowym Roku!

Skomentuj