Archiwa kategorii: przychodzi baba do drukarza

Przychodzi baba do drukarza  Odcinek 2

 — Dzień dobry Panie Me­tram­paż! Jak tam po u­rlo­pie?
 — A dzię­ku­ję, dzię­ku­ję. Ro­dzi­ny się tro­chę zje­cha­ło, trze­ba było świę­to­wać. A pęp­kó­wecz­ka jest.
 — Po­szedł pan sobie, a ja bez szty­le­tu mu­sia­łem czte­ry szes­nast­ki po­pra­wiać: ko­lum­na za ko­lum­ną!
 — O prze­pra­szam. Za­po­mniałem i w kie­szeni po­niosłem. To e­mo­cje. Wie pan, Panie Dru­karz, pierw­szy wnuk raz w życiu się rodzi.
 — Dobra, już sobie po­ra­dzi­łem — gdzie szklan­ki! — a wie pan, że Baba była?
 — Znowu?
 — Rozle­waj pan, wszyst­ko panu o­powiem.

 — Ko­rek­ta, jak mam zro­bić ko­rek­tę? Gdzie on to scho­wał?…
 — Dzień dobry Panie Dru­karzu!
 — O!… Dzień dobry. A ja­kież to złe wia­try znów ją przy­wia­ły?
 — Tam od razu wia­try, prze­pro­sić się przy­szłam… bo pan to chyba tro­chę umie, a ja muszę mieć ten pla­kat na jutro. No to prze­pra­szam, tro­chę się u­nio­słam.
 — Dobrze. To niech po­cze­ka tutaj, muszę coś do­koń­czyć na za­ple­czu. [pod nosem] Gdzie on po­chował wszyst­kie szty­le­ty? Chyba ją trze­ba bę­dzie roz­wa­lić… No dobra, po­ra­dzę sobie klu­czem. [gło­śno] Jesz­cze mo­ment!
 — Panie Dru­ka­rzu! [blada] Niech pan się tak nie śpie­szy!… Przyj­dę innym razem. Do wi­dze­nia!

Przychodzi baba do drukarza  Odcinek 1

 — Cześć. Je­stem Baba.
 — Dzień dobry. W czym mogę pani pomóc?
 — Nie je­stem żadna pani, tylko Baba. My­śla­łam, że się na­pi­je­my kawy, za­przy­jaź­ni­my…
 — Nie piję w pracy kawy i pro­szę mi nie sia­dać na stole! Czego sobie życzy, bo nie mam czasu? Me­tram­paż czeka.
 — Ale… ależ… prze­cież ja je­stem art­di­rec­to­rem w a­gen­cji sie­cio­wej!… pro­jek­tan­tem!… ty­po­gra­fem!… A pan, to kto? le­d­wie jakiś dru­karz?!
 — Nie „jakiś dru­karz”, tylko Pan Dru­karz! i jak już, to ja je­stem ty­po­gra­fem. Czy cho­ciaż wie, co to czcion­ka?
 — No prze­cież! Pan, Panie Dru­karz, to bez­czel­ny jest! Ch­cia­łam tu zło­żyć zle­cenie na pla­kat, ale widzę, że się nie po­lu­bi­my. Niech pan się zaj­mie le­piej ro­bie­niem me­tram­pażu. Do wi­dze­nia! [łup drzwia­mi]

 — Eh, Panie Me­tram­paż, ko­niec świa­ta… Przy­cho­dzi tu Baba, przed­sta­wia się ja­kimś ak­to­rem, pro­jek­tan­tem i ty­po­gra­fem! a nawet nie wie, kto to me­tram­paż. Ko­niec świa­ta…
 — Nie ma lekko, Panie Dru­karz, wy­gryzą nas z za­wo­du — psia mać — pro­jek­tan­ci-dy­le­tan­ci. Ale co tam bę­dzie­my na­rze­kać, w pracy prze­cież je­ste­śmy.
 — Ano racja. No to na zdro­wie, pod tego wnuka.
 — Na zdro­wie! Niech wy­ro­śnie z niego mądry czło­wiek.
 — O tak… najle­piej ty­po­graf.
 — Mam jesz­cze tro­chę szpalt do po­ła­mania, co to je Ziu­tek wczo­raj wy­skła­dał na li­no­ty­pie. A Ziu­tek na e­mery­tu­rę idzie od przy­szłe­go ty­go­dnia, chyba sami bę­dzie­my skła­dać.
 — Damy radę, Panie Me­tram­paż, gor­sze czasy były. No!… to na drugą nogę, co by nie kulać, i do ro­boty.