Dotarł do mnie przedwczoraj, dzięki uprzejmości Andrzeja Tomaszewskiego. Tytuł nie do końca odzwierciedla jego charakter. Pierwsza część — Słownik angielsko-polski — zawiera nie tylko translację, ale również leksykonowe wyjaśnienie omawianych terminów. W drugiej części znajduje się Indeks polsko-angielski, przygotowany na kształt zwykłego dwujęzycznego słownika. Takie połączenie nadaje publikacji uniwersalny charakter, można ją wykorzystywać po prostu jako źródło wiedzy w języku polskim. Książkę stworzyli autorzy zawodowo związani z COBRPP lub Politechniką Warszawską. Wydawca — Centralny Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Przemysłu Poligraficznego — kieruje słownik do szerokiego grona odbiorców, z różnych racji zainteresowanych współczesną poligrafią. Osiemdziesiąt zł za 264 strony unikatowej wiedzy to chyba niewiele.
Twarda oprawa, nie za duży format czynią ją dość wygodną w użyciu. Jest również bardzo lekka, co można by potraktować jako zaletę, ale ja upatrywałbym tu wady. Niewielką masę książki uzyskano przy zastosowaniu papieru objętościowego (i niestety, drzewnego!) o niskiej gramaturze i bardzo wysokim spulchnieniu. Papiery drzewne są znacznie mniej trwałe, a przecież książka, ze względu na swój charakter, będzie zapewne w częstym użyciu. Wiedza zawarta w tym wydawnictwie nie tylko pomaga w porozumieniu z drukarzami na poziomie językowym, ale daje podstawy do zrozumienia procesów technologicznych. Nawet takie pobieżne zderzenie z poligrafią, każdego projektanta trochę „cywilizuje”. Gorąco polecam.
Więcej Informacje wydawcy i zakupy www.cobrpp.com.pl Autorzy: Grażyna Czech, Tomasz Dąbrowa, Jacek Hamerliński, Jan Kowalczyk, Leszek Markowski [red. prowadzący], Przemysław Śleboda, Andrzej Tomaszewski, Joanna Wasilewska, Leonard Cichocki ISBN 978-83-930699-0-3 Centralny Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Przemysłu Poligraficznego Warszawa 2010, wydanie pierwsze Format bloku A5, 1+1, 264 strony Papier Ecco-Book 70 g/m², vol. 2,0 Oprawa twarda, całopapierowa, laminowana, 4+0
Miało być zupełnie o czym innym, ale poszukując e-maila do Willa Powersa, który kiedyś pisał mi na jednej z list dyskusyjnych o swoich młodzieńczych, typograficznych doświadczeniach, trafiłem na informację, że właśnie w sierpniu zmarł.
Will Powers w Colorado, na początku sierpnia 2009 r.
Wyobraźcie sobie — piszę do niego, nie mam pod ręką tylko adresu, który odnajduję razem z tą smutną wiadomością. Jeszcze w lipcu Will pisał:
Latem 1973 roku uczestniczyłem w czymś bardzo podobnym do Type Camp. Ray Nash, który wiele lat uczył projektowania i typografii w Dartmouth College, organizował letnie warsztaty na swojej farmie w Royalton, w stanie Vermont. • Było nas około ośmiu uczestników, wszyscy poniżej trzydziestki, wszyscy zainteresowani typografią. W starej stodole stały tastry i odlewarki monotypowe. Było też tam stanowisko łamania i ręczna prasa drukarska. Składaliśmy, drukowaliśmy i ocenialiśmy. Duże i małe akcydensy. • Jako świeżo upieczony czeladnik zecerski, miałem nieco podstawowych umiejętności, ale najważniejsze, że dzień w dzień, stale myśleliśmy i gadaliśmy o typo. • Wszyscy, oprócz mnie, mieszkali przez cztery tygodnie w zrujnowanym budynku na farmie. Ja z żoną spędziłem lato kilka gospodarstw dalej, a więc straciłem wiele nocnych koleżeńskich pogawędek. • To było cudowne lato. Myślałem, patrzyłem i dotykałem czcionek codziennie, jak w czasie praktyk, ale nie goniły mnie żadne terminy, ani nie poganiał majster. • Chciałbym, by wszyscy młodzi typografowie mogli doświadczyć czegoś takiego.
William Powers, to jeden z nielicznych dziś dizajnerów, którzy zaczynali swoją drogę od pracy w ołowiu. Zdobył zawód zecera i zanim zaczął projektować parał się drukarstwem. Później pracował również w wydawnictwach i agencjach reklamowych jako designer, type director i redaktor. Wykładał projektowanie książek i typografię na uczelniach. W 1998 roku wstąpił do Minnesota Historical Society, na rzecz którego pracował przez ostatnią dekadę w dziale wydawnictw. Był również członkiem prestiżowych organizacji amerykańskich i międzynarodowych, jak ATypI czy Type Directors Club. Dał się poznać, jako zapalony ornitolog, czynnie uprawiał sport rowerowy i pływanie. Jako wielki miłośnik jazzu, często i z wielką przyjemnością przebywał w klubach Twin City, serwujących właśnie tę muzykę. Wywarł wielki wpływ na projektantów i typografów w Ameryce i na świecie. Uwielbiał dialog z ludźmi. W upowszechnianiu wiedzy — typograficznej kultury — posługiwał się nie tylko formułą wykładu. Jego wypowiedzi można znaleźć na listach dyskusyjnych i forach. Zmarł 25 sierpnia na zawał serca, podczas wakacji u rodziny w Kanadzie. Miał sześćdziesiąt trzy lata. Chciałem pokazać jego kilka projektów książek, ale okazały się niedostępne, zacytuję więc jego artykuł, dotyczący historii drukarstwa i typografii — bardzo interesującego i mało u nas znanego systemu składu gorącego ludlow (nazwa urządzenia pochodzi od jednej z amerykańskich miejscowości).
Co to jest ludlow?Will Powers
[w:] LetterSpace wiosna/lato 06, s. 4, Type Directors Club, 2006, New York
Szybko! Co to jest ludlow? i dlaczego typografów powinno to obchodzić? Rzadziej używany niż monotyp czy linotyp, przez wiele lat system ludlow był „trzecią drogą” składu gorącego. W najlepszych pracowniach — jak w manhatańskim Cardinal Type Service — i małomiasteczkowych gazetach niezliczoną ilość ogłoszeń i nagłówków, w latach 1920–1970, składano na ludlowach. Trochę tych maszyn używa się jeszcze w wielu zakładach przy produkcji matryc do tłoczeń lub pieczątek. Dzisiejsi typografowie przeważnie wiedzą o odlewniach czcionek, linotypach i monotypach, ale nie o ludlowach. Sui generis, ludlow był interesującą hybrydą. Nie miał klawiatury. Zecer składał mosiężne matryce ręcznie do specjalnego wierszownika, trochę jak w składzie ręcznym, jednak maszyna odlewała wiersz, podobny do linotypowego. Składacz miał luksus precyzyjnego justowania, jak w ukochanym składzie ręcznym, ponadto łatwo było zamykać wiersze [w wierszowniku]. Mógł wytwarzać setki różnych lub takich samych wierszy dziennie. To był prawdziwy koń pociągowy: łatwy do nauczenia, prosty w obsłudze, o niskiej awaryjności i łatwy do naprawienia. Istny wół roboczy, choć powolny. Tempo pracy stanowiło poważną wadę: po odlaniu wiersza, matryce należało rozmontować i przed przystąpieniem do składania i odlewania kolejnego, włożyć z powrotem do kaszty. Z tego powodu ludlow nie był przystosowany do składu innych, niż krótkie teksty w niejustowanych kolumnach. Najczęściej używano ludlowa do prozaicznych rzeczy, jednak można było na nim uzyskać skład równie elegancki, jak przy użyciu linotypów czy monotypów. Ale poza codzienną pracą, system składu jest na tyle dobry, na ile doskonałe są znaki, które odtwarza i tu tkwi tajemnica złej reputacji ludlowa. Fabryka Ludlow wytwarzała mniej krojów i rodzin, niż pozostali producenci, mimo, że część z nich zyskała równie wielkie uznanie, jak inne, klasyczne kroje składu gorącego. A więc Ludlow został zepchnięty na typograficzny margines. Czy na to zasłużył? Nie całkiem. Garść krojów Ludlowa była równie dobra, jak kroje konkurencji i zasługiwała na taką samą uwagę. Zapoznawałem się z pismami Ludlowa od pierwszego dnia pracy w składzie gorącym, od kiedy zobaczyłem maszynę i usłyszałem, że mam się nauczyć jej obsługi. Przez osiemnaście miesięcy stałem codziennie przed tym ludlowem, składałem i odlewałem mnóstwo wierszy, doskonaląc swój fach. Stopniowo przyswajałem sobie jakieś zrozumienie pism i różnic między nimi, powoli wyrabiałem sobie opinię o ich zaletach. Głównie dzięki temu, że poznając i pracując z poszczególnymi krojami Ludlow, obserwowałem je każdego tygodnia w wielu różnych zestawieniach. Najważniejszymi z pism Ludlowa były: Garamond, Stellar, Delphian, Eusebius, Radiant i Tempo, wszystkie zaprojektowane przez naczelnego typografa w Ludlow, Roberta Huntera Middletona — projektanta, którego kunszt zasługuje na uważne przestudiowanie. Zazwyczaj wymienia się jego nazwisko obok takich, jak: Goudy, Dwiggins i Zapf. Podobnie, jak każdy z nich, musiał pokonać techniczne ograniczenia systemu składu, by przygotować eleganckie, użyteczne kroje. Jednym z najbardziej dokuczliwych problemów było opracowanie ładnego kerningu w kursywie, tak oczywistego w pismach wielkich domów typograficznych i w tak wielu krojach Monotype. W Ludlow, Middleton próbował to obejść, przy pomocy ukośnych matryc dla kursywy i specjalnych wierszowników. Podobnie, jak w kursywach linotypowych, efekty były najczęściej mniej wdzięczne, niż w kursywach monotypowych, niemniej Ludlow Garamond zalicza się do najładniejszych kursyw wśród Garamondów. Dwa inne kroje Ludlow, zaprojektowanie przez Middletona, również zasługują na opisanie. Eusebius nie jest tak bardzo znany, jak Centaur Bruce’a Rogersa, lecz nadzwyczaj dobrze wycięty i solidniejszy, niż Centaur w składzie gorącym. Rogers sam się wyraził, że Euzebius „jest wierniejszą reprodukcją liter Jenson, niż Centaur”. Niektórzy twierdzą, że Optima Hermanna Zapfa była inspirowana, zaprojektowanym przez Middletona w dwóch odmianach, pismem Stellar, starszym o trzydzieści lat. Stellar jest upośledzony przez brak kursywy i wyraźnie wyczuwa się w nim lata trzydzieste, ale jego odmiana z szeryfami skrytymi [ang. flare-serif] z pewnością mogła stanowić wzór dla Optimy. Ale nie wszystko z Ludlow było eleganckie i oryginalne. Jak wszędzie w tamtym okresie, w Ludlow kopiowano, inaczej tylko nazywając, prace innych odlewni. I tak Goudy Oldstyle podrobiono, jako Ludlow 11, a Cooper Black przemianowano na Ludlow Black. Ludlowy zostały wyparte przez istniejące systemy składu gorącego, a większość krojów wyszła z użycia. Niektóre z nich zostały wskrzeszone, jak Garamond, Eusebius, Stellar, Radiant czy Zephyr — chyba ostatni krój wydany przez Ludlow w 1964 r. Niedawno Michael Harvey rozbudował i ponownie wydał pismo Zephyr. Porzuciłem skład czcionkowy dla komputerowego prawie dwadzieścia lat temu. Nie żałuję tego. Ale po przejściu na emeryturę — gdybym znalazł ludlowa w dobrym stanie, z dobrym zestawem matryc na sprzedaż — z powrotem zakładam fartuch i ponownie zaczynam parzyć palce gorącymi, świeżo odlanymi wierszami. Ta maszyna zajmuje specjalne miejsce w historii amerykańskiej typografii. Cieszę się, że była również częścią mojej praktyki.
Wczoraj dostałem próbki papieru od nowego dostawcy. W Polsce chyba znany, na Dolnym Śląsku raczej nie — Arctic Paper. Zainteresowała mnie szeroka gama papierów offsetowych Munken — wzorniki w formacie A5, oprawione broszurowo, w każdym pełna gama gramatur z zadrukiem i bez, krótki opis, informacje marketingowe. Do pakietu dołączono Przewodnik po papierze niepowlekanym. Wiedzy zawsze za mało, więc Arctic zaliczył u mnie dużego plusa. Co w książce?
Pierwsza część — czysto marketingowa — koncentruje się na właściwościach papierów Munken, różne podłoża zadrukowane przykładowymi zdjęciami, różnie obrabianymi, poddane różnym procesom wykończeniowym. Można więc obejrzeć zdjęcia w liniaturze 85, 133 czy 175 lpi, różnicę między rastrem tradycyjnym a stochastycznym, złocenie, lakierowanie, tłoczenie, laminowanie, bigowanie. Każdy przykład w miarę szczegółowo opisany. Kolejne rozdziały: Papier, Reprodukcja i druk, Techniki wykończeniowesą w całości dostępne w serwisie www Arctic Paper. W ostatniej części mamy Słowniczek, a w nim około dwustu haseł z dziedziny poligrafii. Czy warto tę książeczkę mieć? Oczywiście. Można ją bezpłatnie otrzymać (np. zamawiając telefonicznie) od Arctic Paper, ponadto w serwisie www można zamówić próbki papieru i, co ciekawe, makiety (dostępne kilka rodzajów oprawy), które mogą być pomocne w projektowaniu i planowaniu kosztów. Załóżmy, że chcemy wydać grubszą publikację. Skład jest prawie gotowy, papier wybrany, wiadomo, jakiego typu będzie oprawa, klient otrzymał wstępną kalkulację na przygotowanie do druku, ale nie do końca wiadomo, ile pochłonie produkcja. Dostawca papieru często podaje cenę za kilogram, należałoby więc przeliczyć ją na arkusze. Jeśli jest znany dokładny format i gramatura papieru, można skorzystać z serwisu obliczeń firmy Cezex. Należy pamiętać, by do nakładu doliczyć zwyżki — każdy proces, w zależności od nakładu, wymaga kilka–kilkanaście procent dodatkowych arkuszy, przewidzianych do zepsucia. Zwyżki określono kiedyś Polską Normą, ale najlepiej ustalić je z drukarnią. Cena papieru ustalona, ile za produkcję? Znów można by zapytać w drukarni, ale jeżeli potrzebujemy wiele kalkulacji, zamęczanie pracowników drukarń codziennymi pytaniami o cenę nie jest dobrym pomysłem. Lepiej zapytać raz o algorytm obliczeń i liczyć samodzielnie, ewentualne korekty można przeprowadzić przy składaniu zamówienia. A więc — najczęściej podstawą obliczeń jest nakład brutto (ze zwyżką) i cena za każdy proces proces produkcyjny (np. druk, tłoczenie, wykrawanie, przegniatanie, uszlachetnianie, falcowanie itp.) wyrażona w złotych/groszach za jedną jednostkę nakładu (arkusz, legę, blok, uwaga: w procesach wykończeniowych, jak laminowanie czy lakierowanie bierze się pod uwagę także powierzchnię arkusza). Niekiedy należy doliczyć procesy przygotowawcze (np. diapozytywy, formy drukowe itp.). Drugą metodą jest cena minimalna — stosowana przy mniejszych nakładach. Bardziej skomplikowane liczenie ma miejsce przy ustalaniu ceny oprawy druków zwartych. Należy tu wziąć pod uwagę nakład, dodatkowe materiały, objętość w arkuszach i wszystkie procesy wchodzące w jej skład. W przypadku twardej oprawy książki będą to np. materiały: papier na wyklejkę, tektura na okładkę, merla, kapitałka, tasiemka; i procesy: falcowanie, zbieranie, szycie, doklejenie wyklejki i merli, zaokrąglenie grzbietu, obcięcie bloku na trójnożu, przyklejenie tasiemki, przygotowanie okładki (połączenie tektury z okleiną), zawieszenie bloku (okładkowanie — tutaj zostaje doklejona górna i dolna kapitałka), pakowanie i ewentualnie ekspedycja.
Dodatkowe informacje 1. Drużyńska Ada (red. wyd. polskiego) Przewodnik po papierze niepowlekanym. Papier, reprodukcja, drukowanie i techniki wykończeniowe, Artic Paper AB2002, Göteborg; ISBN91−974630−7−8, wersja on-line: polska | szwedzka 2. Serwis próbek i makiet Arctic Paper 3. Serwis obliczeń Cezex