ludzie | Typografia po polsku

Archiwum kategorii „ludzie”

Rozmowa z Andrzejem T.
Spotkanie trzecie, ostatnie

14 czerwca 2010

Trze­cie spo­tka­nie koń­czy cykl. Czy ty­po­gra­fia jest czę­ścią na­szego życia? Czy jest ważna? Na czym po­lega jej zna­cze­nie? Sty­kamy się z nią na co dzień, ale czy ją do­ce­niamy lub choćby do­strze­gamy? Mam na­dzieję, że wszystko, o czym z An­drze­jem To­ma­szew­skim mó­wi­li­śmy, sta­nowi ja­kąś po­moc dla pro­jek­tan­tów, a przy­naj­mniej inspirację.

Andrzej Tomaszewski
Fot. An­drzej Odyniec

Czy ist­nieje etyka za­wo­dowa ty­po­grafa?

Oczy­wi­ście, po­dob­nie jak w każ­dej pro­fe­sji. Je­żeli okre­ślimy ty­po­grafa, jako osobę zaj­mu­jącą się pro­jek­to­wa­niem i przy­go­to­wa­niem do druku (lub in­nego upo­wszech­nie­nia) pu­bli­ka­cji, to jego za­cho­wa­nia etyczne do­ty­czą głów­nie trzech re­la­cji mię­dzy­ludz­kich:
1) pomiędzy ty­po­gra­fem a autorem-​nadawcą opra­co­wy­wa­nego ko­mu­ni­katu (tre­ści tek­sto­wej lub iko­no­gra­ficz­nej);
2) typografem a od­biorcą ko­mu­ni­katu, czyli czy­tel­ni­kiem tre­ści;
3) wreszcie re­la­cji z dru­ka­rzem jako wy­twórcą pu­bli­ka­cji na pod­sta­wie pracy ty­po­grafa.
 Świa­do­mie po­mi­jam tu wszel­kie kwe­stie zwią­zane z re­la­cją zle­ce­nio­dawca – zle­ce­nio­biorca, po­nie­waż re­gu­lo­wane są od­po­wied­nimi prze­pi­sami praw­nymi oraz umo­wami o dzieło. Rów­nież pro­ble­ma­tyka prawa au­tor­skiego lub pa­ten­to­wego jest sze­roko opi­sana w li­te­ra­tu­rze prawno-​zawodowej. Skupmy się więc na wy­żej wy­mie­nio­nych trzech punk­tach.
 Ad 1) Imperatyw mo­ralny spro­wa­dza się do tego, że po­dej­mu­jąc się opra­co­wa­nia ko­mu­ni­katu (ulotki re­kla­mo­wej, ar­ty­kułu na­uko­wego, ar­ku­sza po­etyc­kiego, książki te­le­fo­nicz­nej, pro­gramu te­atral­nego, bi­letu na mecz, le­gi­ty­ma­cji par­tyj­nej czy in­nego druku) mamy obo­wią­zek do­głęb­nie po­znać in­ten­cje au­tora i jego ocze­ki­wa­nia. Prze­ko­ny­wa­nie autora-​nadawcy ko­mu­ni­katu do wła­snych kon­cep­cji es­te­tycz­nych i wi­zu­al­nych ma swoje gra­nice. Nie można przy­go­to­wy­wać pu­bli­ka­cji wbrew woli nadawcy. Zbyt czę­sto bywa, że po­wstaje pro­dukt, w któ­rym prze­staje on być au­to­rem prze­ka­zy­wa­nej tre­ści lub to, co chciał prze­ka­zać, ulega de­for­ma­cji.
 Ad 2) Końcowy od­biorca tre­ści, a więc jej czy­tel­nik, ni­gdy nie po­wi­nien umknąć uwa­dze pro­jek­tanta. Naj­prost­sza i w miarę ja­sna jest tu kwe­stia nie­utrud­nia­nia per­cep­cji ko­mu­ni­katu, a więc za­cho­wa­nia wa­lo­rów czy­tel­no­ści, roz­po­zna­wal­no­ści i rze­mieśl­ni­czej ja­ko­ści pu­bli­ka­cji. Na­to­miast są sprawy, które mu­simy roz­wa­żać we wła­snym su­mie­niu. Na­leżą do nich np.: opra­co­wy­wa­nie tre­ści fał­szy­wych lub wąt­pli­wych mo­ral­nie, uczest­nic­two w oszu­stwach po­li­tycz­nych lub mar­ke­tin­go­wych, an­ty­edu­ka­cja es­te­tyczna i pro­pa­go­wa­nie ki­czu — z ta­kich de­cy­zji żaden pro­jek­tant nie może czuć się zwol­niony. Sam wy­biera: do­chód czy re­zy­gna­cja z so­cjo­tech­nicz­nej blagi, pie­nią­dze na ubra­nie dla dziecka czy od­rzu­ce­nie pro­po­zy­cji łama­nia por­nosa, fajne wa­ka­cje czy od­mowa pro­duk­cji ulo­tek pi­ra­midy fi­nan­so­wej. Ale po­dobne de­cy­zje są, rzecz ja­sna, udzia­łem lu­dzi wielu za­wo­dów.
 Ad 3) Do nie­dawna sprawa była ja­sna — całe przy­go­to­wa­nie pro­duk­cji od­by­wało się w dru­karni i po­li­graf… jak so­bie po­ście­lił, tak się wy­spał. Dzi­siaj pracą w dru­karni „rzą­dzą” przy­go­to­wane przez nas pliki post­scrip­towe, pe­de­efy, in­struk­cje szcze­gó­łowe i wszel­kie wy­ma­ga­nia po­cho­dzące spoza dru­karni. Jest rze­czą bar­dzo ważną, aby za­cho­wać od­po­wied­nie sto­sunki in­ter­per­so­nalne z tech­no­lo­gami dru­karń i in­nymi pra­cow­ni­kami po­li­gra­fii, kon­sul­to­wać sprawy trudne, wspól­nie po­dej­mo­wać kło­po­tliwe tech­no­lo­gicz­nie de­cy­zje itp. Oczy­wi­ście nie zna­czy to, aby re­zy­gno­wać z wy­ma­gań ja­ko­ścio­wych lub prób wpro­wa­dze­nia ja­kiejś in­no­wa­cji. Niby zro­zu­miała, ludzka sprawa, a jed­nak po­wszechne są z jed­nej i dru­giej strony za­cho­wa­nia pełne pre­ten­sji, zło­śli­wo­ści i ir­ra­cjo­nal­nych po­staw w ro­dzaju: na złość ma­mie od­mrożę so­bie uszy.
 Za­sta­na­wiam się, czy można mó­wić o eto­sie śro­do­wi­ska ty­po­gra­fów. My­ślę, że jest on ści­śle zwią­zany z wie­lo­wie­ko­wym zna­cze­niem dru­kar­skiej pro­fe­sji. W dru­kar­skich spra­wach ist­nieje etos za­wodu, w in­ter­ne­to­wych jesz­cze się nie wykształcił.

Etos. Wielu pro­jek­tan­tów — ba, wielu dru­ka­rzy — nie ma o nim po­ję­cia. Kie­dyś prawo na­zy­wa­nia się to­wa­rzy­szem sztuki dru­kar­skiej było wy­ra­zem dumy i od­po­wie­dzial­no­ści. Drukarz-​typograf był zo­bo­wią­zany… No wła­śnie, czy etos upada? Mo­żesz go jesz­cze bar­dziej przybliżyć?

Jest ars między inszymi taka, iż nie tylko plebeium,
ale vere ipsum nobilem nie szkaradzi.

Bar­tosz Pa­procki: Herby ry­cer­stwa pol­skiego, Kra­ków 1584

O kim tak pięk­nie mó­wił zna­ko­mity szes­na­sto­wieczny polsko-​czeski he­ral­dyk? O nas! O dru­ka­rzach mia­no­wi­cie (w pierw­szych wie­kach dru­kar­stwa łac. ty­po­gra­phus = dru­karz). Pi­sał to już po­nad sto lat po uru­cho­mie­niu ofi­cyny mo­gunc­kiego miesz­cza­nina Jo­han­nesa Gu­ten­berga.
 Szla­chet­nie uro­dzo­nym ho­nor nie po­zwa­lał pa­rać się rze­mio­słem. Po­dobne za­ję­cie gro­ziło wręcz utratą szla­chec­twa. No­bi­les byli człon­kami ry­cer­skiego stanu i mo­gli tru­dzić się tylko w mi­li­tar­nej po­trze­bie albo za­rzą­dzać ma­jąt­kiem. Tym­cza­sem w XVI stu­le­ciu — zło­tym wieku pol­skiego dru­kar­stwa — znaj­du­jemy przy­kłady wy­nie­sie­nia ple­be­ju­szy do stanu szla­chec­kiego, wła­śnie spo­śród grona dru­ka­rzy.
 Naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nym przy­kła­dem jest no­bi­li­ta­cja Jana Łazarzowica-​Januszowskiego, by­łego se­kre­ta­rza kró­lew­skiego Zyg­munta Au­gu­sta, hu­ma­ni­sty i twórcy ory­gi­nal­nego kroju czcio­nek — No­wego ka­rak­teru pol­skiego. Syn dru­ka­rza Łaza­rza An­dry­so­wica zo­stał dzie­dzi­cem słyn­nej kra­kow­skiej Ofi­cyny Łaza­rzo­wej — kon­ty­nu­ują­cej tra­dy­cje warsz­tatu re­ne­san­so­wego ty­po­grafa Hie­ro­nima Wie­tora. Na sej­mie w 1588 roku Ja­nu­szow­ski uzy­skał in­dy­ge­nat szla­checki wraz z her­bem Kło­śnik (Rola), a dwa lata póź­niej od Zyg­munta III Wazy ty­tuł Ar­chi­ty­po­grafa wraz z przy­wi­le­jami.
 Mamy też inne przy­padki. Uszlach­cono Wa­len­tego Łapkę-​Łapczyńskiego, który tło­czył w dru­karni wę­drow­nej (tzw. la­ta­ją­cej), to­wa­rzy­szą­cej wy­pra­wom wo­jen­nym Ste­fana Ba­to­rego. Łapka w po­trze­bie po­rzu­cał swoje czcionki i chwy­tał za oręż. Na­wia­sem mó­wiąc, na jego pra­sie w War­sza­wie wy­dru­ko­wano po raz pierw­szy „Od­prawę po­słów grec­kich” Jana Ko­cha­now­skiego. Przy­pu­ścił go do herbu Je­lita wielki kanc­lerz i het­man ko­ronny Jan Za­moy­ski.
 No­bi­lami zo­stali po­tom­ko­wie kra­kow­skich Szar­fen­ber­gów, szlach­ci­cem był Ra­fał Skrzetuski-​Hoffhalter — dru­karz w Au­strii i na Wę­grzech, także Cy­prian Ba­zy­lik — kom­po­zy­tor [rów­nież po­eta; przyp. red.] i wła­ści­ciel dru­karni, Sta­ni­sław Koc­my­rzow­ski no­bi­li­to­wany przez ce­sa­rza Le­opolda I w Wied­niu oraz kilku in­nych przed­sta­wi­cieli na­szej pro­fe­sji.
 Stąd wła­śnie na­zwa — to­wa­rzysz. Na po­do­bień­stwo np. to­wa­rzy­szy pan­cer­nych w hu­sa­rii, albo też grona osób szla­chet­nych, któ­rzy dru­ka­rzy alias ty­po­gra­fów do­pusz­czali chęt­nie do swego to­wa­rzy­stwa.
 God­ność to­wa­rzy­sza sztuki dru­kar­skiej zdo­by­wało się ciężką, dłu­go­let­nią pracą uwień­czoną ak­tem rze­mieśl­ni­czych „wy­zwo­lin” spod wła­dzy drukarza-​pryncypała. My­ślę że warto o tym przy­po­mnieć, bo po­dobne im­pon­de­ra­bi­lia zwią­zane z za­wo­dową dumą miesz­czą się w sze­roko po­ję­tym eto­sie drukarstwa.

A więc upra­wiamy szla­chetny za­wód. Ale czy dru­kar­ski (ty­po­gra­ficzny) etos — po­dob­nie, jak słowo „to­wa­rzysz” — nie zo­stał zbru­kany?

Etos może nie tyle zo­stał zbru­kany, co za­po­mniany. Za­wód dru­ka­rza, ty­po­grafa, od po­czątku swego ist­nie­nia od­bie­rany był jako swego ro­dzaju kul­tu­rowa mi­sja. Dru­kar­stwo stało się spo­so­bem re­je­stro­wa­nia i prze­ka­zy­wa­nia zdo­by­czy cy­wi­li­za­cji. Za­pew­niło mię­dzy­po­ko­le­niowy kon­takt in­te­lek­tu­alny. Druk dał lu­dziom no­wo­cze­sny spo­sób po­rząd­ko­wa­nia my­śli. Tempo pracy drukarsko-​wydawniczej po­zwala na bie­żąco re­ago­wać w spra­wach po­li­tycz­nych, na­uko­wych, ar­ty­stycz­nych czy edu­ka­cyj­nych, a każda dzie­dzina wy­kształ­ciła so­bie wła­ściwe formy pu­bli­ka­cji. Nie jest przy­pad­kiem, że np. Cen­tralny Ośro­dek Badawczo-​Rozwojowy Prze­my­słu Po­li­gra­ficz­nego, w któ­rym pra­cuję, pod­lega Mi­ni­ster­stwu Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego.
 Na­wet je­śli po­pa­trzymy na po­li­gra­fię zwią­zaną z mar­ke­tin­go­wym ob­sza­rem dzia­ła­nia: dru­ko­wa­niem opa­ko­wań, ety­kiet, pro­spek­tów, fol­de­rów re­kla­mo­wych itp., mo­żemy do­strzec w niej na­rzę­dzie kre­owa­nia gu­stów spo­łecz­nych, pre­fe­ren­cji es­te­tycz­nych, czy wręcz za­cho­wań mo­ral­nych.
 Pa­trzę jed­nak opty­mi­styczne w przy­szłość, bo chyba pięk­no­du­chy nie dały się do końca po­ko­nać wszech­ogar­nia­ją­cej ko­mer­cji. Dzia­ła­nia wielu osób lub in­sty­tu­cji kra­jo­wych i za­gra­nicz­nych po­zwa­lają na taki optymizm.

Ale nie da się wrę­czyć etosu przy­szłym dru­ka­rzom czy ty­po­gra­fom ra­zem ze świa­dec­twem ukoń­cze­nia szkół. To jest prze­cież zbiór za­cho­wań i wła­ściwy tylko dla człon­ków śro­do­wi­ska spo­sób my­śle­nia, któ­rego się czło­wiek uczy od swo­ich men­to­rów.

My­ślę, że można po­ku­sić się o „wrę­cza­nie” etosu w szko­łach. Wszystko za­leży od na­uczy­cieli. Młody czło­wiek jest szcze­gól­nie po­datny na su­ge­stie do­ty­czące za­cho­wań i życio­wych po­staw. Jego oso­bo­wość jest jesz­cze czy­stą, nie­za­pi­saną kartą. Po­zba­wiony wzor­ców chło­nie jak gąbka np. wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury. Je­śli jed­nak na­uczy­ciele nie będą po­tra­fili wy­zwo­lić sa­tys­fak­cji z wy­ko­ny­wa­nej pracy i dumy z za­wodu, to oczy­wi­ście nic z tego nie bę­dzie.
 Zwróć uwagę, że obaj od­czu­wamy po­trzebę do­war­to­ścio­wa­nia ty­po­gra­fii. Twoje py­ta­nia i moje od­po­wie­dzi są tego naj­lep­szym do­wo­dem. Prze­cież po­win­ni­śmy ra­czej roz­ma­wiać o li­ter­kach, ty­tu­la­riach i pa­gi­nach. A my co?

Wzorce ró­wie­śni­czej sub­kul­tury, a słowo na­uczy­ciela… An­drzeju, sam prze­cież cho­dzi­łeś na wa­gary. Co było bar­dziej in­te­re­su­jące — teo­ria (szkoła), czy prak­tyka (dru­kar­nia)? Gdzie z tym eto­sem się można było za­po­znać? Sta­rzy maj­stro­wie nie wy­kła­dali go prze­cież zza biurka, a ra­czej sami go kul­ty­wo­wali. A nie by­wało też tak, że etos w dru­ka­rzu się wy­czer­py­wał i trzeba było go uzu­peł­nić, po­pi­ja­jąc szkla­neczką?

Masz ra­cję. Ja mia­łem w ro­zu­mie „na­uczy­ciela” w sen­sie ogól­niej­szym, ale w szkol­nym kon­tek­ście wy­szło, jak wy­szło. Nie­mniej w moim tech­ni­kum było dwóch, trzech na­uczy­cieli, któ­rzy wręcz za­ra­żali sza­cun­kiem i sym­pa­tią dla za­wodu. Inż. Jan Barszcz, przed­wo­jenny ma­szy­ni­sta ty­po­gra­ficzny, uczył ma­szy­no­znaw­stwa, a opo­wia­dał nam o spo­tka­niach z nie­zwy­kłymi oso­bami w dru­karni (na­wet o wie­wiórce bie­gną­cej po pa­sie trans­mi­syj­nym po­śpiesz­nej ma­szyny). Po­lo­nistka Zo­fia Cie­cha­now­ska pod­po­wia­dała, gdzie są wy­stawy ksią­żek, im­prezy wy­daw­ni­cze, spo­tka­nia z au­to­rami. My­ślisz, że nie cho­dzi­li­śmy? W ni­czym nam to nie prze­szka­dzało iść po­tem na mecz, na randkę albo na pry­watkę. Jan Jużda, na­uczy­ciel z ze­cerni, ho­łu­bił czcio­neczki i uczył wi­dzieć w nich coś wię­cej, niż ka­wa­łek brud­nego me­talu. Na fi­zyce, gdy była mowa o świe­tle i bar­wach, po­szli­śmy do Za­chęty na film o cza­ro­wa­niu ko­lo­rami przez ma­la­rzy im­pre­sjo­ni­zmu. Itd., itd.
 Od na­uczy­cieli wiele za­leży. Nie twier­dzę, że z mo­jej klasy wy­szli sami ar­ty­ści i mi­ło­śnicy czar­nej sztuki. Jed­nak kilka du­szy­czek zo­stało zło­wio­nych na całe życie. Przy naj­bar­dziej brud­nej ze­cer­skiej ro­bo­cie, albo przy mie­sza­niu farby, przy my­ciu wal­ców ma­szyny dru­kar­skiej, na­prawdę czu­li­śmy się pra­cow­ni­kami kul­tury. Być może brzmi to gór­no­lot­nie, ale tak bywa, gdy chce się wy­po­wie­dzieć, co się czuje.
 Mi­strzo­wie, sta­rzy wy­ja­da­cze w dru­kar­niach, to jesz­cze inna sprawa. Wów­czas nie­któ­rzy pa­mię­tali jesz­cze przed­wo­jenne czasy, gdy Pan Ze­cer wy­cho­dził po wy­pła­cie z dru­karni ga­ze­to­wej i za­ma­wiał dwie do­rożki. W pierw­szej je­chała la­ska i me­lo­nik, a w dru­giej Pan Ze­cer. Oczy­wi­ście nie je­chał pro­sto do domu, ale do ulu­bio­nego lo­kalu, aby z ko­leż­kami po­krze­pić się ja­kimś we­so­łym na­po­jem. Pa­no­wało bo­wiem ni­czym nie uza­sad­nione, a jed­nak po­wszechne mnie­ma­nie, że al­ko­hol jest świetną od­trutką na tlenki oło­wiu wdy­chane w znacz­nych daw­kach w dru­kar­niach. Znaczne dawki oło­wiu wy­ma­gały znacz­nych da­wek trunku.

Ręka rękę myje, a wszy­scy je­dziemy na tym sa­mym wózku. Być może ja­kieś po­czu­cie za­wo­do­wej jed­no­ści jest nam po­trzebne. Tylko po co?

Nie lu­bię po­rze­ka­dła „ręka rękę myje”, bo ko­ja­rzy się z si­twą albo kliką. Na­to­miast wspól­nota in­te­re­sów pro­jek­tan­tów, dru­ka­rzy, re­dak­to­rów czy mar­ke­tin­gow­ców jest fak­tem i wy­nika ze wspól­nej pracy nad fi­nal­nym pro­duk­tem.
 Dru­karz dru­ka­rza czy pro­jek­tant pro­jek­tanta może trak­to­wać jako kon­ku­ren­cję za­gra­ża­jącą wła­snym in­te­re­som. Za­wsze tak było i bę­dzie. Hi­sto­ria walki o przy­wi­leje dru­kar­skie XVI-​wiecznych kra­kow­skich ty­po­gra­fów prze­ciwko he­ge­mo­nii Hal­lera jest tego naj­lep­szym do­wo­dem. Jed­no­cze­śnie nie brak przy­kła­dów współ­pracy dru­ka­rzy w tam­tym okre­sie: wspól­nego ko­rzy­sta­nia z za­so­bów ty­po­gra­ficz­nych, mię­dzy­dru­kar­nia­nego współ­dzia­ła­nia fa­chow­ców i ich pryn­cy­pa­łów.
 Nie ma zresztą po­trzeby się­gać do przy­kła­dów z tak od­le­głych cza­sów. Wiemy prze­cież, że dzi­siaj pra­cu­jemy tu­taj, a ju­tro gdzie in­dziej, że za­kłady po­dej­mują ko­ope­ra­cję, że ist­nieje sze­roka wy­miana do­świad­czeń po­przez kon­fe­ren­cje, se­mi­na­ria, targi, in­ter­net, spo­tka­nia to­wa­rzy­skie. Nie ma więc sensu walka z in­nymi oraz kwasy i nie­chęć do osób dzia­ła­ją­cych w na­szej pro­fe­sji. Wcze­śniej czy póź­niej od­bija się to czkawką lub śro­do­wi­sko­wym ostracyzmem.

Przy­kłady do­brego i złego pro­jek­to­wana ty­po­gra­ficz­nego znaj­du­jemy nie­mal w każ­dym me­dium. Wszę­dzie, gdzie po­ja­wia się ja­ki­kol­wiek prze­kaz, za­zwy­czaj po­ja­wia się rów­nież tekst, a je­śli jest to tekst pi­sany (dru­ko­wany, wy­świe­tlany etc.) już mamy do czy­nie­nia z ty­po­gra­fią. Wy­daje się, że jest ona wszech­obecna, ale bar­dzo czę­sto igno­ro­wana. Wielu pro­jek­tan­tów we­szło do za­wodu przez ukoń­cze­nie szkoły wyż­szej, ale chyba więk­sza część jest sa­mo­ukami. Dziś można zdo­by­wać wie­dzę o pro­jek­to­wa­niu np. w cza­so­pi­smach dla gra­fi­ków czy róż­nych in­ter­ne­to­wych po­rad­ni­kach. Od czasu do czasu or­ga­ni­zo­wane są kon­fe­ren­cje albo warsz­taty pro­jek­towe, w któ­rych udział bywa bar­dzo kosz­towny. Jak i gdzie naj­le­piej zdo­by­wać wie­dzę na te­mat pro­jek­to­wa­nia w ogóle? jak i gdzie na te­mat ty­po­gra­fii?

Ilość in­for­ma­cji, jaka do­ciera do nas w dzi­siej­szych cza­sach osią­gnęła masę kry­tyczną. Co­raz czę­ściej łapiemy się na omi­ja­niu wzro­kiem re­klam, wy­rzu­ca­niu nie­czy­ta­nych dru­ków, „wy­łą­cza­niu” swo­ich re­cep­to­rów w na­dziei na nieco spo­koju oraz aby ze­brać i usły­szeć wła­sne my­śli. Ale nic z tego! Oto przy­słali znowu SMS, mu­sisz spraw­dzić ma­ile, do ki­bla i do łazienki bie­rzesz te­le­fon, z te­le­wi­zora wrzesz­czy gło­śniej emi­to­wana re­klama, itd., itd. Jesz­cze pró­buję się z tym bo­ry­kać. Mam jed­nak ko­le­gów, któ­rzy już się pod­dali i tylko od czasu do czasu, jak bły­ska­wica prze­la­tuje im myśl: Boże, jesz­cze kilka lat temu czy­ta­łem Kon­wic­kiego i He­gla, a te­raz we łbie no­szę błoto.
 Pi­szesz o złej i do­brej ty­po­gra­fii wo­kół nas. Tak jest. Za­wsze było po­dob­nie i naj­pew­niej długo bę­dzie. Bę­dzie zły ty­po­graf i do­bry. Bę­dzie zły i do­bry mu­rarz, zły le­karz i ko­no­wał. Ale ja so­bie zro­bi­łem z ja­ko­ści ty­po­gra­fii wła­sną, pry­watną ma­szy­ne­rię se­lek­cyjną. Mia­no­wi­cie na­uczy­łem się nie czy­tać nie­chluj­nych tek­stów i od­rzu­cać je, jak od­rzuca się pod­gniłe tru­skawki. Nadawca tek­sto­wego ko­mu­ni­katu, dla któ­rego wszystko jedno, że cu­dzy­słów w pol­skim tek­ście jest an­giel­ski, albo nie roz­róż­nia myśl­nika i łącznika, czy też pi­sze słowa po­spo­lite wielką li­terą a imiona wła­sne małą, jest przeze mnie na wstę­pie „zwol­niony”. On nie pi­sze do mnie, ale do ja­kie­goś bez­ro­zum­nego plebsu. Do ludz­kiej tłusz­czy, która po­dob­nie jak on za­po­mniała już, czego uczono w pod­sta­wówce. Od­bie­ram to jako wci­ska­nie kitu lub czę­sto­wa­nie tek­stem nie­przy­go­to­wa­nym, a więc — naj­praw­do­po­dob­niej nie­wia­ry­god­nym.
 Sza­cu­nek dla pi­sma two­rzy ty­po­grafa. Trzeba zro­zu­mieć jego fe­no­men, do­strze­gać piękno, znać i sto­so­wać za­sady pi­sowni, czuć du­cha hi­sto­rii pi­sma i no­wo­cze­sno­ści. Bez uży­cia pi­sma, klu­czo­wego wy­na­lazku ziem­skiej cy­wi­li­za­cji, nie spo­sób utrwa­lić żad­nej głęb­szej my­śli. Ob­raz­kami nie za­pi­szemy ani „Lo­ko­mo­tywy” Tu­wima, ani sta­ty­styki Bosego-​Einsteina, choćby na­wet i Ca­ra­vag­gio pi­nxit. Za­miast prze­czy­tać „ogary po­szły w las”, mo­żemy zo­ba­czyć w te­le­wi­zo­rze jak psy po­bie­gły do lasu. Nie są­dzę więc, aby wszy­scy twórcy ksią­żek i prasy dali się ze­pchnąć w pry­mi­ty­wizm po­pkul­tury. Albo le­piej: jedni da­dzą się, inni nie.
 Ja już tego nie zo­ba­czę, ale Ty Ra­fale wraz z za­wo­do­wymi przy­ja­ciółmi (i ry­wa­lami) bę­dziesz two­rzył eli­tarną grupę osób czy­ta­ją­cych, upra­wia­ją­cych do­brą ty­po­gra­fię, czu­ją­cych tekst, szu­ka­ją­cych au­to­rów, któ­rzy mają coś do po­wie­dze­nia. Owa elita bę­dzie dość szczu­pła, ale bar­dzo zna­cząca. Nie­któ­rzy z człon­ków ota­cza­ją­cej Was ludz­kiej magmy ga­dże­cia­rzy, czci­cieli ob­razka oraz po­spo­li­tej de­mo­kra­cji, w któ­rej więk­szo­ścią gło­sów ustala się, kto ma ra­cję, będą usil­nie sta­rali do­stać się do Wa­szej elity. Wów­czas jed­nak będą mu­sieli „wku­pić się” pło­dem wła­snego ro­zumu za­pi­sa­nym na kar­cie pa­pieru. Spo­łecz­ność ro­dem z Ga­lak­tyki Gu­ten­berga zde­cy­do­wa­nie się skur­czy i naj­praw­do­po­dob­niej książka, ga­zeta czy in­te­lek­tu­alne cza­so­pi­smo, będą eks­klu­zyw­nym to­wa­rem sprze­da­wa­nym w czymś na kształt ga­le­rii albo gaju Aka­de­mosa. Bę­dzie tam przy­jem­nie, a w swoim gro­nie znaj­dzie­cie roz­rywkę i szczę­ście.
 A gdzie się uczyć? Je­śli ko­muś nie wy­star­czają kra­jowe szkoły, im­prezy warsz­ta­towe i se­mi­na­ryjne oraz do­stępna li­te­ra­tura, nie ma pro­blemu. Zür­cher Hoch­schule der Kün­ste albo Créa­tion Ty­po­gra­phi­que w pa­ry­skiej École Es­tienne pra­cują nie bo­jąc się mod­nego ha­sła „No fu­ture book”. Trzeba po­znać ję­zyk i je­chać po na­ukę. Wszystko jedno który: an­giel­ski, nie­miecki, fran­cu­ski, wło­ski czy cze­ski, bo szkół w Eu­ro­pie dostatek.

Will Powers

21 grudnia 2009

Miało być zu­peł­nie o czym in­nym, ale po­szu­ku­jąc e-​maila do Willa Po­wersa, który kie­dyś pi­sał mi na jed­nej z list dys­ku­syj­nych o swo­ich mło­dzień­czych, ty­po­gra­ficz­nych do­świad­cze­niach, tra­fi­łem na in­for­ma­cję, że wła­śnie w sierp­niu zmarł.

Will Powers
Will Po­wers w Co­lo­rado, na po­czątku sierp­nia 2009 r.

Wy­obraź­cie so­bie — pi­szę do niego, nie mam pod ręką tylko ad­resu, który od­naj­duję ra­zem z tą smutną wia­do­mo­ścią. Jesz­cze w lipcu Will pisał:

Latem 1973 roku u­czest­ni­czy­łem w czymś bar­dzo po­dob­nym do Type Camp. Ray Nash, który wiele lat uczył pro­jek­towa­nia i ty­po­gra­fii w Dart­mo­uth Col­le­ge, organizował let­nie warsz­taty na swo­jej far­mie w Roy­al­ton, w sta­nie Ver­mont. • Było nas około ośmiu u­czest­ni­ków, wszy­scy po­ni­żej trzy­dziest­ki, wszy­scy za­in­te­reso­wani ty­po­gra­fią. W sta­rej sto­dole stały ta­stry i od­le­war­ki mo­noty­powe. Było też tam sta­no­wi­sko ła­mania i ręcz­na prasa dru­kar­ska. Skła­dali­śmy, dru­ko­wa­li­śmy i o­ce­nia­liśmy. Duże i małe ak­cy­den­sy. • Jako świe­żo u­pie­czo­ny cze­lad­nik ze­cer­ski, mia­łem nieco pod­sta­wowych u­mie­jęt­no­ści, ale naj­waż­niej­sze, że dzień w dzień, stale my­śle­li­śmy i ga­dali­śmy o typo. • Wszy­scy, oprócz mnie, miesz­ka­li przez czte­ry ty­go­dnie w zruj­no­wa­nym bu­dyn­ku na far­mie. Ja z żo­ną spę­dzi­łem lato kilka go­spodarstw dalej, a więc stra­ci­łem wiele noc­nych ko­le­żeń­skich po­ga­wę­dek. • To było cu­dow­ne lato. My­śla­łem, pa­trzy­łem i do­ty­ka­łem czcio­nek co­dzien­nie, jak w cza­sie prak­tyk, ale nie go­ni­ły mnie żadne ter­mi­ny, ani nie po­ga­niał maj­ster. • Ch­ciał­bym, by wszy­scy mło­dzi ty­po­gra­fowie mogli do­świad­czyć cze­goś ta­kie­go.

Wil­liam Po­wers, to je­den z nie­licz­nych dziś di­zaj­ne­rów, któ­rzy za­czy­nali swoją drogę od pracy w oło­wiu. Zdo­był za­wód ze­cera i za­nim za­czął pro­jek­to­wać pa­rał się dru­kar­stwem. Póź­niej pra­co­wał rów­nież w wy­daw­nic­twach i agen­cjach re­kla­mo­wych jako de­si­gner, type di­rec­tor i re­dak­tor. Wy­kła­dał pro­jek­to­wa­nie ksią­żek i ty­po­gra­fię na uczel­niach.
 W 1998 roku wstą­pił do Min­ne­sota Hi­sto­ri­cal So­ciety, na rzecz któ­rego pra­co­wał przez ostat­nią de­kadę w dziale wy­daw­nictw. Był rów­nież człon­kiem pre­sti­żo­wych or­ga­ni­za­cji ame­ry­kań­skich i mię­dzy­na­ro­do­wych, jak ATypI czy Type Di­rec­tors Club.
 Dał się po­znać, jako za­pa­lony or­ni­to­log, czyn­nie upra­wiał sport ro­we­rowy i pły­wa­nie. Jako wielki mi­ło­śnik jazzu, czę­sto i z wielką przy­jem­no­ścią prze­by­wał w klu­bach Twin City, ser­wu­ją­cych wła­śnie tę mu­zykę.
 Wy­warł wielki wpływ na pro­jek­tan­tów i ty­po­gra­fów w Ame­ryce i na świe­cie. Uwiel­biał dia­log z ludźmi. W upo­wszech­nia­niu wie­dzy — ty­po­gra­ficz­nej kul­tury — po­słu­gi­wał się nie tylko for­mułą wy­kładu. Jego wy­po­wie­dzi można zna­leźć na li­stach dys­ku­syj­nych i fo­rach.
 Zmarł 25 sierp­nia na za­wał serca, pod­czas wa­ka­cji u ro­dziny w Ka­na­dzie. Miał sześć­dzie­siąt trzy lata.
 Chcia­łem po­ka­zać jego kilka pro­jek­tów ksią­żek, ale oka­zały się nie­do­stępne, za­cy­tuję więc jego ar­ty­kuł, do­ty­czący hi­sto­rii dru­kar­stwa i ty­po­gra­fii — bar­dzo in­te­re­su­ją­cego i mało u nas zna­nego sys­temu składu go­rą­cego lu­dlow (na­zwa urzą­dze­nia po­cho­dzi od jed­nej z ame­ry­kań­skich miejscowości).


Co to jest lu­dlow? Will Po­wers
[w:] Let­ter­Space wiosna/​lato 06, s. 4, Type Di­rec­tors Club, 2006, New York

Szybko! Co to jest lu­dlow? i dla­czego ty­po­gra­fów po­winno to ob­cho­dzić?
 Rza­dziej uży­wany niż mo­no­typ czy li­no­typ, przez wiele lat sys­tem lu­dlow był „trze­cią drogą” składu go­rą­cego. W naj­lep­szych pra­cow­niach — jak w man­ha­tań­skim Car­di­nal Type Se­rvice — i ma­ło­mia­stecz­ko­wych ga­ze­tach nie­zli­czoną ilość ogło­szeń i na­głów­ków, w la­tach 1920 – 1970, skła­dano na lu­dlo­wach. Tro­chę tych ma­szyn używa się jesz­cze w wielu za­kła­dach przy pro­duk­cji ma­tryc do tło­czeń lub pie­czą­tek.
 Dzi­siejsi ty­po­gra­fo­wie prze­waż­nie wie­dzą o od­lew­niach czcio­nek, li­no­ty­pach i mo­no­ty­pach, ale nie o lu­dlo­wach. Sui ge­ne­ris, lu­dlow był in­te­re­su­jącą hy­brydą. Nie miał kla­wia­tury. Ze­cer skła­dał mo­siężne ma­tryce ręcz­nie do spe­cjal­nego wier­szow­nika, tro­chę jak w skła­dzie ręcz­nym, jed­nak ma­szyna od­le­wała wiersz, po­dobny do li­no­ty­po­wego. Skła­dacz miał luk­sus pre­cy­zyj­nego ju­sto­wa­nia, jak w uko­cha­nym skła­dzie ręcz­nym, po­nadto łatwo było za­my­kać wier­sze [w wier­szow­niku]. Mógł wy­twa­rzać setki róż­nych lub ta­kich sa­mych wier­szy dzien­nie.
 To był praw­dziwy koń po­cią­gowy: łatwy do na­ucze­nia, pro­sty w ob­słu­dze, o ni­skiej awa­ryj­no­ści i łatwy do na­pra­wie­nia. Istny wół ro­bo­czy, choć po­wolny. Tempo pracy sta­no­wiło po­ważną wadę: po od­la­niu wier­sza, ma­tryce na­le­żało roz­mon­to­wać i przed przy­stą­pie­niem do skła­da­nia i od­le­wa­nia ko­lej­nego, wło­żyć z po­wro­tem do kaszty. Z tego po­wodu lu­dlow nie był przy­sto­so­wany do składu in­nych, niż krót­kie tek­sty w nie­ju­sto­wa­nych ko­lum­nach.
 Naj­czę­ściej uży­wano lu­dlowa do pro­za­icz­nych rze­czy, jed­nak można było na nim uzy­skać skład rów­nie ele­gancki, jak przy uży­ciu li­no­ty­pów czy mo­no­ty­pów. Ale poza co­dzienną pracą, sys­tem składu jest na tyle do­bry, na ile do­sko­nałe są znaki, które od­twa­rza i tu tkwi ta­jem­nica złej re­pu­ta­cji lu­dlowa. Fa­bryka Lu­dlow wy­twa­rzała mniej kro­jów i ro­dzin, niż po­zo­stali pro­du­cenci, mimo, że część z nich zy­skała rów­nie wiel­kie uzna­nie, jak inne, kla­syczne kroje składu go­rą­cego.
 A więc Lu­dlow zo­stał ze­pchnięty na ty­po­gra­ficzny mar­gi­nes. Czy na to za­słu­żył? Nie cał­kiem. Garść kro­jów Lu­dlowa była rów­nie do­bra, jak kroje kon­ku­ren­cji i za­słu­gi­wała na taką samą uwagę. Za­po­zna­wa­łem się z pi­smami Lu­dlowa od pierw­szego dnia pracy w skła­dzie go­rą­cym, od kiedy zo­ba­czy­łem ma­szynę i usły­sza­łem, że mam się na­uczyć jej ob­sługi. Przez osiem­na­ście mie­sięcy sta­łem co­dzien­nie przed tym lu­dlo­wem, skła­da­łem i od­le­wa­łem mnó­stwo wier­szy, do­sko­na­ląc swój fach. Stop­niowo przy­swa­ja­łem so­bie ja­kieś zro­zu­mie­nie pism i róż­nic mię­dzy nimi, po­woli wy­ra­bia­łem so­bie opi­nię o ich za­le­tach. Głów­nie dzięki temu, że po­zna­jąc i pra­cu­jąc z po­szcze­gól­nymi kro­jami Lu­dlow, ob­ser­wo­wa­łem je każ­dego ty­go­dnia w wielu róż­nych ze­sta­wie­niach.
 Naj­waż­niej­szymi z pism Lu­dlowa były: Ga­ra­mond, Stel­lar, Del­phian, Eu­se­bius, Ra­diant i Tempo, wszyst­kie za­pro­jek­to­wane przez na­czel­nego ty­po­grafa w Lu­dlow, Ro­berta Hun­tera Mid­dle­tona — pro­jek­tanta, któ­rego kunszt za­słu­guje na uważne prze­stu­dio­wa­nie. Za­zwy­czaj wy­mie­nia się jego na­zwi­sko obok ta­kich, jak: Goudy, Dwig­gins i Zapf. Po­dob­nie, jak każdy z nich, mu­siał po­ko­nać tech­niczne ogra­ni­cze­nia sys­temu składu, by przy­go­to­wać ele­ganc­kie, uży­teczne kroje. Jed­nym z naj­bar­dziej do­kucz­li­wych pro­ble­mów było opra­co­wa­nie ład­nego ker­ningu w kur­sy­wie, tak oczy­wi­stego w pi­smach wiel­kich do­mów ty­po­gra­ficz­nych i w tak wielu kro­jach Mo­no­type. W Lu­dlow, Mid­dle­ton pró­bo­wał to obejść, przy po­mocy uko­śnych ma­tryc dla kur­sywy i spe­cjal­nych wier­szow­ni­ków. Po­dob­nie, jak w kur­sy­wach li­no­ty­po­wych, efekty były naj­czę­ściej mniej wdzięczne, niż w kur­sy­wach mo­no­ty­po­wych, nie­mniej Lu­dlow Ga­ra­mond za­li­cza się do naj­ład­niej­szych kur­syw wśród Ga­ra­mon­dów.
 Dwa inne kroje Lu­dlow, za­pro­jek­to­wa­nie przez Mid­dle­tona, rów­nież za­słu­gują na opi­sa­nie. Eu­se­bius nie jest tak bar­dzo znany, jak Cen­taur Bruce’a Ro­gersa, lecz nad­zwy­czaj do­brze wy­cięty i so­lid­niej­szy, niż Cen­taur w skła­dzie go­rą­cym. Ro­gers sam się wy­ra­ził, że Eu­ze­bius „jest wier­niej­szą re­pro­duk­cją li­ter Jen­son, niż Cen­taur”.
 Nie­któ­rzy twier­dzą, że Optima Her­manna Za­pfa była in­spi­ro­wana, za­pro­jek­to­wa­nym przez Mid­dle­tona w dwóch od­mia­nach, pi­smem Stel­lar, star­szym o trzy­dzie­ści lat. Stel­lar jest upo­śle­dzony przez brak kur­sywy i wy­raź­nie wy­czuwa się w nim lata trzy­dzie­ste, ale jego od­miana z sze­ry­fami skry­tymi [ang. flare-​serif] z pew­no­ścią mo­gła sta­no­wić wzór dla Optimy.
 Ale nie wszystko z Lu­dlow było ele­ganc­kie i ory­gi­nalne. Jak wszę­dzie w tam­tym okre­sie, w Lu­dlow ko­pio­wano, ina­czej tylko na­zy­wa­jąc, prace in­nych od­lewni. I tak Goudy Old­style pod­ro­biono, jako Lu­dlow 11, a Co­oper Black prze­mia­no­wano na Lu­dlow Black.
 Lu­dlowy zo­stały wy­parte przez ist­nie­jące sys­temy składu go­rą­cego, a więk­szość kro­jów wy­szła z uży­cia. Nie­które z nich zo­stały wskrze­szone, jak Ga­ra­mond, Eu­se­bius, Stel­lar, Ra­diant czy Ze­phyr — chyba ostatni krój wy­dany przez Lu­dlow w 1964 r. Nie­dawno Mi­chael Ha­rvey roz­bu­do­wał i po­now­nie wy­dał pi­smo Ze­phyr.
 Po­rzu­ci­łem skład czcion­kowy dla kom­pu­te­ro­wego pra­wie dwa­dzie­ścia lat temu. Nie żałuję tego. Ale po przej­ściu na eme­ry­turę — gdy­bym zna­lazł lu­dlowa w do­brym sta­nie, z do­brym ze­sta­wem ma­tryc na sprze­daż — z po­wro­tem za­kła­dam far­tuch i po­now­nie za­czy­nam pa­rzyć palce go­rą­cymi, świeżo od­la­nymi wier­szami.
 Ta ma­szyna zaj­muje spe­cjalne miej­sce w hi­sto­rii ame­ry­kań­skiej ty­po­gra­fii. Cie­szę się, że była rów­nież czę­ścią mo­jej praktyki.

Skolar

13 grudnia 2009

Sko­lar. Pi­smo za­pro­jek­to­wane przez Da­vida Bře­zinę z Czech. Da­vid pre­zen­to­wał je pod­czas KRAK­Typo i trzeba przy­znać — mimo że po an­giel­sku — był to bar­dzo cie­kawy pokaz.

Skolar

Jak wi­dać — po­my­ślany prze­cież, jako pi­smo dzie­łowe — do­sko­nale pre­zen­tuje się rów­nież na pla­ka­tach. Po­siada nie­wielki kon­trast, a rów­no­cze­śnie bar­dzo cie­kawy krój. Nieco bar­dziej skon­tra­sto­wany Su­rat — osobny krój z ję­zy­kiem gu­dża­rati (jed­nym z wielu ję­zy­ków urzę­do­wych w In­diach), który rów­nież wpi­suje się w ro­dzinę — można trak­to­wać jako su­ple­ment do Sko­lara. Cy­ry­lica w pełni od­po­wiada cha­rak­te­rem wer­sji łaciń­skiej. Jakże wy­mowne, że to wła­śnie ją na­gro­dzono w dwóch te­go­rocz­nych kon­kur­sach: ro­syj­skim Mo­dern Cy­ril­lic i ar­meń­skim Gran­shan.

Skolar, prosty
Skolar, kursywa
Skolar, strzałki
Skolar, cyrylica
Skolar, Surat
Skolar, diakrytyki

Au­tor bez wąt­pie­nia do­sko­nale się zna na ty­po­gra­fii mul­ti­ję­zycz­nej. Dia­kry­ty­kom przez niego za­pro­jek­to­wa­nym nie można nic za­rzu­cić. Świetna cy­ry­lica! W przy­szło­ści pi­smo zo­sta­nie po­sze­rzone rów­nież o al­fa­bet grecki.
 Kim jest Da­vid Bře­zina? Ukoń­czył in­for­ma­tykę w Ma­sa­ry­kova Uni­we­rzita (Brno, Cze­chy) oraz pro­jek­to­wa­nie pism w Uni­ver­sity of Re­ading (Re­ading, Wielka Bry­ta­nia). Ty­po­graf, czło­nek ATypI.
 Obec­nie pra­cuje, jako nie­za­leżny pro­jek­tant i kon­sul­tant. Jest ak­tywny w ta­kich dzie­dzi­nach, jak: pro­jek­to­wa­nie wie­lo­ję­zycz­nych pism (rów­nież dla ję­zy­ków nie­ła­ciń­skich), pro­gra­mo­wa­nie fon­tów Open­Type, pro­jek­to­wa­nie gra­ficzne i ty­po­gra­ficzne, kon­sul­ta­cje zwią­zane z pi­smami dru­kar­skimi i fon­tami. Oka­zjo­nal­nie wy­kłada oraz pu­bli­kuje na te­maty zwią­zane z ty­po­gra­fią.
 Skolar/​Surat, to pro­jekt jego życia, cią­gle udo­sko­na­lany i roz­wi­jany, ale mam na­dzieję, że nie ostatni. To bar­dzo do­bry pro­jekt. Za­ło­że­niem było stwo­rze­nie kroju zop­ty­ma­li­zo­wa­nego do dłu­gich, struk­tu­ral­nych tek­stów, bar­dzo czy­tel­nego w ma­łych stop­niach za­równo w od­mia­nie pro­stej, jak i kur­sy­wie czy ka­pi­ta­li­kach, do­brze spra­wu­ją­cego się w pu­bli­ka­cjach za­wie­ra­ją­cych duże ilo­ści cią­głego tek­stu, przy­pi­sów, in­dek­sów gór­nych i dol­nych, ta­bel, skom­pli­ko­wa­nych strza­łek, jed­nym sło­wem — naukowego.

Studium pisma Ehrhardt_MT

Da­vid za­czy­nał pracę od stu­dio­wa­nia ta­kich kro­jów, jak Ehr­hardt MT, Ti­mes New Ro­man czy Aca­de­mica, przy­glą­dał się pu­bli­ka­cjom na­uko­wym róż­nych wy­daw­nictw, dys­ku­to­wał i za­sta­na­wiał się: Jak po­wi­nien wy­glą­dać taki krój? Czego ocze­kują na­ukowcy? Do­szedł do na­stę­pu­ją­cych wnio­sków:
— po­żą­dany sto­pień pi­sma to 10 – 11 pkt. o wy­so­ko­ści x 1,5 mm;
— krój po­wi­nien do­brze się za­cho­wy­wać w przy­pi­sach w stop­niu 7 – 8 pkt. i 1 mm wy­so­ko­ści x;
— po­wi­nien rzu­cać się w oczy w są­siedz­twie ilu­stra­cji;
— od­miana gruba musi do­brze dzia­łać za­równo w skró­tach, jak i dłu­gich tek­stach — być może po­trzeba dwóch gru­bych od­mian, zróż­ni­co­wa­nych wagą;
— kur­sywa po­winna wy­róż­niać się w skró­tach, a rów­no­cze­śnie być czy­telna w dłu­gich tek­stach;
— krój po­wi­nien za­wie­rać wy­ra­zi­ste znaki in­ter­punk­cyjne i na­wiasy, które będą współ­grać i z tek­stem, i cy­frami;
— ko­nieczna jest ob­sługa wszyst­kich łaciń­skich ję­zy­ków eu­ro­pej­skich oraz trans­li­te­ra­cji naj­waż­niej­szych ję­zy­ków nie­ła­ciń­skich (np. chiński/​pinyin, san­skryt etc.);
— punk­tory (bu­lety), in­deksy górne i dolne mu­szą być spójne we wszyst­kich wariantach.

Skolar, elementy stylistyczne
Skolar, szkice
 Uwzględ­nia­jąc po­wyż­sze po­stu­laty, wy­pra­co­wał in­te­re­su­jący krój sze­ry­fowy, o tro­chę nie­jed­no­znacz­nej dwu­ele­men­to­wo­ści i — jak po­ka­zują przy­kłady — do­sko­nale speł­nia­jący po­wzięte za­ło­że­nia. Rzućmy okiem na ar­ku­sze testowe.

Skolar, próbkaSkolar, próbkaSkolar, próbka
Skolar, próbkaSkolar, próbkaSkolar, próbka
Skolar, próbkaSkolar, próbka

Sprze­daż pro­wa­dzi wy­łącz­nie Type To­ge­ther. Obec­nie można na­być tylko od­mianę pro­stą i kur­sywę oraz ich wa­rianty po­gru­bione — semi-​bold, bold — w su­mie sześć od­mian (bez Su­rata, cy­ry­licy, ani trans­li­te­ra­cji). Pa­kiet kosz­tuje 199 do­la­rów.
 Cena, dla osób zaj­mu­ją­cych się edy­tor­stwem na­uko­wym, jest roz­sądna. Pu­bli­ka­cje na­ukowe naj­czę­ściej za­wie­rają grekę — na­wet je­śli tylko po­je­dyn­cze glify, to wy­pa­da­łoby ją mieć całą w tym sa­mym fon­cie — a więc może pro­szę się wstrzy­mać z za­ku­pem do czasu opu­bli­ko­wa­nia wer­sji pro, co na­stąpi w pierw­szym kwar­tale 2010 roku.
 Sko­lar Pro bę­dzie za­wie­rał cy­ry­licę we wszyst­kich wa­rian­tach na­ro­do­wych, grekę w wa­rian­cie po­li­to­nicz­nym i mo­no­to­nicz­nym oraz (praw­do­po­dob­nie) ze­staw zna­ków do trans­li­te­ra­cji. Na­leży jed­nak się spo­dzie­wać, że zo­sta­nie obar­czony wyż­szą ceną.

In­for­ma­cje
Da­vid Bře­zina Strona do­mowa
Type To­ge­ther Dys­try­bu­cja Sko­lara
Kon­kursy pro­jek­to­wa­nia pism Mo­dern Cy­ril­lic | Gran­shan