dziwy | Typografia po polsku

Archiwum kategorii „dziwy”

Embargo

12 listopada 2011  [Instapaper Text] [Readability]

Po­niższe zdanie po­chodzi z ko­re­spon­dencji służ­bowej z or­ga­ni­za­torem kon­fe­rencji na­ukowej «W po­szu­ki­waniu od­po­wied­niej formy» — prze­miłą panią doktor z In­sty­tutu In­for­macji Na­ukowej i Bi­blio­te­ko­znaw­stwa Uni­wer­sy­tetu Wro­cław­skiego, którą — o ile mnie pa­mięć nie myli — kiedyś nawet po­znałem oso­bi­ście (kon­fe­rencja od­bę­dzie się już 2325 li­sto­pada i jak wy­wnio­sko­wałem z ko­re­spon­dencji, są jeszcze miejsca, więc można się zgła­szać):

Sza­nowny Panie,
Rada Pro­gra­mowa od­mó­wiła udzie­lenia Panu akre­dy­tacji prasowej.

Tak więc wszystkim, którzy py­tali, od­po­wiadam z przy­kro­ścią: nie będę mógł jej dla was zre­la­cjo­nować.
 W kon­tek­ście trwa­ją­cego roku He­we­liusza kilka mie­sięcy temu zwró­ciłem się do przed­sta­wi­cieli Bi­blio­teki Gdań­skiej PAN o moż­li­wość po­ka­zania wy­bra­nych he­we­lianów na blogu. Rów­nież spo­tkałem się z od­mową.
 To dwa naj­ja­skrawsze przy­kłady spo­śród więk­szej liczby ta­kich epi­zodów w mojej ko­lekcji. Trudno mi je zin­ter­pre­tować. Praw­do­po­dobnie blog w gło­wach wielu osób wid­nieje bar­dziej jako fa­na­beria niż nor­malne me­dium pra­sowe. Nie każdy bo­wiem sobie zdaje sprawę, że blogi z suk­cesem za­go­spo­da­ro­wały sporą część rynku prasy, a ich au­torzy nie muszą sami sobie pisać „li­stów do re­dakcji” (jak to się zdarza w ga­ze­tach), po­nieważ mają praw­dzi­wych czy­tel­ników, często w dużej liczbie i bardzo ak­tyw­nych.
 Do­wody otwar­tości śro­do­wisk na­uko­wych, dzięki którym po­wstały teksty «Psał­terz z Faddan More» i «Gdański ma­nu­skrypt», nie po­wstrzy­mują mnie jednak od spo­strze­żenia, że ist­nieje ja­kieś na­pięcie między światem na­ukowym, a „światem ze­wnętrznym” — nie­usta­jący lęk, że wszę­dzie czai się pod­stęp, czy­hają na nasze osią­gnięcia. Ta po­dejrz­li­wość pro­wadzi nawet do nad­uży­wania prawa w pań­stwo­wych bi­blio­te­kach — wszystkie mają usta­lone cen­niki za pu­bli­kację w za­leż­ności od na­kładu i prze­zna­czenia — do­kładnie tak jak w przy­padku udzie­lania li­cencji. Tylko że żadna z nich nie jest dys­po­nentem au­tor­skich praw ma­jąt­ko­wych do ar­chi­wi­zo­wa­nego dzieła, po­mi­jając nawet fakt, że myślę o dru­kach, do któ­rych prawa ma­jąt­kowe dawno wygasły.

teczka zamknięta na kłódkę

To na­pięcie kry­sta­li­zuje się w usta­no­wieniu swo­istego em­barga in­for­ma­cyj­nego, wobec któ­rego po­wstaje py­tanie: dla­czego in­sty­tucje kul­tury i nauki blo­kują jej upo­wszech­nianie? Wpraw­dzie można po­wie­dzieć że tylko czę­ściowo, nie­mniej kon­sta­tacja że blo­kują jest we­dług mnie oczy­wista. To nie­po­jęte — kul­tura na­leży do dóbr re­gla­men­to­wa­nych. Żyjemy po­dobno w erze cy­frowej, za­kła­damy in­ter­ne­towe bi­blio­teki, na­wo­łu­jemy do sze­ro­kiego udo­stęp­niania itd., a z dru­giej strony za­zdro­śnie trzy­mamy to wszystko dla siebie. Niech no ktoś tylko za­pra­gnie sko­rzy­stać, zaraz do­stanie po łap­kach.
 Czy pa­mię­tacie awan­turę o fo­to­gra­fo­wanie w mu­zeach? Oka­zało się, że zakaz był nie­słuszny i pla­cówkom mu­ze­alnym nie wolno fo­to­gra­fo­wania za­ka­zywać, ani po­bierać za nie opłat. I tu chyba jest pies po­grze­bany. Pew­ni­kiem chodzi o pieniądze.

Na co portfolio detepowcom?

16 maja 2011  [Instapaper Text] [Readability]

Zda­rzają się ogło­szenia o pracę dla de­te­powca. W części z nich znaj­duję się żądanie do­łą­czenia port­folio. Port­folio to zbiór pro­jektów — wła­snych, oczy­wi­ście. Cóż więc może mieć na myśli idiota, który chce za­trudnić de­te­powca — osobę nie do pro­jek­to­wania, lecz wła­śnie do od­twa­rzania tu­dzież uzdat­niania cu­dzych pro­jektów — i żąda od niego port­folio? Co na­le­ża­łoby tam umie­ścić i jak po­kazać swój de­te­powski kunszt? Czy do­brze przy­go­to­wany brzydki pro­jekt jest gor­szym jego świa­dec­twem, niż ładny?
 Gdy czytam takie ogło­szenie, prze­czuwam że jego kon­struktor nie tylko jest igno­rantem — nie roz­róż­nia­jącym ope­ra­torów dtp od pro­jek­tantów, nie po­tra­fiącym ich wła­ściwie ocenić i nie­zdolnym do cel­nego wy­boru tej wła­ści­wiej spo­śród stu kil­ku­dzie­sięciu ofert pracy przy­sła­nych na jego ogło­szenie — ale i za­pa­trzonym w siebie cwa­nia­kiem, który zu­pełnie nie in­te­re­suje się swoimi ludźmi, a trak­tuje ich wy­łącznie jak dojne krowy. Go­ściem, z którym nie ma w ogóle o czym roz­ma­wiać.
 A może na takie „port­folio” po­winny się składać logi z Acro­bata? Tylko czy ogło­sze­nio­dawca zrozumie?

Najniższa stawka

3 września 2010  [Instapaper Text] [Readability]

Autor, re­daktor, re­daktor tech­niczny, łamacz, ko­rektor, dru­karz, in­tro­li­gator, księ­garz — tyle osób pra­cuje nad książką, zanim do­trze ona do czy­tel­nika. Po drodze może być jeszcze tłu­macz, ilu­strator, fo­to­graf i kilku in­nych pro­fe­sjo­na­li­stów. Jeśli każdy z nich do­brze wy­kona swoją ro­botę, na półce stanie dobra książka.
 Autor pisze bzdety, bo tego po­dobno chce czy­telnik, a na pewno wy­dawca. Re­daktor ze wstydu po­prawia pod pseu­do­nimem, a w po­śpiechu czyta co drugą stronę. Tech­niczny zo­stał zwol­niony, bo prze­cież nie był po­trzebny. Książki nie trzeba pro­jek­tować — wy­starczy ją złamać, zajmie się tym stu­dent in­for­ma­tyki. Łamanie zresztą nie jest trudne, wy­starczy wlać tekst w ramki i zrobić z tego pe­deefa. Ko­rek­torka, stu­dentka po­lo­ni­styki, znaj­duje błędy or­to­gra­ficzne na co dru­giej stronie, in­nymi się nie przej­muje, a praw­do­po­dobnie nawet o nich nie wie. Dru­karz, po­ga­niany przez szefa, spieszy się jak tylko może — pa­gi­nacja się nie zgadza? jak przy­go­to­wali, tak będą mieli! W in­tro­li­ga­torni oka­zuje się, że nie można do­brze oprawić, bo źle wy­dru­ko­wano, ale to nie wina in­tro­li­ga­tora, więc oprawia. Księ­garz do­staje go­tową książkę w dwóch eg­zem­pla­rzach, z nie­okre­ślonym ter­minem płat­ności i prawem zwrotu.
 Nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Czy to dla­tego za­miast książek mamy tyle ma­ku­la­tury? Skąd w prze­myśle wy­daw­ni­czym tak wielu nie­kom­pe­tent­nych ludzi? Ano z łapanki. Kto bę­dzie pra­cował za 13 pensji? No­wi­cjusz albo de­sperat.
 Już od wielu lat nie ist­nieją etaty, bez któ­rych kiedyś nie wy­obra­żano sobie pro­cesu wy­daw­ni­czego. W wy­daw­nic­twach książ­ko­wych re­daktor tech­niczny jest jak di­no­zaur. A czy ktoś wi­dział w ciągu ostat­nich dzie­sięciu lat re­wi­zorkę? Była pra­cow­ni­kiem dru­karni i to wła­śnie ona osta­tecznie za­twier­dzała do druku. Wy­ła­py­wała wszelkie błędy. Tra­fiał do niej każdy przy­rzą­dowy ar­kusz. Uważnie czy­tała, szu­kając błędów or­to­gra­ficz­nych, spraw­dzała ja­kość druku, pra­wi­dło­wość mon­tażu, po­rów­ny­wała z ma­kietą, kre­śliła przy po­mocy li­nijki, mie­rzyła. By­wało, że zrzu­cała ro­botę z ma­szyny.
 Dziś widać jeszcze jedną ten­dencję — do łączenia etatów. Od ko­rek­tora wy­maga się rów­nież re­dakcji. Re­daktor staje się tłu­ma­czem. Łamacz książki jest często jej pro­jek­tantem i tak dalej. Cza­sami po­wodem jest ko­niecz­ność, cza­sami am­bicja, a cza­sami chci­wość. Nie wątpię, że są uta­len­to­wane osoby, zdolne dużą część pro­cesu wy­daw­ni­czego zre­ali­zować sa­mo­dzielnie, ale często się oka­zuje, że… nie da rady. Le­piej po­stawić na koniach.

bookmaker