Typografia po polsku | In Polish Typography

Nie ma dzieci

3 maja 2012  [Instapaper Text] [Readability]

Po raz ko­lejny za­siadam do pi­sania ni­niej­szego ar­ty­kułu, może teraz uda mi się ze­brać sko­ła­tane myśli. W te­le­wi­zorze oglądam «Ogniem i mie­czem» i muszę wy­znać, że rok 2012 jest to dziwny rok, w którym roz­maite znaki pu­bli­ko­wane przez in­sty­tucje pań­stwowe i sa­mo­rzą­dowe, zwia­stują nie­chybną kom­pro­mi­tację tychże in­sty­tucji, przed­się­wzięć i pro­jek­tantów. Rok ten ogło­szono Ro­kiem Kor­czaka. W styczniu Rzecznik Praw Dziecka, ko­or­dy­nu­jący dzia­łania kor­cza­kow­skie, za­pre­zen­tował po­niższe „logo”.
stare logo, wycofane

O fakcie po­in­for­mował An­drzej Lu­dwik Włosz­czyński na Fa­ce­booku. Za­re­ago­wałem im­pul­sywnie, w kilka chwil wy­sy­łając pocztą elek­tro­niczną ofi­cjalny pro­test do rzecz­nika, a nie­długo potem pu­bli­kując jego treść w ko­men­tarzu do wspo­mnianej informacji.

Sz. Pan Marek Mi­chalak
Rzecznik Praw Dziecka
ul. Przemysłowa 30/32
00-450 Warszawa

Sza­nowny Panie!
Logo Roku Ja­nusza Kor­czaka, które dziś do­strze­głem na stronie in­ter­ne­towej re­pre­zen­to­wanej przez Pana in­sty­tucji, to kpina z Kor­cza­kowej myśli i przy­czynek do kom­pro­mi­tacji nie tylko w gra­ni­cach na­szego kraju. Jako za­wo­dowy pro­jek­tant, wzywam Pana do usu­nięcia tej gra­ficznej nie­do­róbki i do­peł­nienia starań o uzy­skanie praw­dzi­wego logo — wy­ko­na­nego przez praw­dzi­wego pro­jek­tanta, nie przy­no­szą­cego wstydu, es­te­tycz­nego itp.

Z wy­ra­zami obu­rzenia
Rafał S. Świątek
[pod na­zwi­skiem wszelkie dane kontaktowe]

An­drzej Włosz­czyński od­po­wie­dział no­tatką na swoim blogu, a ja po­zwo­liłem sobie jeszcze na ko­men­tarz pod jedną z wersji przed­sta­wio­nych na fejs­bu­kowej stronie Roku Kor­czaka. I tutaj za­częła się jatka. Pro­test w krótkim czasie przy­brał na li­czeb­ności i sile tak bardzo, że rzecznik podjął de­cyzję o zmianie znaku.

Nowe logo, wariant

Nowy za­pro­jek­tował Ja­nusz Górski, pro­fesor gdań­skiej ASP, szef Pra­cowniCzy­stego warsz­tatu. Przy­znaję, rzecznik nie może po­nosić od­po­wie­dzial­ności za kiepski znak, za­pro­jek­to­wany wszak przez pro­fe­sora di­zajnu — ale pro­fe­sorze, ten znak jest kom­pro­mi­tacją! — jednak nie o to mi chodzi. Chciałbym wrócić do sedna i przy­to­czyć naj­waż­niejsze ar­gu­menty strony de­pre­cjo­nu­jącej pro­test.
1. De gu­stibus non est di­spu­tandum [ad­mi­ni­strator strony na Fa­ce­booku].
2. Jeśli na­pi­sałeś list do Rzecz­nika, wy­pa­dało spo­kojnie po­czekać na od­po­wiedź, a nie robić burzę [Do­rota Za­wadzka].
3. Dzieciakom to logo się po­do­bało [Idem].
4. Myślę, że [chodzi] o za­wiść „pro­fe­sjo­na­li­stów” [Jan Or­gel­brand].
 Nie na wszystkie po­trafię od­po­wie­dzieć, ogra­niczę się więc tylko do dru­giego — list do rzecz­nika wy­słałem 16 stycznia, od­po­wiedzi nie do­stałem do dzi­siaj. W tej sy­tu­acji wątpię w kom­pe­tencje Marka Mi­cha­laka, urzę­du­ją­cego Rzecz­nika Praw Dziecka — po­wstrzy­mując się od od­po­wiedzi złamał prawo.
 Jest jeszcze jeden pro­blem, któ­rego rzecznik do dziś nie podjął. Chodzi o au­tor­skie prawa ma­jąt­kowe do dzieł Kor­czaka. Pol­skie prawo prze­dłuża ochronę na okres sie­dem­dzie­sięciu lat po śmierci (a w szcze­gól­nych przy­pad­kach — pierw­szej pu­bli­kacji), który to okres liczy się od 1 stycznia na­stę­pu­ją­cego po śmierci twórcy. Ja­nusz Kor­czak zginął bo­ha­terską śmiercią w Tre­blince w 1942 roku. Oznacza to, że zgodnie z ustawą od 1 stycznia 2013 roku ustaje ochrona prawno-​autorska wszyst­kich jego dzieł w za­kresie praw ma­jąt­ko­wych. Prze­kła­dając na prostszy język, bę­dzie można roz­po­wszech­niać jego dzieła bez py­tania się ko­go­kol­wiek o zgodę, ani ko­niecz­ności opłat li­cen­cyj­nych.
 Obecnie pra­wami ma­jąt­ko­wymi do Kor­czaka za­rządza In­stytut Książki, któ­rego przed­sta­wi­ciele twierdzą, że ochrona bę­dzie trwać do końca 2016 roku. Po­wo­łują się na orze­czenie sądu z czasów kiedy nie znano daty śmieci Kor­czaka, wobec czego po­trak­to­wano go jako za­gi­nio­nego i przy­jęto że zmarł w rok i jeden dzień po wojnie (9 maja 1946). Dziś ta ar­gu­men­tacja zo­stała już pod­wa­żona, jednak In­stytut Książki i re­pre­zen­tu­jąca go kan­ce­laria prawna stoją na sta­no­wisku, że nie — proszę płacić!
 Rzecznik — jak trybun lu­dowy — sprze­ci­wiając się tej sy­tu­acji, miałby szansę nadać ob­chodom jakąś nutę nie­ba­nal­ności, a spo­dziewam się, że mógłby zdziałać o wiele więcej. Z dru­giej strony In­stytut Książki wy­raził go­to­wość sfi­nan­so­wania pro­jektu po­pu­la­ry­zu­ją­cego Kor­cza­kowe idee kwotą 56 tys. zło­tych netto — nie na­leży kąsać dar­czyńców. Jednak In­stytut Książki, który jedną ręką mało daje, drugą dużo zbiera — sprze­daje li­cencje na lewo i prawo na okres wy­kra­cza­jący poza czas ochrony praw ma­jąt­ko­wych. Czy to w po­rządku? Nie, to jest za­własz­czenie pu­blicz­nego dobra i nad­użycie względem nie­świa­do­mych li­cen­cjo­biorców, wśród któ­rych są rów­nież za­gra­niczni wy­dawcy. Brawo! Doić frajerów!

Czy z tego wszyst­kiego mo­żemy wy­cią­gnąć jakąś naukę? Oczy­wi­ście. Na przy­kład taką, że osoby po­dej­mu­jące de­cyzje w na­szym imieniu mogą do­konać złego wy­boru. Albo, że można je sku­tecznie dys­cy­pli­nować przy po­mocy pu­blicznej per­swazji. Albo wiele in­nych wnio­sków — śmiało, sa­pere aude!
 Przy okazji sporu o Kor­czaka cie­kawe sta­no­wisko wy­raża Ko­alicja Otwartej Edu­kacji: utwory, do któ­rych prawa ma­jąt­kowe zna­lazły się we wła­daniu pań­stwa, po­winno się na­tych­miast uwal­niać do do­meny pu­blicznej. Je­stem tego sa­mego zdania.

Więcej
Go­rąca dys­kusja na Fa­ce­booku ponad 150 mniej lub bar­dziej me­ry­to­rycz­nych i peł­nych emocji wy­po­wiedzi
Kpina z Kor­czaka An­drzej Lu­dwik Włosz­czyński
Kon­tro­wer­syjny lo­gotyp Roku Kor­czaka Ga­zeta Wy­borcza
In­stytut Książki od­biera nam Ja­nusza Kor­czaka Ko­alicja Otwartej Edu­kacji
Ba­talia o Króla Ma­ciusia Rzeczpospolita

W naszej drukarni (1)

31 marca 2012  [Instapaper Text] [Readability]

Ze­cerów i dru­karzy nie bez po­wodu na­zy­wano «to­wa­rzy­szami sztuki dru­kar­skiej». Hor­ren­dalna ilość pro­blemów do unik­nięcia czyni ich praw­dzi­wymi mi­strzami, a moż­li­wość uzy­skania po­mocy od bar­dziej do­świad­czo­nych ko­legów — często trzeba roz­wi­kłać pro­blem na miarę węzła gor­dyj­skiego — skut­kuje za­dzierz­gnię­ciem głęb­szych re­lacji.
 Wy­obraźmy sobie ma­szy­nistę of­f­se­to­wego pod­czas pracy. Ma­szyna pół­for­ma­towa, ośmio­ko­lo­rowa, bez au­to­ma­tyki, z cy­lin­drem SW po czwartym ze­spole. W skład za­łogi wchodzą do­dat­kowo dwaj po­moc­nicy i od­bie­raczka. Wła­śnie ze­szła z ma­szyny stan­dar­dowa praca. Ko­lejna do wy­dru­ko­wania we­dług po­niż­szej spe­cy­fi­kacji, prze­słanej przez klienta.

format 12×17 cm
na­kład 20 000 egz.
pa­pier of­f­se­towy 120 g/​m², kre­mowy
28 stronic + okładka z tego sa­mego pa­pieru
ilość ko­lorów we­wnątrz: 2+2 (czarny i Pan­tone 200)
ilość ko­lorów na okładce: 2+1 (Pan­tone 5535874)
oprawa zeszytowa

Dru­kar­niany tech­nolog przej­rzał ma­kietę, za­dzwonił do ma­ga­zynu, od­wie­dził księ­gową, po­drapał się w głowę i na­pisał na ko­percie ze zleceniem:

pa­pier
pa­pier of­f­se­towy 120 g/​m², biały
12 000 ark. B1 brutto,
przy­ciąć do B2 netto,
ob­równać z czte­rech stron

farby
Pan­tone Pro­cess Black U
Pan­tone 200 U
Pan­tone 5535 U
Pan­tone 712 U
Pan­tone 874 U
biel kryjąca

ośmio­ko­lo­rówka
format B2
na­kład 24 000
oddać 21 700
4+4, SW
uwagi: złoto na aplę bez kontry!

jed­no­ko­lo­rówka
sucha apla, kre­mowy do­ra­biany (712 U + biel kry­jąca),
la­kier ole­jowy, cienka war­stwa za­bez­pie­cza­jąca
na­kład 21 700
oddać 21 500

in­tro­li­ga­tornia
kro­jenie
fal­co­wanie z per­fo­racją
zbie­ranie i szycie drutem na kro­ko­dylu
trójnóż
oddać 20 000

eks­pe­dycja
pa­ko­wanie na pa­letę, po 100 egz. w paczce
trans­port klienta

Co dalej?

Przy­go­to­walnia
Nasza dru­karnia jest średnio no­wo­czesna, ale w dużej mierze sa­mo­wy­star­czalna. Przy­go­to­walnia składa się z kilku działów: skład kom­pu­te­rowy, na­świe­tlarnia, montaż ręczny, dział od­bitek prób­nych, dział ziar­no­wania płyt cyn­ko­wych, gal­wa­ni­zernia, kopia.

Na­świe­tlarnia
Klient przy­niósł ma­te­riał w pliku post­scrip­towym, a więc po­mi­jamy dział składu kom­pu­te­ro­wego, wy­po­sa­żo­nego w sta­no­wiska PolSet i zle­cenie wę­druje od razu do na­świe­tlarni. Ope­rator na­świetla wszystkie ko­lumny na wą­skim filmie, roz­bite na po­szcze­gólne ko­lory — ach ta no­wo­cze­sność! nie trzeba robić już wy­ciągów na ka­merze re­pro­duk­cyjnej, wszystko się dzieje w komputerze!

Montaż
Wy­wo­łaną rolkę otrzy­muje mon­ta­żysta. Roz­cina ko­lumny i bardzo uważnie ogląda na stole mon­ta­żowym. Za­trzymał się przy okładce, na której zna­lazł nie­po­żą­daną kontrę. Na ko­percie stoi, że ma być bez kontry, dzwoni jeszcze na wszelki wy­padek do ma­szy­nisty po krót­kiej wy­mianie zdań wy­ciąga pę­dzelek i re­tu­szuje kontrę. Na­stępnie przy­kleja na stole ar­kusz astra­lonu — stół mon­ta­żowy ma pod­świe­tlany blat, między dwiema szy­bami znaj­duje się folia mi­li­me­trowa, znaj­duje się też na nim li­stwa z koł­kami, do­kładnie pa­su­ją­cymi do otworów wy­cię­tych u dołu astra­lo­no­wego ar­kusza — i za­czyna montaż.
 Zjadł zęby na tej ro­bocie, więc nie ma po­trzeby nic roz­ry­so­wywać, za­pi­suje sobie tylko na kar­teczce wy­miary ko­lumny, format i mar­gi­nesy. Ma zmon­tować dwie szes­nastki na ar­kuszu do roz­cięcia. Przy­kleja pa­sery, znaczki cięcia, sy­gna­tury grzbie­towe, paski ka­li­bra­cyjne. Na­stępnie ko­lumny zgodnie z roz­kładem. Po za­koń­czeniu pierw­szego mon­tażu, nie zdej­muje go ze stołu. Umieszcza na nim ko­lejny ar­kusz astra­lonu, który unie­ru­chamia cię­żar­kami (naj­czę­ściej są to okle­jone pa­pierem sztegi) i ko­rzy­stając z po­przed­niego, przy­go­to­wuje na­stępny, po czym go zdej­muje, mon­tuje ko­lejny i tak dalej, aż do końca.

Oza­lidy
Go­towe mon­taże zo­stają w świetle ul­tra­fio­le­towym sko­pio­wane na spe­cjalny pa­pier uczu­lony związ­kami dwu­azo­wymi, na­stępnie wy­wo­łany w opa­rach amo­niaku. Ko­pista w tym dziale — jak zwykle uśmiech­nięty i z lekko plą­czącym się ję­zy­kiem — wsuwa do ko­perty sfal­co­wane, fio­le­to­wo­nie­bie­skie ar­kusze, dziwnie ko­ja­rzące się z de­na­tu­ratem — to wła­śnie ozalidy.

Kopia
Mon­taże prze­chodzą do działu kopii, w którym przy­go­to­wuje się formy of­f­se­towe. Główne wy­po­sa­żenie, to ko­pio­rama, wy­wo­ły­warka oraz szafka z szu­fla­dami na mon­taże i blachy. Ko­pista wy­ciąga blachę z szu­flady, wy­cina w niej (spe­cjalną, ręczną sztancą) takie same otwory pa­se­rowe, jakie wy­cięto wcze­śniej w astra­lonie. Blachę i montaż umieszcza w ko­pio­ramie, osa­dzając je na li­stwie pasującej.

Płyty pre­sen­sy­bi­li­zo­wane
Nasza dru­karnia jest średnio no­wo­czesna. Oznacza to, że ko­rzysta się tu — tak jak wszę­dzie dzi­siaj — z płyt pre­sen­sy­bi­li­zo­wa­nych (pre­sens), tzn. wstępnie uczu­la­nych w pro­cesie pro­dukcji. Ale kiedyś tak nie było. Nie ku­po­wało się ich u do­stawcy płyt of­f­se­to­wych, lecz u pro­du­centa blachy, a resztę brały na siebie wła­ściwe działy drukarni.

Płyty cyn­kowe
Na­le­żało je poddać ziar­no­waniu. W spe­cjalnej ma­szynie — ziar­nówce — na płytę cyn­kową wy­sy­py­wano ce­ra­miczne kulki o różnej śred­nicy, które pod wpływem wody i drgań ura­biały po­wierzchnię płyty przez kil­ka­dzie­siąt minut w ogromnym ha­łasie. Po wy­jęciu z ma­szyny po­wierzchnia płyty już nie była błysz­cząca i biała, lecz ma­towa i szara, miała wi­doczną gołym okiem po­ro­watą struk­turę. O to wła­śnie nam cho­dziło. Te pory wy­ka­zują silne wła­ści­wości hy­dro­filne, płyta do­sko­nale, rów­no­miernie daje się zwilżać wodą.
 Na­stępnym działem jest kopia of­f­se­towa. Pro­cesy, jakie będą tu miały miejsce, na­leżą po trosze do tech­niki fo­to­gra­ficznej. Nasza płyta stanie się (w pewnym sensie) fo­to­grafią. Trzeba ją uczulić, tzn. po­kryć emulsją świa­tło­czułą. Świa­tło­czu­łość za­pew­niały związki srebra, ale co było ich no­śni­kiem?
 Zanim tech­nika po­szła do przodu, imano się dość pro­stych roz­wiązań. Co­dziennie rano pra­cownik przy­go­to­walni biegał do sklepu po jajka, białka szły do emulsji, a żółtka na pa­telnię — to było życie! co­dziennie służ­bowa ja­jecz­nica.
 Bardzo gęstą emulsję na­no­szono w wi­rówce. To dość proste urzą­dzenie ma za za­danie wprawić blachę, za­mon­to­waną pod kątem 45°, w ruch ob­ro­towy, na­stępnie wy­lewa się emulsję cienkim stru­mie­niem, a siła od­środ­kowa roz­pro­wadza ją rów­no­miernie po po­wierzchni. Od tego mo­mentu blachę chro­nimy przed światłem.

Płyty bi­me­ta­lowe
To zu­pełnie inna tech­no­logia. Płytę sta­lową lub alu­mi­niową po­kry­wamy mie­dzią w gal­wa­ni­zerni i otrzy­mu­jemy formę ne­ga­ty­wową. Po uczu­leniu (uwaga! uży­wamy tu innej emulsji — nie jest ona no­śni­kiem ele­mentów dru­ku­ją­cych, ma za za­danie tylko za­bez­pie­czyć ele­menty dru­ku­jące przed wy­tra­wie­niem) ko­piu­jemy i wy­wo­łu­jemy we wła­ściwym roz­tworze kwasu, który usuwa miedź (oleo­filną) od­sła­niając tym samym hy­dro­filne pod­łoże. Płyta wy­ka­zuje bardzo dużą wy­trzy­ma­łość oraz niższy przy­rost punktu.

Płyty tri­me­ta­lowe
Po­dobnie, jak w bi­me­ta­lo­wych, ale do­chodzi jeszcze jedna gal­wa­niczna war­stwa — chromu (ele­menty hy­dro­filne). Tra­wienie od­słania oleo­filną war­stwę miedzi, po­zo­sta­wiając nie­tknięte ele­menty niedrukujące.

Co dalej? A to już nie dzisiaj.

Przychodzi baba do drukarza Odcinek 5

29 lutego 2012  [Instapaper Text] [Readability]



 — A co pan taki po­obi­jany, Panie Me­trampaż?
 — ACTA srakta, Panie Dru­karz, na ma­ni­fe­stacji byłem.
 — Wol­nego in­ter­netu się za­chciało, co?
 — Panie Dru­karz, prze­cież to nie o in­ternet chodzi. Idzie o życie. Nie chcemy prze­cież płacić abo­na­mentu za li­notyp, prawda? A za czcionki też nie, prawda? A za format A4? Bę­dziemy płacić? A za ma­gentę? Oj panie ko­lego… chyba trochę się po­za­po­mi­nało sta­rych czasów, co?
 — Nie no, daw­niej to się ku­po­wało mo­notyp, albo li­notyp i się skła­dało, się dru­ko­wało. A pan to chyba sobie spe­cjalnie chciał przy­po­mnieć i dla­tego na ma­ni­fe­stację po­szedł.
 — A tak! Nie bę­dzie Nie­miec pluł nam w twarz! Pa­mię­tasz pan cen­zurę!?
 — Tak, Panie Me­trampaż.
 — Ja w sie­dem­dzie­siątym trzecim ro­biłem w Domu Słowa Pol­skiego na li­no­ty­pach… — proszę pana, to była naj­większa dru­karnia w pe­erelu!…
 — Wiem, wiem…
 — …było ich dzie­więć­dzie­siąt. Do­koła hali urzą­dzono kil­ka­dzie­siąt boksów dla tej ho­łoty. Dzień w dzień trzy­dziestu cwa­niaków pa­trzało nam na ręce. Ta… ro­bi­liśmy prze­cież ga­zety. Na hali ma­szyn stały ru­piecie, ro­zu­miesz pan, któreś łożysko moc­niej za­iskrzyło, szmaty się za­jęły i zaraz wszystko za­częło się palić. Beczki z farbą jak bomby wy­bu­chały jedna po dru­giej. Panie Dru­karz! co to był za widok…
 — He, he, he!
 — Te lumpy wy­bie­gały z kan­torków i spier­da­lały gu­biąc tylko swoje pa­piery. Proszę pana, widok tej prze­ra­żonej ho­łoty wy­bie­ga­jącej w po­płochu to było coś! A tym­czasem całe miasto kilka prze­cznic dalej wi­tało trium­falnie prze­jeż­dża­ją­cego to­wa­rzysza Breż­niewa. No niech pan powie, Panie Dru­karz, czy te czasy mia­łyby teraz po­wrócić?
 — No ale Panie Me­trampaż, wojna o in­ternet? daj pan spokój!
 — Po­wta­rzam panu, to nie o in­ternet chodzi, ale o naszą dru­karnię. Już dziś zdzie­rają z nas skórę, a bę­dzie jeszcze go­rzej, mówię panu… Aha! Babę wi­działem.
 — No i co tam u niej?
 — Z da­leka tylko. Przyj­dzie, pewnie po­opo­wiada.